Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

wtorek, 14 maja 2019

O słodko-gorzkim smaku wolności.

"Kontra" Wojtek Miłoszewski  7/10 

 

Recenzja przedpremierowa.  
Premiera: 15 maja 2019.   
 
Wiwaty dla odzyskanej wiary i nadziei na przyszłość. Dla końca okrutnego czasu walki, przelewania krwi, tracenia bliskich. Wiwaty dla nowego, wolnego życia, podarowanego nam w trzecim tomie trylogii Wojna.pl Wojtka Miłoszewskiego, o jasnym w przekazie tytule - "Kontra".
"Skończmy z tym bezsensownym mordowaniem.(...) Po tylu latach wojowania w końcu to pojąłem. Życie jest najcenniejsze. Gdy ktoś mówi, że winno się je poświęcić w imię idei, po prostu bredzi." (str.286)

Trzecia część opowieści jest nieodrodną siostrą poprzednich tomów. Pierwszy wrzucił nas w ból, w cierpienie, zaskoczył atakiem, przelał krew, rozerwał rodzinne więzi. Drugi nauczył jak częsta jest zdrada, niesprawiedliwość, jak bardzo zawieźć mogą oczekiwania, zobrazował życie pod okupacją, wieczną tułaczkę, zrywy ku wolności.

"Kontra" na powrót odchodzi od zmagania się z szarą, pozbawioną chleba i spokoju codziennością. Ponownie wkłada broń w ręce żołnierzy, ale też i w te niewinne, sprawiedliwe, nastoletnie, czasem nawet dziecięce. Pokazuje trafne ale i bardzo chybione decyzje. Gna bohaterów od Irkucka, przez Moskwę po Alaskę. Albo łączy drogi prowadzące z Rosji, z oddziałów amerykańskich sił zbrojnych czy z przedziwnego 'klasztoru', w okaleczonych wojną Katowicach.

Czasem przychodzi tułać się po ziemskim padole z noworodkiem, by poznać swoje przeznaczenie. By przekonać się, która z lekko traktowanych przedwojennych miłości okaże się tą wartą poświęcenia się na kolejne lata. Basia i Romek, których kompletnie różne, bo cywilne i żołnierskie ścieżki przetną się na nowo na rosyjskiej ziemi, przekonają się o tym najdobitniej.
Czasem przychodzi wydorośleć w ciągu kilku tygodni. I to wydorośleć w sposób najbardziej dramatyczny z możliwych - zarabiać oszustwem i ciałem, zabijać dla ochrony siebie i ukochanej osoby, uciekać przed sprawiedliwością gangsterskiego światka - taki los spotka Natalię.
"Coś w niej pękło.  Głęboko w środku. Po prostu się zapadło i w miejscu, gdzie kiedyś było serce, ziała teraz pustka." (str.209)
Czasem, gdy wojna powie już ostatnie słowo, zaczyna nosić się w sobie traumę, która nie pozwala żyć wolniej, bezpieczniej, spokojniej - nie pozwala żyć normalnie. Wpędzi w alkohol, agresję, zamieni patriotyczne bohaterstwo w poczucie, że jedynym sposobem na życie jest bandytyzm - tak odczują wolność żołnierze Gurskiego.
Mnóstwo takich historii ma dla nas w "Kontrze" Wojtek Miłoszewski. Mnóstwo zamyśleń, zastanowień, drżenia z niedowierzania i pochylenia się nad połamanymi życiorysami. A wszystko wplecione w wartkie, rozpędzone dni walki zbrojnej i tej wręcz, na dusze, gdzieś na tyłach frontu.

Stylistycznie książka nie odbiega od poprzedniczek. Warczy i pluje żołnierskimi bluzgami, bez których zabijania i patrzenia śmierci w oczy nie dałoby się znieść. Obraża językiem ludzi z narkotycznego półświatka Matuszki Rasiji. Pozbawia złudzeń co do romantyzmu w czasach dramatycznej walki o byt. Ale i łka nocami za rozrzuconą po świecie rodziną, obiecuje przyszłość w ukochanych ramionach, zadziwia głęboko skrywanym dobrem obdarzając prymitywnego kryminalistę sercem otwartym na 'riebionka'.

To znakomite zakończenie trzytomowej opowieści. Prowadzące znanych nam bohaterów drogą wartką, szybką, pełną odrażających wojennych realiów ale i momentów wzruszających do łez. Warto pozwolić doprowadzić się tą niemalże filmową formą do finału, który sporo zmieni w naszych wyobrażeniach o zakończeniu doskonałym, zagmatwa alternatywną przyszłość Polski, pozwoli pożegnać jednych, skazać innych, wykonać wyroki i okazać litość.
Polecam ku zgrabnej rozrywce, pełnej militarnych ciekawostek ale i dramatycznie rozpisanych życiorysów. Ku ambitnej rozrywce podążającej za, jak się zdaje, nieograniczoną wyobraźnią autora. 

