Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

niedziela, 24 marca 2019

O amerykańskiej jawie.

"Fuck America" Edgar Hilsenrath  7/10


Książka o prostej formie, emigrancko bezczelnej i wulgarnej treści, dialogach bez ozdób, didaskaliów, oprawy budowanej z pięknych słów. Banalne tematy, spośród których wyzierają wyparte przez bohatera pojedyncze echa holokaustu.

Ojciec Jakoba Bronskiego prowadzi tuż przed wybuchem wojny listowną wojenkę z konsulem amerykańskim. Na jego prośby o ratunek przed falą nazizmu zalewającą Niemcy, odpowiedzią są listy pełne liczb, statystyk, wyliczeń obrazujących miejsce potencjalnego emigranta w szeregu. Taki prolog funduje nam Edgar Hilsenrath. Prolog, po którym wraz z bohaterem wykrzykujemy głośnym chórem "Fuck America".

Mijają lata. Te wyliczone na oczekiwanie. Może nawet kilka więcej. Wraz z nadal młodym ale "staro wyglądającym" Jakobem, przeżyliśmy wojnę i wyparliśmy ją z pamięci na rzecz codziennej imigranckiej walki o przetrwanie. Zmartwimy się niemożnością ulżenia popędom seksualnym, zjemy w kafeterii przyznaną nam tanią zupę, pokelnerujemy by utrzymać się przy życiu przez kolejne kilka dni. Będziemy oszukiwali, trochę kradli, pracowali tyleż nieumiejętnie co z niechęcią i będziemy znali swoje szarobure miejsce w społeczeństwie dobrobytu i wyobrażenia o karierze "od pucybuta do milionera".

Gdzieś, pomiędzy dialogi proste, nie pozwalające poznać rozmówcy, plecione z powtórzeń, potwierdzeń i zaprzeczeń wrzucimy, niemalże przypadkiem, jednowyrazowe, czasem zdaniowe wspomnienie obozowe, wygnańcze, krzyk spośród ruin, spośród trupów. Ale mówić o tym nie będziemy. O tym napiszemy. Książkę. 
"Kim jest Jakob Bronsky? Dlaczego pisze w języku, który nie jest tutaj na topie i którym mówią tylko przybysze najświeższej daty? Co on osiągnie swoją pisaniną? Prawdopodobnie nic. Co ten Jakob Bronsky wie o american way of life? Czy on wie, że tylko sukces ma jakieś znaczenie, nic poza tym?" (str.99) 

Kpina z amerykańskiego snu, ironiczny wgląd w międzynarodowe, fachowe zrzucanie odpowiedzialności na innych. I jeden rozdział, w którym serce płonie z żalu i gniewu po Zagładzie, po jej wizjach, po dwóch alternatywnych niemożliwościach godnego, a może jakiegokolwiek jej przeżycia.
"A kiedy wojna się skończyła, było nagle dwóch Jakobów Bronskich. (...) Jeden Jakob Bronsky, który stracił życie z sześcioma milionami, i drugi Jakob Bronski, który przeżył tych sześć milionów." (str.258) 
 
Groteska, kpina, wielki ból, żal, wytknięcie palcem prawdy.

Okładkowe pozory mylą. To nie bajka, to nie sen i nie dziecinna kolorowanka. To wyjątkowo ciekawie potraktowana treść, ubrane w niepozorną banalność słowa wielkiej wagi. Trudno się oderwać, czytać równie trudno. Ale warto.

Wydawnictwo Literackie, 2019 (1980)
Tytuł oryginału: Fuck America (Bronskys Gestandnis)
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski 
Liczba stron: 300

czwartek, 21 marca 2019

O złym we wsi.

"Inkub" Atrur Urbanowicz  9/10  


Recenzja przedpremierowa.
Premiera: 3 kwietnia 2019.

Człowiek jest słaby. Słaby i zachłanny. Niby nie wierzy w czary, ale w swojej słabości im ulega. Oburza się na jakiekolwiek przejawy sprzedajności ale oddaje swoje myśli i czyny złym mocom, gdy może w zamian opływać w luksusy, spełniać paradoksalne czasem marzenia, mścić się pomimo niemocy. Człowiek ulega zachciankom a domniemane zagrożenie zbywa machnięciem ręki. Jak powiada: woli żyć szybko, kochać mocno i umierać młodo. Woli sprzedać duszę diabłu niż zaakceptować swoją mizerność, niedoskonałość, "niezauważalność", pechowość. Może nawet, jak twierdzi Artur Urbanowicz zostać czarodziejem, czarownicą i zniszczyć życie innych. Może potem zabić, spopielić, zrównać z ziemią. Z płochości i egoizmu. A to wszystko w sposób, jaki pokazuje nam "Inkub".
"Racjonalność przestała istnieć, zwyciężały pierwotne, zwierzęce instynkty." (str.450)

Tytułowy inkub to postać nierozerwalnie związana z wiarą w moce piekielne. To służebny demon, który ową pozorną podległość sprowadza do jednego: pokornego oczekiwania na śmierć tego, który zawarł pakt z diabłem, i któremu za ów pakt przyjdzie zapłacić duszą. Tytułowy twór pojawi się w powieści dla zaakcentowania omylności człowieka, który czerpie radość z władzy nad innymi, będzie obrazował mrocznego demona stojącego nieustannie niby u boku, a tak naprawdę nad głową wybrańca piekieł. Przyjdzie z nim zmierzyć się Vytautasowi Česnauskisowi, policjantowi na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach.