Wydawnictwo: W.A.B., 2019
Cykl: Wojna.pl (tom3)
Liczba stron: 480

dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki


niedziela, 12 maja 2019

O współbrzmieniu.

"Współlokatorzy" Beth O'Leary  8/10


Recenzja przedpremierowa.
Premiera: 15 maja 2019.

Jeśli skrzywdzona, złamana poprzednim, toksycznym związkiem dziewczyna spotka na swej drodze chłopaka, który tkwi w wypalonej relacji, ich droga do wspólnego szczęścia nie będzie ani łatwa ani prozaiczna. Ani też, na szczęście dla nas, nie będzie nudna. Beth O'Leary zadbała o to, byśmy bawiąc się, rozmyślali też nad pokrętnymi drogami losu.
"Upokorzenie jest jak pleśń: jeśli je zignorujesz, wkrótce wszystko stanie się zielone i cuchnące." (str.186)
I taką właśnie, ambitną jak na romantyczną komedię książkę, położy nam na półkach Wydawnictwo Albatros już za kilka dni.

Nie będzie spojlerem stwierdzenie, że to powieść o miłości. Wszak tytuł, okładka, opis wydawcy jasno o tym mówią. Wiemy też, że miłości z tego być nie miało, jako że kuriozalny układ miał nie dopuścić do spotkania osób, które dobę i łóżko podzieliły na równe, odrębne połowy. A porozumiewać miały się tylko liścikami. Karteczki owe, pokrywające coraz większe powierzchnie współdzielonego mieszkania, autorka przytacza w niezmienionej formie, co pozwala na uśmiech i dostrzeżenie uroku tej niezwykłej korespondencji. Oczywiście, od samego początku, nikt prócz samych bohaterów nie ma wątpliwości, że wspomniane plany życia razem, lecz w ciągłej odrębności, legną w gruzach.

Gdyby była to całość intrygi, książka zostałaby rzucona przeze mnie w kąt. Ale autorka od początku i coraz intensywniej w miarę rozwoju akcji, każe nam uczestniczyć w wielu innych, poruszających emocjonalnie wydarzeniach. Każe nam też śledzić fascynują pracę obojga bohaterów w hospicjum i wydawnictwie, ich zaangażowanie w pomoc, troskę, dbałość o innych. 
"Tak bardzo przytłacza mnie przerażająca pilność tego dyżuru, wszyscy ci umierający ludzie, odleżyny i trudni pacjenci z demencją, że zapominam o podstawowej zasadzie przetrwania w hospicjum. Truchtaj, a nie biegaj. Stale kontroluj, która jest godzina. Nigdy nie gub długopisu." (str.36)
Jest tu miejsce na niewinnie skazanych, umierających, żyjących wspomnieniami osładzającymi schyłek życia. Ale też na toksycznych partnerów i nieuczciwych współpracowników, na traumy, zwątpienia i drżenie niepewności. Jest to też wielostronicowa pochwała przyjaźni, kompromisów i uczciwości.
Z tych właśnie powodów, "Współlokatorzy" to książka urocza, pełna piękna i miłości, ale też opowieść niebanalna, momentami mocno poruszająca i skłaniająca do refleksji.

Pisana lekkim językiem, opowiadająca wydarzenia
przeplatanymi relacjami bohaterów książka, pozwala na równie mocne asymilowanie się z obojgiem. To, co postrzegamy jako wadę, czy irytująca cechę Leona w trakcie czytania części Tiffy, zostaje nam ukazane z jego punktu widzenia zaledwie parę stron dalej. Autorka skłania nas w ten sposób do zastanowienia, czy pokłady tolerancji i zrozumienia jakie w sobie nosimy są równe skłonności do usprawiedliwiania swoich zachowań kosztem innych ludzi, także nam bliskich. 
"Często myślę sobie, że bycie Tiffy musi być bardzo męczące. Nawet w swoich liścikach zużywa tak wiele energii. Ale miło zastawać takie wiadomości po powrocie do domu" (str.162)

Niepodobne do siebie formy przekazu Tiffy i Leona wynikają z ich charakterologicznych różnic. Wartka, pełna bystrych dialogów opowieść dziewczyny pozostaje w kontraście do surowej w treści, mocno skupionej na relacji (warto zwrócić uwagę na formę cytowania rozmówców), choć i nie pozbawionej zadumy wersji chłopaka. Ta odmienność daje pole do podkreślenia odmienności ekstrawertycznych i introwertycznych zachowań i co ciekawe, prowadzi do wniosku, że drogą kompromisów i obserwacji partnera można z pozornie odległych światów stworzyć wspólny, pełen uczuć, wsparcia i zrozumienia.

Warto już za kilka dni sięgnąć po nowość Wydawnictwa Albatros. Nie jestem fanką romansów. Ani nawet komedii. Ale tę książkę bez wątpienia polecam jako bardzo dobrą, wartą przeczytania mieszankę humoru, flirtu i wspomnienia o tym, że życie bywa mniej barwne niż może wydawać się postronnym obserwatorom.
Miłej lektury.

Wydawnictwo: Albatros, 2019
Tytuł oryginału: The Flatshare
Tłumaczenie : Robert Waliś
Liczba stron: 432


Dziękuję Wydawnictwu Albatros za egzemplarz recenzencki.
 

czwartek, 9 maja 2019

O zakopanych sekretach.

"Czerwień kości" Ann Cleeves  6/10


Są miejsca, w których rodziny mieszkają od pokoleń, w których powiązania między sąsiadami biegną całe lata wstecz, w których wszyscy lepiej lub gorzej znają swoje tajemnice. A jeśli ich nie znają, przynajmniej powtarzają o nich plotki. W miejscach takich jak to trzeba uważać, gdzie stawia się stopę, bo można nadepnąć na relikt przeszłości. Trzeba uważać, gdzie wbija się łopatę, bo można wykopać tajemnicę, która lepiej, żeby została pogrzebana.

Dwie młode archeolożki prowadza wykopaliska na jednej z szetlandzkich wysp. Otoczone przyjaznymi, otwartymi na nowości mieszkańcami czują się tu swobodnie i dzielą się wieściami z odkryć bez obawy o zawiść, nieutrzymanie tajemnicy czy wyśmianie entuzjastycznych reakcji. Zainteresowanie ich bezpośredniej opiekunki, chęć współpracy jednej z mieszkanek, przychylność rybaków, czynią pobyt w tym raju spokoju i ciszy prawdziwie przyjemna pracą. Aż do momentu, gdy staruszka, na podwórku której dokonują ciekawych odkryć, zostaje przypadkowo zastrzelona przez polującego na króliki sąsiada. Od tego momentu mgła ściele się gęściej, mieszkańcy stają się bardziej zagadkowi a inspektor Perez i jego miejscowy pomocnik Sandy, stawiają niewygodne dla rodzinnego miru pytania. W powietrzu zawisa kłamstwo, nieopowiedziane prawdy, wreszcie... kolejna śmierć.
"Dwa zgony w jednym miejscu, oddzielone od siebie setkami lat. W tym samym ogródku. Miejsca nie mogą być pechowe... a może jednak?" (str. 95)

Ann Cleeves po raz kolejny zabiera nas na przepiękne, ciche ale i mroczne Szetlandy. Niby bliskie stałemu lądowi a jednak mentalnie dalekie, inne klimatem i powiązaniami pomiędzy mieszkańcami. Niestety, nie wolne od ludzkiej małości, zawiści, zazdrości. Tutaj, jak i wszędzie, zdrada zadaje śmiertelny cios, bogactwo warte jest każdego przestępstwa, w tym zabójstwa, a rodzinne zobowiązania czynią z posłusznych synów przestępców.

Opowieść, utrzymana w niezwykłym, wilgotnym i mglistym klimacie, odrywa nas od codziennego pośpiechu i nadmiaru dźwięków. Tu każdy wystrzał niesie się echem, a każde zawołanie odbite od pustych pól dezorientuje. Niestety są chwile, gdy dezorientuje też  sama książka. Powolna akcja zakręca niepotrzebnie ku rewirom, które już wcześniej odwiedzaliśmy, sprowadza na manowce i plącze drogi. O ile momentami sprawdza się to dla zawikłania akcji, o tyle częściej, może z niedostatków tłumaczeniowych, może redakcyjnych, powoduje niesmaczne wrażenie, że autorka sama gubi się we własnych pomysłach. Są fragmenty, które wyrzucają nas z jednolitej, bardzo efektownej atmosfery pustki i szarugi, by porwać w poszarpane dialogi i pomysły, dla których trudno szukać uzasadnienia. 
"Gdybyśmy sięgnęli w przeszłość wystarczająco daleko, okazałoby się, że wszystkie bogate rodziny w Zjednoczonym Królestwie zdobyły swoje pieniądze w podejrzany sposób.(...) Wojenne łupy, wyzysk biedaków." (str. 457)

To ciekawa książka, pomimo kilku zmarszczeń brwi nie odczułam czasu z nią spędzonego jako niepotrzebnej podróży w niedoskonały świat czy kiepską literacko opowieść. Pomimo niedoskonałości w prowadzeniu akcji, pomimo uchybień w zachowaniu statecznego rytmu, warto poświęcić wolny wieczór na 'listopadowe' w nastroju spacery po szetlandzkich pastwiskach, podumać z inspektorem nad rozwiązaniem sprawy, wrócić pamięcią do wojennych początków zawikłanej sprawy i przyznać rację tym, którzy po raz kolejny powiedzą, że gdy nie wiadomo o co chodzi, z pewnością chodzi o pieniądze. 