Bohater pojawi się w maleńkich Jeziodorach w pozornie prostej sprawie śmierci starszego małżeństwa. Sprawa ta jednak przestanie być choćby w maleńkim stopniu prostu tuż po otwarciu drzwi do ich chaty. Potem będzie już tylko dziwniej, straszniej, a duch czarownicy, znanej w tych rejonach już czterdzieści lat wcześniej, znów zacznie krążyć nad podejrzeniami i przypuszczeniami. W dwutorowej opowieści autor powiedzie nas i czasem obecnym, i wydarzeniami sprzed kilku dekad, przez dni podległe czarom, kierowane złymi mocami, oddane piekłu i zapomniane przez Boga. Będzie spinał opowieść powtarzalnością niektórych niesamowitych zdarzeń, podobieństwem obecnych nieszczęść, samobójstw, śmierci, do tych sprzed lat. Ponownie pogubi dzieci, pokryje ciała popiołem, zniszczy uprawy, rozsieje zamęt, agresję, depresję.

Charakterystyczny jest tu wszechobecny mrok, niemal wyczuwalna ze stron wilgoć, przenikliwy chłód, dziwny stęchły zapach. Maleńka wioska zdaje się być zamknięta w kopule zła. 
"Zło w czystej postaci. Żyjecie w nim, oddychacie, spożywacie w waszym jedzeniu, pijecie razem z wodą, nosicie w swoich ubraniach. Jest wszędzie, w każdym zakamarku wioski, pomiędzy cegłami i drzazgami, pod każdym źdźbłem trawy, w każdym liściu. Z każdym dniem rośnie w siłę." (str.595)
Nie sposób oderwać się od wrażenia, że po przewróceniu kolejnej kartki wydarzy się następne nieszczęście, znów będziemy biegli przez las, znów z pewnego domu będzie na nas padało zielone światło, znów opuszczone domostwo będzie zamknięte w sposób niemożliwy do pokonania siłą ni słowem, znów w progu stanie niezwykle wysoka sąsiadka w czarnej, staromodnej sukni.

Kolorytu tej mrocznej, zimnej, osadzonej w suwalskich lasach opowieści doda jeden wątek i cechy bohatera. Wątek będzie, jakżeby inaczej, miłosny zaś bohater, nasz polsko-litewski nieśmiały przystojniak, umili nam spojrzenie na polskich policjantów. Vitek, jak go nazywają, jest bowiem osobą tyleż odważną i upartą co nieśmiałą. Jego codzienne zmagania z niepowodzeniem u płci przeciwnej dadzą nam wytchnienie od polowania na czarownice ale i przyprawią o uśmiechy współczucia i rozczulenia. 
"Nie istnieje nic piękniejszego od miłości, lecz paradoksalnie sprawia ona, że cierpienie czasami staje się dotkliwsze.(...) Cierpisz po odrzuceniu, ponieważ kochasz. Cierpisz po utracie bliskiego, ponieważ go kochałeś. Cierpisz kiedy widzisz cierpienie bliskiego, ponieważ go kochasz. Cierpisz nawet wtedy, kiedy nie masz nikogo, kogo mógłbyś kochać. Cierpisz, gdy nikt nie kocha ciebie." (str.238)
Gdy na drodze do napotkanej miłości autor będzie mu stawiał przeszkodę za przeszkodą, zaczniemy podobnie jak Vitek czuć niepewność, złość, wreszcie skupimy swoje podejrzenia właśnie tam, gdzie Artur Urbanowicz poprowadzi nas niczym grzeczne przedszkolaki ulegające czarowi bajki.Oczywiście finał będzie zupełnie inny, nieprzewidywalny, poprzedzonym twistem, którego nie sposób przewidzieć. A żebyśmy nie narzekali na zbyt romantyczne podejście autora, dostaniemy do Vitka jego partnera, Czestera, który uwagami i komentarzami rozbawi największego ponuraka.

Artur Urbanowicz napisał fenomenalną opowieść. Na ponad siedmiuset stronach porwał nas w świat, który sam poznał z przedziwnych opowieści faktycznie żyjących ludzi, który sam miał szansę zbadać, i który natchnął go do napisanie tego potężnego, mrocznego tomu.
Autor, jak poprzednio w "Grzeszniku", łamie konwencję horroru na rzecz wtrętów kryminalnych i romantycznych, a zrównoważenie powagi i dowcipu nie pozwala ani na moment zapaść się w nudę ba, nie pozwala nawet złapać głębszego oddechu przed kolejną zaskakującą sceną. Nieprawdopodobne może się wydawać utrzymanie przez tyle stron jednakowego poziomu językowego, takiego samego napięcia, zainteresowania czytelnika. A jednak! Realny przykład takich umiejętności  dostaniecie w nierealnym (czyżby?) "Inkubie".
To znakomita lektura. Lektura, której ciężar fizyczny, gdyby mierzyć go jakością języka, fabułą i poziomem pochłonięcia czytelnika, jest co najmniej dziesięciokrotny w stosunku do użytego papieru. To znakomita, dająca do myślenia, błyskotliwa, i nie bójmy się tego powiedzieć, odpowiednio straszna książka. Polecam z pełnym przekonaniem.

Wydawnictwo: Vesper, 2019
Liczba stron: 728

Bardzo dziękuję Autorowi, Wydawnictwu Vesper i agencji Business&Culture za egzemplarz przedpremierowy.




sobota, 16 marca 2019

O demonach odwróconych.

"Tylko żywi mogą umrzeć" D. B. Foryś  6/10


Nie jestem fanką książek o duchach, wiedźmach czy demonach. Ani o wojowniczych półdemonach. Nie bawią mnie opisy walki wręcz. Romans to nie jest gatunek, po który sięgam. Poszukiwanie skarbów pozostawiam Danowi Brownowi.
A tu, Proszę Państwa... kobieta półdemon, mężczyzna demon stuprocentowy, pewien pan będący medium, ksiądz egzorcysta, sklepikarz i wytwórca ziołowych antydemonicznych preparatów, walczą ramię w ramię by nie dopuścić do otwarcia Bram Podziemi. Tłuką demonicznych prześladowców w Pasadenie, Watykanie, Londynie... gdzie popadnie. I jeszcze jest miejsce na romans, opowieści o historii i polowaniach na czarownice. To wszystko sprawnie, poprawnie i z wielkim poczuciem humoru.

Niewątpliwą lekkość i inteligentny humor należy wpisać po stronie największych zalet książki. Niemniej myliłby się ten, kto uznałby ją za płochą komedyjkę bez walorów poznawczych czy literackich. Mamy tu bowiem dość zamyślenia i dywagacje na temat ludzkości i grożących jej niebezpieczeństw, na temat odwagi i ważkości decyzji, które kierują naszym życiem już przez lata (czasem i wieki). Wszystko to zamknięte w opowieści o życiu (dość długim, zważywszy, że bohater ma za sobą prawie dwa wieki istnienia), w relacje z dawnych, znaczących dla drużyny wydarzeń, czy w opisy artefaktów i ich znaczenia dla wiary. Także w opisy ludzkich przeżyć, które, co wręcz niewiarygodne, każą demonowi współczuć i czuć wstręt do czynów zgodnych z jego naturą. 
"Oni szepczą, a ci silniejsi wręcz krzyczą, by ich uwolnić. Są przerażeni. Nie wiedzą, co jest grane ani dlaczego nie maja kontroli nad własnym ciałem."

Wielką zaletą powieści jest też uczłowieczenie postaci grających w tym przedstawieniu główne role. Teresa, która ma w sobie tyleż ludzkiej co piekielnej krwi, opowiada się po stronie dobra, choć instynkt wiedzie ja w kompletnie inne zakątki myśli i czynów. Kilian, z piekła rodem, buntuje się przeciw zapędom swojego Władcy i zarówno w zwalczaniu demonów, Ogarów i innych stworzeń o szemranych zamiarach jak i w miłości, okazuje się być bardzo podobny do każdego z nas. Tęskni nawet, podobnie jak wiekowi, zmęczeni i schorowani ludzie za końcem.
"Ja chcę umrzeć Tessie(...). Istnieję od setek lat i nie mam siły już dłużej tu być. Marzę, żeby zniknąć na zawsze z tego świata. Odzyskać spokój, który mi odebrano."

Nie czuję się literacko oszołomiona ale odpoczęłam przy tej książce solidnie. Czasem uniosłam brew, czasem westchnęłam, często parskałam śmiechem przy bystrych zabawach językiem polskim. I rzec muszę z ręką na sercu, że jest to całkiem dobra książka. Dwa wieczory dla czystej, nieuważnej, lekko przebiegającej przez umysł rozrywki. Warto było.

Wydawnictwo: e-bookowo.pl, 2018
Cykl: Tessa Brown (tom1)
Liczba stron: 388 

wtorek, 12 marca 2019

O kobiecie imieniem Walka.