Wydawnictwo: Czwarta Strona, 2019
Tytuł oryginału: Red Bones
Tłumaczenie: Sławomir Kędzierski
Cykl: Kwartet szetlandzki (tom3)
Liczba stron: 461

niedziela, 28 kwietnia 2019

O niepotrzebności.

"Jednostka" Ninno Holmqvist  7/10


Manipulacja, segregacja, z góry ustalone limity użyteczności dla społeczeństwa, biurokratyczne wcielenie do grona "zbędnych", mogących i muszących zapewnić potrzeby tych, którzy stanowią wartość określoną jedynie słusznym prawem.
Trzeba mieć dzieci i pozostawać w związku. Każda inna opcja czyni Cię w pewnym wieku społecznym odpadem, dawcą, materiałem, pozbawionym woli i możliwości. Twoim domem jest najpiękniejsza z możliwych, pełna kwiatów, atrakcji i darmowej opieki umieralnia - "Jednostka".
"Większość z was, dopiero po przybyciu do jednostki banku rezerw będzie miała możliwość doświadczyć przynależności, poczucia wspólnoty z innymi osobami, które dla nas, ludzi potrzebnych, często jest czymś oczywistym.'(str.40)

Dorrit właśnie kończy 50 lat. Staje przed domem z jedną
walizką pełną poprzedniego życia i niezbędnych człowiekowi rzeczy. Oddała ukochanego psa, pożegnała się ze swoim, stanowiącym oazę spokoju domkiem na wsi, wsiada do podstawionego samochodu i tak naprawdę przestaje istnieć jako Ona. Zaczyna być królikiem doświadczanym, aktywem banku rezerw, zapleczem.

Będzie od tej pory szarpana emocjami skrajnymi - od zachwytu całorocznym latem, poczuciem wspólnoty z podobnymi jej ludźmi, po jakże przeciwną tęsknotę za psem, za zimą, za samostanowieniem. Jej codzienne, niemalże odbite przez kalkę życie będzie dawało poczucie bycia potrzebną i zupełnie niepotrzebną. Zaś kiedy niespodziewane spotkanie postawi jej system wartości na głowie, zawalczą przeciw sobie te zwykłe, ludzkie i te propagandowo poprawne emocje. 
"Chciałabym żyć w czasach, kiedy ludzie jeszcze wierzyli w serce. Kiedy wierzyli, że serce jest centralnym organem mieszczącym pamięć, uczucie, zdolności, braki i inne cechy, które czynią z nas niepowtarzalne osoby, jakimi jesteśmy. Tak, tęskniłam do epoki niewiedzy, zanim serce straciło swój status i zostało zredukowane do jednego z wielu niewątpliwie niezbędnych do życia, ale wymiennych organów. " (str.202)

Wstrząsająca lektura, tym mocniej trafiająca w nasze poczucie wolności, że pisana językiem dość suchym, skupiającym się na konkretach. I tylko czasem autorce ręka drży przy opisach uczuć, których zabić się nie da, a wraz z autorką drżymy my. 

Pocieszeniem w chwilach oddechu jest zapewnianie siebie samych, że taka sytuacja byłaby niemożliwa, niemoralna, że nigdy takich czasów nie doczekamy. A teraz rozejrzyjcie się wokół, posłuchajcie polityków, filozofów, socjologów i zapytajcie jeszcze raz: Czy to NAPRAWDĘ jest niemożliwe?
Polecam ku przemyśleniom.

Wydawnictwo: Editio, 2019
Tytuł oryginału: The Unit
Tłumaczenie: Alicja Rosenau
Liczba stron: 276

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

O ratunku wcielonym.