"Gambit" Maciej Siembieda  10/10

Recenzja przedpremierowa

Premiera książki: 3 kwietnia 2019.

 

Bywa, że pod koniec życia, może równie często jak pod koniec fikcyjnych tworów literackiej wyobraźni, pielęgnowane latami przekonanie, opinia zakorzeniona w naszym umyśle od wielu dekad, okazuje się być mylna, krzywdząca, tragicznie niezgodna z prawdą. Bywa, że sploty przypadkowych zdarzeń, kilka niewinnych kłamstw, jedno wielkie oszustwo na miarę ratowania własnej skóry dają rezultat, który zmienia nasze ścieżki, nasze decyzje i reakcje tak bardzo, że świat dzieje się równolegle do tego, który kiedyś, gdzieś, dla siebie i najbliższych tworzyliśmy. 
"Dziś tu, jutro tam. Dziś łóżko u kogoś, kto ja przygarnął pod dach, jutro więzienna prycza, pojutrze partyzancka ziemianka i kwatera w koszarach US Army. I karuzela wydarzeń wokół wirująca tak szybko, że nie sposób było na którymś zatrzymać oczy i zdobyć się na refleksję. Takie życie nie sprzyja planom, decyzjom, za które trzeba wziąć odpowiedzialność, deklaracjom. W takim życiu przyszłość jest pojęciem abstrakcyjnym." (str.262)

Bywa, że biorąc do ręki powieść jednego z ulubionych autorów dostajesz opowieść, która okazuje się być inną od poprzednich ale jakże dobrą, jak bardzo nie pozostawiającą wątpliwości co do klasy, jaką należy jej przypisać. Bywa, że dostając "Gambita", dostajesz książkę tak doskonałą, że kończąc ją, ze zdziwieniem postrzegasz, że to już, że koniec, że nie będzie kolejnego rozdziału. A przecież dopiero zaczęliśmy wygodnie układać się w tym świecie.

Świat, o którym mowa to nasza polska rzeczywistość - dosłownie, gdy osadzona jest na ziemiach niegdyś i obecnie zamkniętych w naszych granicach i ta odległa, wyrzucona poza Polskę, Europę nawet, ale na polskich sprawach skupiona. Historyczna i bardziej nam współczesna. Rozciągnięta przez część Czarną - wojenną, straszną i przejmującą trwogą, rzucającą bohaterami po miejscach odległych od siebie o wiele setek kilometrów i część Białą - równie niespokojną, pełną zawirowań i niepewności ale bez świstu kul, skupiającą uwagę nie tyle na sile fizycznej co na intelekcie. Jak w szachach - Białe rozpoczynają partię, mogąc poprowadzić zagranie wedle tego, co dyktuje pamięć i umysł, Czarne stawiają mury, bronią się, stosują uniki by, jeśli to możliwe, przejąć inicjatywę. O tym zresztą, że Maciej Siembieda od początku buduje swą opowieść na stałym porównaniu dziejów bohaterów z rozgrywką szachową, nie uda nam się zapomnieć ani przez chwilę - będą metafory, wtręty, wreszcie, będzie gambit.

Bohaterką autor uczynił Wandę, dziewczynę o łemkowskich korzeniach, podkarpackiej duszy i odwadze godnej dziesiątków ludzi, mieniących siebie wojownikami. Od Jasła, poprzez Starachowice, ku Monachium i Waszyngtonowi będzie ona ze sobą niosła głęboką wiarę w to, co czyniło jej młodzieńcze życie pięknym i sprawiedliwym. Będą nią rządziły nieprawdopodobne przypadki i decyzje o trudnych do przewidzenia skutkach. 
"Gdyby tylko mogła mu powiedzieć, jaka jest jej prawdziwa misja na Podkarpaciu. Że odkryła coś, co może wszystko zmienić. Że kiedy dowiedzą się o tym Anglicy i Amerykanie, z pewnością nie pozwolą, aby Sowieci zostali w Polsce po wojnie. I wtedy Armia Krajowa powita tu marszałka Żukowa jako sojusznika w walce z Hitlerem, ale powita go z karabinem przewieszonym przez ramię." (str.108)
Śmierć będzie trzymała Wandę za gardło lub przemykała obok niej niezauważenie niczym kot. A przy tym, przyjdzie jej spotkać na swej drodze ludzi, którzy tworzyli polską historię: tych wyrosłych z wyobraźni Macieja Siembiedy i tych, o których autor i my wiemy, że istnieli, że nieśli dobro i niepodległość albo wręcz przeciwnie, że kalali się zdradą, służalczością i kłamstwem. Wszyscy oni stworzą obraz, który poprowadzi nas od dni przed wybuchem drugiej wojny światowej, przez pola bitewne, więzienia, partyzanckie lasy, po ruiny Monachium, konferencyjne sale amerykańskiego wywiadu i znów do Niemiec w przepiękne alpejskie strony. Wszyscy oni stworzą Wandę w formie, jaka będzie nas prowadziła przez opowieść o swoim życiu, przez łzy, tęsknoty, upokorzenie zdradą, upór, wielka chęć zemsty, rzadkie chwile spokoju.

Mimo, że inna niż te, do których przyzwyczaił nas autor, książka okazała się być równie pochłaniająca. Jest bardziej płynna, zapewne dzięki temu, że w przeciwieństwie do cyklu z Jakubem Kanią, tutaj pojawia się bardziej zgłębiony, piękniej opisany wątek miłosny. Miłość, choć jak twierdzi sam autor, stanowić ma jedynie spoiwo burzliwej historii jest, jak wszyscy wiemy, zachłanna. Zagarnia uwagę czytelnika na tyle, że staje się pełnoprawnym udziałowcem chwały "Gambita", jednym z aspektów czyniących te opowieść niezwykle atrakcyjną. 
"Kiedyś w opuszczanej cerkiewce, niewidziani przez nikogo, udali własny ślub. Baz kapłana, na niby. Bo żyli na niby. Jak turyści w podróży poślubnej dokoła świata, którzy niechcący zabłądzili do krainy zła i wojny." (str.112)
Tak mocno, jak skupiamy się na historii naszego kraju i krajów naszą historię uzupełniających - zarówno sprzymierzonych jak i wrogich, tak samo przyciąga nas wątek miłości i 'niemiłości', radości uczuciem stworzonej i bólu po jej stracie. Wątek rozszarpany pomiędzy lata składające się na życie bohaterki, będzie przywracał nas na tory obyczajowości, piękna i subtelności. Będzie dawał nadzieję, umacniał wiarę po tym, jak autor z dziennikarską precyzją obdarzy nas faktami z tragicznych wydarzeń, nazwiskami, które żal znać.

"Gambit" jest książką doskonałą. Bawiącą się emocjami, każącą Wandzie być jednocześnie naiwną i silną, prostą i ogromnie złożoną; zaskakującą nieprawdą tam, gdzie położylibyśmy życie na szali oceny kogoś lub czegoś jako prawdziwe; budującą fikcyjna opowieść na latach dociekań, pielęgnowania historycznej pasji autora. I choć zasiadamy do tej partii we dwoje: czytelnik i autor, to Maciej Siembieda gra białymi a nam pozostaje zagrać tak, jak on nakaże albo poważnie rozważyć gambit. Tylko co poświęcimy? Może noc? Może niewiedzę? Będzie warto.

Wydawnictwo: Agora SA, 2019
Liczba stron: 416 (wersja wstępna)

dziękuję wydawnictwu Agora S.A. za przedpremierową wersję książki

niedziela, 10 marca 2019

O nie za późnej miłości.

"Nasze dusze nocą" Kent Haruf  8/10



"Czy ktokolwiek dostaje to, czego pragnie? Chyba niewielu z nas, jeśli w ogóle ktoś. Zawsze jest tylko dwoje ludzi obijających się o siebie na oślep, odgrywających swoje role na podstawie nieaktualnych wyobrażeń, pragnień i błędnie interpretowanych umów." (str.126)

To opowieść o czułości zrodzonej z samotności. Samotności, która często objawia się nie tyle pustką w sercu i w domu, co tęsknotą na najprostszymi słowami i gestami. Zatem gdy Addie chce znów słyszeć 'dobranoc' przed snem i 'dzień dobry' o poranku, przychodzi pod drzwi, równie leciwego co ona sąsiada.

A małe miasteczko, tkwiące w rutynie i źle pojętej moralności, zahuczy od plotek. Dorosłe dzieci okażą się bardziej pruderyjni niż rodzice. Ponad tym wszystkim, u zmierzchu życia, Addie i Louis na spacer będą szli razem z chłopcem, psem, najstarszą ze starszych sąsiadek i nadziejami. Oni kontra świat, kontra samotność i to, co wypada. Tylko czy społeczne nakazy, zakazy i prawa wszelakie nie okażą się silniejsze? 

Spokojna, ciepła, prosta i treściwa opowieść. Doskonale sfilmowana i pięknie ukazana zarówno w słowach, na niewielu stronach, jak i w obrazie. O tym, że na rozmowę, czuły gest, spowiedź z życia nigdy nie jest za późno. I o tym, że najlepszy słuchacz może także tkwi samotnie kilka domów dalej.
"Uwielbiam to, odparła. Okazało się lepsze, niż przypuszczałam. Nasza mała tajemnica. Lubię element przyjaźni i czas spędzany razem. To, że tu jesteśmy w nocnej ciemności. Że rozmawiamy. Że słyszę twój oddech obok siebie, jeśli się przebudzę." (str.88)
Jeden wieczór czytania, ciepła na tygodnie.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie. 2019 (2015)
Tytuł oryginału: Our Souls At Night
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Liczba stron: 176

czwartek, 7 marca 2019

O skazanej z urodzenia.