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton 9/10



Człowiek zna siebie doskonale. Swój wygląd, zmieniony ubraniami, makijażem czy fryzurą opisze bezbłędnie. Charakter, ukształtowany latami doświadczeń, będzie mu podpowiadał takie a nie inne zachowania, nie będzie go dziwiło to, co oswojone, zaskoczy to, co wcześniej niespotkane.
A gdybyś któregoś ranka obudził się z nie swoimi dłońmi, niósł na nogach nie swoje ciało a to, co miałeś zakodowane w myślach mieszało się z myślami tej innej, nadanej z góry osoby? I jeszcze maleńki kruczek - a co jeśli to wszystko działo się będzie osiem razy? Oj nie, przepraszam, osiem razy ale w odcinkach, przerywane, z przerwami na sen, oszołomienie, epizody utraty przytomności? Brzmi zawikłanie? I bardzo dobrze. Właśnie taka - zawikłana, zmieszana a nawet wstrząśnięta, przerywana nagle i niespodziewanie, nieprzewidywalna w czasie, na szczęście dość przewidywana w przestrzeni, jest książka Stuarta Turtona.

Aiden Bishop znalazł się w posiadłości Blackheath dobrowolnie, ale to pewne sploty wydarzeń zmusiły go do podjęcia takiej decyzji. Inne osoby są tam z innych powodów, w innym celu i w innych postaciach. I właśnie o postacie tutaj chodzi. Każdy dzień to inne wcielenie, każda przerwa w dniu prowadziła będzie ku innej postaci, przeniesie bohatera w inny dzień. Będzie zapętlony w poszatkowanych ośmiu dniach. Będzie łączył doświadczenia i okrycia każdej z przeznaczonych dla niego osób. Będzie się zmagał z silnymi, przedzierającymi się przez jego własną, osobowościami postaci, których rolę musi przyjąć. A wszystko po to, by rozwiązać zagadkę śmierci córki właścicieli - Evelyn Hardcastle. Siedmiu śmierci.
"Był pan lekarzem. (...). Potem kamerdynerem, dzisiaj playboyem, jutro bankierem. Żaden z nich nie jest pańskim prawdziwym obliczem ani pańską prawdziwą osobowością. Tych został pan pozbawiony, kiedy wkroczył pan do Blackheath, i zostaną panu zwrócone dopiero wówczas, gdy opuści pan tę posiadłość." (str.87)

Treść można albo zawrzeć w kilku zdaniach, jeśli chcemy odpowiedzieć na błahe pytanie: o czym jest książka? albo uznać za niemożliwą do opowiedzenia. Trzymanie się chronologii nie jest możliwe, bo taki właśnie zamysł kieruje tym niezwykłym kryminałem. Biegamy między postaciami, wracamy do umieszczonej w okładkowej wklejce mapki by zlokalizować ponownie budzącą się postać. Odwracamy w pośpiechu kartki by dzięki zamieszczonemu na wstępie zaproszeniu na bal określić kim właściwie jest ta postać, do której wracamy kolejny raz i dlaczego wie tak mało lub tak wiele.

Jedno miejsce, zaniedbane, na siłę przywrócone do koślawej świetności. Za to czas rozpierzchł się po stronach książki w całkowitym chaosie. Musimy przez ów chaos (zamierzony!) przedrzeć się wraz z Aidenem (i jego pozostałymi wcieleniami) by dotrzeć do finału, by po drodze uratować jeszcze inne osoby, by nazwać winowajców, by zamienić zło w dobro. Ileż tu zwrotów akcji, zawirowań, punktów widzenia, bałaganu, który trzeba posprzątać by ułożyć wydarzenia w równy stosik.
"(...)czuję, jak moje wszystkie wcielenia rozsadzają mi czaszkę. W tyle głowy tłoczą się ich wspomnienia, których ciężar trudno wytrzymać. Pragnę tego samego co oni. Czuję ich ból, ich lęk budzi we mnie taki sam strach. Nie jestem już człowiekiem, jestem chórem." (str.408)

To wymagająca książka, potrzeba wielkiego skupienia by nie zgubić tropu Aidena, trzeba otwartego umysłu by zrozumieć rolę Lokaja czy Pana Dżumy, jak i tajemniczej Anny. Trzeba dać sobie czas na powroty, zastanowienia i nie zgubić jednocześnie radości z tego, co czyni książkę doskonałym kryminałem - tempa akcji. A przy tym, nie zapomnieć się dobrze bawić, czerpać z niebanalnego humoru autora, napawać się plastycznym językiem i niezwykła umiejętnością sprawnego manipulowania czytelnikiem. To wybitna książka, innowacyjna, napełniająca wiarą w to, że w gatunku kryminał nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. Gorąco polecam.

Wydawnictwo: Albatros, 2019
Tytuł oryginału: The Seven Deaths of Evelyn Hardcastle
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Liczba stron: 514

czwartek, 4 kwietnia 2019

O życiu dla zemsty.