"Mars Room" Rachel Kushner  8/10


Recenzja przedpremierowa.
Premiera: 13 marca 2019.

Prawo nie rozważa powodów, nie bada wnikliwie przyczyn, nie skupia się na rosnącym zaniepokojeniu lub frustracji obwinionego. Ślepa Temida widzi skutki, opiera swe osądy na dowodach rzeczowych, bierze w dłoń realia i bynajmniej nie kładzie na przeciwnej szali myśli. Winny popełnienia zbrodni jest ten, którego zachowanie spowodowało widok podlegający paragrafom. Winna jest zatem, na skalę podwójnego dożywocia, bohaterka powieści Rachel Kushner "Mars Room".

Mimo wielu zabiegów, obietnic i deklaracji politycznych, społeczeństwo nie każdego obdarza równymi szansami. Także to owiane legendami społeczeństwo amerykańskie. Przepiękne i bogate Hollywood nie wyznacza kalifornijskiej normy, jest jedynie małą odskocznią od brudnej prawdy o San Francisco czy Los Angeles. 
"(...) czuł, że ma cel w życiu i tak dalej; nie rozumiał ludzi, którzy dorastali w tym mieście, nie pojmował ich nihilizmu, tego, że nie mogą pójść na studia ani dołączyć do normalnego świata, nie są w stanie podjąć regularnej pracy ani uwierzyć w przyszłość." (str.35)
Tam żyje się w stadach, bandach demolujących dla przyjemności, dla żeru. Tam żyje się narkotykami, zabawą na poziomie prymitywnych gierek, prostytucją. Tam, mieszane rasowo społeczności walczą z innymi i wewnątrz samych siebie. Tam mieszka Romy Hall, młoda matka, tancerka lap dance w tytułowym klubie, dziewczyna, które jak dumnie twierdzi "przekroczyła siódmą klasę". Gdy ją poznajemy, owo zamieszkiwanie, wszelkie zajęcia zarobkowe i zabawy z synkiem są już wspomnieniem. Romy wchodzi do więzienia dla kobiet, którego ma już nie opuścić.

Opowieść więzienna ukuta jest z ostrych i tych bardziej tępych odłamków metalu. Jest prosto, klarownie. Nie ma czasu ani sensu bawić się w sentymenty. Bohaterka staje przed nami naga - obdarta z niedopowiedzeń i niuansów; więźniarka, która nie ma już nadziei bo mieć jej nie może, ubrana jedynie we wspomnienia o synku, troskę o niego i wściekłość na tego, przez którego jest właśnie tak. Jest sama, syn został pod opieką matki a świat nagle zmienił się w zamkniętą więzienną klatkę. 
"Jackson wierzył w świat. badałam jego twarz zamkniętymi oczami. czułam wilgotny dotyk jego dłoni w swojej. Słyszałam jego głos, czułam ciepło jego ciała, kiedy obejmował mnie obiema rękami w talii.
Skupiłam się na Jacksonowym ziarenku, wczułam się tylko w nie. To wszystko, co mi zrobili, nie mogło go dotknąć. Tylko ja mogłam go dotknąć, i zostać blisko." (str.196-197)

Autorka rozszczepiła opowieść na kilku bohaterów, z których Romy jest najważniejsza, przewodnia i najbardziej frapująca. W pobocznych opowieściach jest też latynoska nastolatka rodząca w więzieniu, starsza recydywistka więzienna z niezwykłym instynktem opiekuńczym, jest Conan urodzony kobietą, jest wreszcie nauczyciel, rozdarty pomiędzy rosnącą sympatią do Romy a poczuciem obowiązku i sensu pracy z dala od tego dzikiego miejsca. Wszystkie te opowieści mają za cel nie tyle śledzenie rozwoju wypadków dzień po dniu co analizowanie przyczyn obecnej sytuacji. Wraz z nimi wszystkimi wyruszamy w przeszłość, w opowieści o dobrych chwilach i o tych szalenie niezgodnych z prawem. O złych wyborach i próbach godnego życia, które nie mają szans na realizację ani w tamtym czasie ani w tamtych miejscach.

To nie jest opowieść stricte więzienna, jest to próba rozprawienia się z niesprawiedliwymi podziałami społecznymi, próba nazwania po imieniu życia ludzi, którym pochodzenie nie pozostawiło wielu wyborów i nie dało wielu szans. Rachel Kushner nie oskarża i nie obwinia lecz piętnuje, wskazuje palcem na miejsca, z których nie ma świetlistej drogi na zewnątrz. Jest tylko droga za kraty lub w nicość. Bo jak się dowiadujemy, czasem nicość jest lepsza od krat.
"Powiadają, że czas w więzieniu uderza falami. Mój wyrok właśnie mnie uderzał. Nie widziałam sposobu, by zaakceptować go jako życie, przeżyć je tak do końca." (str.361)

Książkę czyta się bardzo spokojnie. Autorka nie sili się na oburzające sceny czy na rozdzierające dramaty. Owszem, wszystko co w niej zawarte takim dramatem jest, ale nie ma tutaj zapierającej dech kulminacji, nie ma sztucznego przeładowania akcji wykrzyknikami. Gdzieś za murami zdarza się śmierć, która tutaj jeszcze bardziej wzmacnia gniew i beznadzieję. Gdzieś za kratami dzieje się życie, którego odpryski wpływają na myślenie ale nie zachowanie osadzonych. Tutaj dzieje się życie złożone z podróbek - szczęścia, czułości, troski. I ten erzac życia, dla jednych powszechny, wręcz udomowiony, bywa dla innych tak oszałamiający, że niemożliwym jest znosić go dalej.

Bardzo dobra książka, napisana w świetnym stylu, nie gubiącym pomimo wielu narratorów swojego przygnębiającego, równego rytmu. Znakomita opowieść o niebycie, o życiu przeszłością, o tym, że sprawiedliwie czy nie, system ukaże nas za czyny, którym dowody rzeczowe nie pozwolą zaprzeczyć. I o tym, że w środku tego wszystkiego człowiek jest tylko pyłkiem, dla którego używanie intelektu i pozwalanie sobie na zadumę mogą okazać się śmiertelne. 

Wydawnictwo: W.A.B., 2019
Tytuł oryginału: The Mars Room
Tłumaczenie: Magdalena Koziej
Liczba stron: 416

dziękuję wydawnictwu W.A.B. za przedpremierowy egzemplarz recenzencki
 

niedziela, 3 marca 2019

O muzyce łagodzącej śmierć.

"Uwięzieni w raju" Xavier Guell  6/10

 

"Wszystko, co w człowieku piękne, dobre i szlachetne, zderza się ze światem, który za nic ma rozum." (str.216)

Miłość nie patrzy w kalendarz, nie ocenia prawdopodobieństwa śmierci, nie krzywi się na widok niedogodnych miejsc i wychudłych ciał niekoniecznie stworzonych do tulenia i całowania. Miłość przychodzi kiedy chce i kpi z naszej ostrożności. Na cel zaś często wybiera ludzi, którzy nie powinni, nie mogą a nawet nie mają społecznego pozwolenia na stanowienie pary. Ludzi, którym nie może, a nawet nie ma prawa się udać. Na przykład Żyda i niemiecką baronównę w czasie drugiej wojny światowej.

Jestem miłośniczką literatury historycznej, powieści bazujących na wydarzeniach sprzed lat. I choć "Uwięzieni w raju" opowiadają o historii stosunkowo niedawnej, o tyle na pewno do tego nurtu należą. Ostatnio tematyka wojenna, zwłaszcza obozowa, spotyka się z dużym zainteresowaniem zarówno autorów jak i czytelników. Powieści historyczne związane z Holokaustem czy życiem w okupowanych krajach, opowieści o żydowskim życiu w czasie, przed i po wojnie, są coraz bardziej dostępne i popularne. Dlatego czytelnik, mając do wyboru książki autorów z przeróżnych krajów, relacje o różnym stopniu realizmu, będzie stawał się coraz bardziej wymagający. Bedzie dokładniej przyglądał się szczegółom, będą go raziły niedoskonałości, drobiazgi psujące atmosferę bądź odwracające uwagę od dominujących wątków.

W powieści Pana Guella tematyka, która stanowić powinna wspaniały dodatek, lukier wylany na treściwe, acz mało smaczne ciastko, zdaje się nieco przytłaczać przesłanie o sile miłości, która pokona wszystko. Ogromnie ciekawe rozmowy o detalach muzyki klasycznej robią niezwykłe wrażenie, pozwalają nam rozpoznać wielkie nazwiska i równie wielkie dzieła. 
"(...) muzyka to nie tylko przyjemna rozrywka. Muzyka dotyka najgłębszych strun duszy i obnaża przy tym wszystkie nasze uczucia: pragnienie wolności, miłości, naszą krzywdę i niepokój." (str.102)
Fascynujące wypowiedzi doskonałych umysłów, jakie stanowi para głównych bohaterów, zachwycają ułożeniem w dialogi, o których erudyci mogą tylko pomarzyć. Ale gdzieś pośród pięknych słów i wylewającej się ze stron powieści doskonałej, operowej muzyki, gubi się treść. Ozdobniki duszą realia, gniew wyraża się z słowach, które nie pozwalają go odczuwać. Nagle zapomina się o tym, że to czas zła, czas krwi i zdrady. To sztucznie stworzone, doskonale łagodne uczucie, usuwa gdzieś w cień pierwotne wrażenie czytania o dramacie.