"Najszczęśliwsza" Max Czornyj  6,5/10



Odwieczna walka. I tym razem nie zwyczajnie: dobra ze złem. Tym razem siłują się miłość i zemsta. Rozum i nadzieja. Wiara, że coś mogło się w życiu zdarzyć zupełnym przypadkiem i chęć ukarania za dramaty życiowe wszystkich, których z owymi dramatami, choćby odlegle powiążemy. Słodycz dnia codziennego miesza się z podejrzeniami. Ogromna rozpacz po stracie i chęć odnalezienia winnych dawnej zbrodni, walczy z potrzebą spokoju, ukojenia, powolnego zapominania.

Kompletnie odseparowane od siebie wątki prowadzą nas przez światy dwojga bohaterów. Dawid Kaster, malarz tyle słynny co mało (jego zdaniem) wyrazisty, prowadzi luksusowe, spokojne życie w blasku sławy. Gdy na jednym z wernisaży znajduje w toalecie ciało swojej bestialsko zamordowanej żony, świat staje na głowie. Rozpacz rządzi jego życiem przez wiele kolejnych dni i miesięcy. 

"Nigdy nie przypuszczałem, że cierpienie psychiczne może wywołać prawdziwy, piekielny ból. Ledwie się poruszałem. każdy mój mięsień zamienił się w sztabę rozgrzanego do czerwoności metalu. Nie mogłem oddychać. Charczałem." (str.42)
Utopionych w niesamowitym żalu, w wyciu po utracie, autor przenosi nas w czasie o cztery lata, układa bohaterowi życie w przyzwoicie łagodną stagnację, a następnie łamie ją listem, a potem prezentem od zmarłej żony. Kpina? Ktoś o perfidnie czarnym poczuciu humoru chce zniszczyć spokój malarza? Chce pokazać mu, że cierpienie, które zniósł to wciąż za mało? A może prawdziwym jest, kołaczące się z tyłu głowy podejrzenie, że Ilona żyje???

 
Jednocześnie, w wiele mówiącej opowieści "Moje żale (kolejny numer)" pojawiają się w książce wyrywki z pamiętnika, a może tylko z pamięci zupełnie niezwiązanej z poprzednim wątkiem kobiety. Szczęśliwa matka i żona, wiodąca pełne miłości i domowego ładu życie, zaczyna wiązać zniknięcie pewnej mieszkanki Lublina z dziwnym, innym niż dotychczas zachowaniem męża.
Pamiętnik, pojawiając się pomiędzy zwartą opowieścią z życia Kastera, opowiada nam też o dawnych wydarzeniach z życia bohaterki. Wydarzeniach tragicznych, ściskających za serce, każących się pochylić nad postępowaniem często zamiatanym przez społeczeństwo pod dywan.


Dwie historie, których nie łączy nic. Nawet imiona. Nawet
podobieństwo rodzinne. Nawet najdrobniejszy element mogący przywieźć na myśl inną postać. Historie, które gwałtownie zderzą się u końca książki, zaskakując czytelnika tak bardzo, że wyda się to wręcz nieprawdopodobne. I gdyby nie posłowie autora, być może uznalibyśmy, że to historia, za która należałoby Maxa Czornyja ganić, zarzucić mu zbytnie fantazjowanie na temat świata, który nazywa realnym. Ale owo posłowie jest.

Zaskakująco ludzka jest ta książka. Zaskakująco odległa w klimacie od wcześniej czytanej przeze mnie trylogii, choć nie zmieniająca ani formy ani tematyki bliskiej autorowi. Max Czornyj znalazł w sobie nieznane mi z poprzedniej twórczości pokłady wrażliwości. Bohater - malarz o nikłej wierze w swoją wartość, ukazuje się nam jako uosobienie ogromnych emocji. I tych rozszarpujących serce i tych, które miłość wynoszą na piedestał. 

"Nie da się zagłuszyć własnych myśli, co najwyżej można je upić. Poplątane nie są już tak groźne." (str.221)

Inne, podane z głębszym wglądem z ludzką psychikę są opowiedziane przez autora historie. Obie dramatyczne, w finale dalekie od prawdy drzemiącej w duszach bohaterów. Serwowanemu daniu nie brak Czornyjowej krwistości i pikanterii, ale gładkość sosu sklejającego całość jest dla mnie wielką niespodzianką. I choć spodziewałam się dobrej, mocnej, popartej wcześniejszym doświadczeniem literatury kryminalnej, to jednak "Najszczęśliwszą" przeczytałam z o wiele większą niż spodziewana przyjemnością. 

Wydawnictwo: Filia, 2018
Seria: Mroczna Strona
Liczba stron: 420

środa, 27 marca 2019

O złych oczach.

"Mroczna cisza" Will Dean  6/10


Powroty do wydarzeń, które zamykane były z nadzieją, że robi się to na zawsze, często są tematem thrillerów. Bo trudno o inny powód powrotu do niekochanego miejsca, do drastycznych wspomnień, do nierozwiązanych morderstw niż kolejna śmierć, czy też inne warte zbadania dramatyczne wydarzenie. Czasem jest ono mniej dramatyczne ale równie smutne - jak śmiertelna choroba matki. Kiedy zaś autor połączy powrót do krainy chłodnych uczuć i umierania z niespodziewanym morderstwem, makabrycznym i odbijającym się echem od przeszłości, dostaniemy temat dla thrillera doskonałego. 

W "Martwej ciszy" obiecująca spokój, przerywana wizytami w szpitalu, próbami zagojenia ran i zażegnania dawnego konfliktu egzystencja w szwedzkim, zagubionym w lasach miasteczku, nagle zostaje złamana zbrodnią. W głębi lasu, w pobliżu odludnej, maleńkiej miejscowości, znalezione zostają dwa ciała pozbawione oczu. Przypomina to nierozwiązaną sprawę morderstw sprzed dwudziestu lat. Wtedy też mordowano mężczyzn, wtedy też wyłupywano im oczy. 
Głucha reporterka małej lokalnej gazety, stacjonującej w pobliskim miasteczku Gavrik, natychmiast wyrusza na poszukiwanie winnych, a przede wszystkim tematu, który uczyni ją sławną, pozwoli odnaleźć miejsce wśród twórców wielkich tytułów medialnego świata. Sprawa ta jednak okazuje się być dla Tuvy powodem walki z zupełnie inną ciszą niż ta, znana jej z codzienności.
"To cisza ostateczna, tak jak ostateczna jest śmierć. Jest gęsta i głęboka. Jeśli chce, mogę się nią otulić. I mogę ja włączać i wyłączać, a wy nie." (str.83)

Gdzieś na skraju tego budzącego niepokoju, starego, rozległego lasu, na wydartym mu poletku, w kilku domach, dzieje się przedziwne życie. Każdy z mieszkańców to odmieniec, osoba wypełniona zagadkami. Jeśli nie produkuje ohydnych trolli to skrywa się tutaj przed przeszłymi oskarżeniami. Maleńka kraina ciemności, niepewności, gdzie każdy spoza niej jest intruzem.
Podczas śledztwa okazuje się, że miasteczko skrywa niejedną tajemnicę. Że nie jest tak, jak sądzi większość obserwatorów. To nie jest maleńka społeczność pozbawiona wad, żyjąca w zgodzie z naturą i polująca tylko, gdy tego potrzebuje. 
"Jeśli dobrze się rozejrzeć, prawie każdy w tym miasteczku ma motyw, żeby zabić prawie każdego z pozostałych mieszkańców." (str.244)
Właśnie tutaj swoje śledztwo prowadzi dziennikarka, która wróciła w te strony opiekować się chorą matką. Czy fakt, że jest głucha, przyda jeszcze większej niepewności i lęku czy zostawi zewnętrzny świat poza bohaterką? Czy będzie na tyle dociekliwa by znaleźć tego, kto zabija i wyłupuje oczy? Czy zostanie ocalona?

Bardzo obiecujący początek wskazywał na lekturę mroczną, pełną tych małomiasteczkowych tajemnic, które zwykle prowadzą do wielkich zbrodni. Wydawca dodatkowo obiecywał, że kryminał roztoczy "atmosferę rodem z Twin Peaks". I faktycznie, wrażenie pozbawionego barw, rozedrganego strachem i niepewnością niepokoju, wykreowana przez Willa Deana, nie zawodzi. To co otrzymujemy, to od pierwszego do ostatniego rozdziału mroczna opowieść ze szwedzkiego lasu. Lasu, który tutaj nie jest ostoją spokoju czy pełną półcieni świątynią odpoczynku. Tutaj las to siedlisko nieprzyjaznej zwierzyny, kąsających owadów, rozkładających się resztek zwierząt. I ludzi? Las jako gęstwina pełna pułapek, tajemnic. Odrębny świat.
"Jestem głucha ale słyszę wszystko, każde trzaśnięcie gałązki, pohukiwanie sowy, skrzypienie gałęzi. Myślałam, że w takich miejscach panuje upiorna cisza. Myliłam się. Panuje w nich upiorny pieprzony hałas." (str. 146-147)

Opowieść zbudowana jest wedle wszelakich praw rządzących dobrym kryminałem. Jest zawarte w każdym wydarzeniu drżenie niepewności, jest uparte kierowanie nas w niewłaściwą stronę, są zupełnie chybione podejrzenia. Bohaterka jest niezwykle ciekawa, nie pozbawiona mądrości ale i ludzkich odruchów. Samo jej kalectwo, odbierane często jako dar, a nie powód do dramatyzowania czyni ja osobą wyjątkową.
"Wy tak nie potraficie, prawda? A ja potrafię się odciąć od niemal wszystkich dźwięków, kiedy chcę się skoncentrować lub zrelaksować." (str.61)
Mrok, błoto, przenikliwe zimno podtrzymują ponura atmosferę. Gdyby nie dłużyzny w środku opowieści, gdyby nie plątanina zbędnych powrotów w te same miejsca i emocje, byłoby strasznie i zapierająco dech. Teraz jest dobrze, w mrocznej, wilgotnej atmosferze, z nieprzychylnymi lokalsami i zupełnie nieoczekiwanym zakończeniem książka broni się, czasem lepiej czasem gorzej przed nudą. Podobało się, warto przeczytać, bez przymusu, w wolnej chwili.

Wydawnictwo: Burda, 2018
Tytuł oryginału: Dark Pines
Tłumaczenie: Marta Komorowska
Liczba stron: 376 

dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl za egzemplarz recenzencki 

niedziela, 24 marca 2019

O amerykańskiej jawie.

"Fuck America" Edgar Hilsenrath  7/10


Książka o prostej formie, emigrancko bezczelnej i wulgarnej treści, dialogach bez ozdób, didaskaliów, oprawy budowanej z pięknych słów. Banalne tematy, spośród których wyzierają wyparte przez bohatera pojedyncze echa holokaustu.

Ojciec Jakoba Bronskiego prowadzi tuż przed wybuchem wojny listowną wojenkę z konsulem amerykańskim. Na jego prośby o ratunek przed falą nazizmu zalewającą Niemcy, odpowiedzią są listy pełne liczb, statystyk, wyliczeń obrazujących miejsce potencjalnego emigranta w szeregu. Taki prolog funduje nam Edgar Hilsenrath. Prolog, po którym wraz z bohaterem wykrzykujemy głośnym chórem "Fuck America".

Mijają lata. Te wyliczone na oczekiwanie. Może nawet kilka więcej. Wraz z nadal młodym ale "staro wyglądającym" Jakobem, przeżyliśmy wojnę i wyparliśmy ją z pamięci na rzecz codziennej imigranckiej walki o przetrwanie. Zmartwimy się niemożnością ulżenia popędom seksualnym, zjemy w kafeterii przyznaną nam tanią zupę, pokelnerujemy by utrzymać się przy życiu przez kolejne kilka dni. Będziemy oszukiwali, trochę kradli, pracowali tyleż nieumiejętnie co z niechęcią i będziemy znali swoje szarobure miejsce w społeczeństwie dobrobytu i wyobrażenia o karierze "od pucybuta do milionera".

Gdzieś, pomiędzy dialogi proste, nie pozwalające poznać rozmówcy, plecione z powtórzeń, potwierdzeń i zaprzeczeń wrzucimy, niemalże przypadkiem, jednowyrazowe, czasem zdaniowe wspomnienie obozowe, wygnańcze, krzyk spośród ruin, spośród trupów. Ale mówić o tym nie będziemy. O tym napiszemy. Książkę. 
"Kim jest Jakob Bronsky? Dlaczego pisze w języku, który nie jest tutaj na topie i którym mówią tylko przybysze najświeższej daty? Co on osiągnie swoją pisaniną? Prawdopodobnie nic. Co ten Jakob Bronsky wie o american way of life? Czy on wie, że tylko sukces ma jakieś znaczenie, nic poza tym?" (str.99) 

Kpina z amerykańskiego snu, ironiczny wgląd w międzynarodowe, fachowe zrzucanie odpowiedzialności na innych. I jeden rozdział, w którym serce płonie z żalu i gniewu po Zagładzie, po jej wizjach, po dwóch alternatywnych niemożliwościach godnego, a może jakiegokolwiek jej przeżycia.
"A kiedy wojna się skończyła, było nagle dwóch Jakobów Bronskich. (...) Jeden Jakob Bronsky, który stracił życie z sześcioma milionami, i drugi Jakob Bronski, który przeżył tych sześć milionów." (str.258) 
 
Groteska, kpina, wielki ból, żal, wytknięcie palcem prawdy.

Okładkowe pozory mylą. To nie bajka, to nie sen i nie dziecinna kolorowanka. To wyjątkowo ciekawie potraktowana treść, ubrane w niepozorną banalność słowa wielkiej wagi. Trudno się oderwać, czytać równie trudno. Ale warto.

Wydawnictwo Literackie, 2019 (1980)
Tytuł oryginału: Fuck America (Bronskys Gestandnis)
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski 
Liczba stron: 300