"Uwięzieni w raju" o samej zagładzie opowiadają w zasadzie
na początku i na końcu. Pierwsze i ostatnie rozdziały dzielą z nami wiele bólu, rozpaczy, wiele łez ciśnie się do oczu, wiele złości wylewa się z serca, by skierować swą moc przeciw pozbawionym jakichkolwiek dobrych cech nazistom, zbrodniarzom wojennym. Cały zaś środek to mocno obyczajowa opowieść, skupiona oczywiście, jak cała Szkarłatna seria, na wątku miłosnym, ale też wątkach muzycznych i filozoficznych.
Dla jednych będzie to ogromna zaleta, bo książek opisujących morderstwa dokonywane na dzieciach, dorosłych, całych narodach, jak wspominałam jest na rynku wiele. Dla drugich zaś, będzie to opowieść mało wiarygodna. Ową wiarygodność traciła będzie głównie z powodu wplecenia wątku miłosnego w świat śmierci z niebywałą, nierealna wręcz łatwością. Bo z jakąż lekkością córka niemieckiego barona, a jednocześnie żona oficera niemieckiego, nawiązuje znajomość, przyjaźń, romans z żydowskim kompozytorem, będącym więźniem obozu.
Wbrew wiarygodności zdajemy się śledzić też wątek, w którym ponownie z udaje się przekonywać Niemców do coraz śmielszych pomysłów obozowej rady więźniów.
Zdaję sobie sprawę z tego, że opowieść oparta jest na faktach, i że w obozie w Therestenstadt faktycznie istniała grupa teatralna, o której nakręcono film, którą przedstawiano jako wzorcową, szerząca kulturę w świecie oskarżanym o to, że pozbawiony jest łaski, jakichkolwiek ludzkich uczuć. Niemniej sposób przedstawienia rozmów mija się z historyczną prawdą na temat tego, jak naziści reagowali na jakiekolwiek przejawy bezczelności czy pewności siebie.
Jest to kolejna opowieść o "dobrym Niemcu", o osobach, które będąc obywatelami faszystowskich krajów, nie sprzyjały nazistowskim poglądom; skierowana przeciw uogólnieniom, które każą całe narody oceniać jako dobre bądź złe. 
"Hans zawsze powtarzał, że w każdym z nas tkwią dwie wewnętrzne melodie. Kiedy nie wsłuchujesz się w tę pierwszą, reprezentująca wszystko co dobre i szlachetne, do głosu dochodzi ta druga, zmuszająca cię do przejścia na druga stronę.' (str.317)
Wśród Żydów są tu bowiem kolaboranci, wśród Niemców są osoby, które nigdy nie przypuszczały, że ich pieniądze i zdolności zostaną wykorzystane w zabójczych celach. I osoby te, podobnie jak baron i jego córka - nasza bohaterka Elizabeth, poniosą tej nieświadomości konsekwencje. Niestety związane z tragicznymi wyborami, których sami dokonają.

Powieść Xaviera Guella to opowieść pełna wielkich nazwisk, tytułów i obrazów życia ponad cierpieniem. W opisach piękna, pozostawionego gdzieś za sobą, wyrywanego z przeszłości i na siłę wprowadzonego na obozowe deski ukrywa się miłość, poświęcenie, otwarcie na drugiego człowieka. Tylko czy nie autor nie stracił wyczucia proporcji? Czy to tylko moje wrażenie, że książka początkiem i końcem zamyka w klamrę dramatyczną opowieść, lecz środkiem wybiega w sfery zainteresowań, które nieco spłaszczają nasze odczucia? Wiem, że rajem jest stworzony w wyobraźni świat wielkiej nadziei. Wiem, że miłość tworzy raj nawet w tak obskurnym miejscu jak zimne ambulatorium. Ale przyznać muszę, że nie bardzo potrafię osądzić, czy przy swoim pięknie literackim ale i niekonsekwencji, powieść jest bardziej o uwięzionych czy bardziej o raju.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: Los Prisioneros del Paraiso
Tłumaczenie: 
Seria: Szmaragdowa seria
Liczba stron: 352

dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl

 

czwartek, 28 lutego 2019

O widoku z balkonu na tragedie.

"Sny o Hiroszimie" Joanna Rudniańska  8/10


"Jak patrzysz na kogoś, kto patrzy, widzisz więcej. Nie tylko przez obiektyw kamery, ale oczami tych ludzi. Tych Japończyków, tej dziewczynki. Fotograf wyjeżdża, a oni zostają". (str. 132)

Każdy z nas ma swoją Hiroszimę. Jeśli nie tą, od której trzeba uciekać ze spaloną twarzą i płomieniami dogorywających domów za plecami to tą, na która patrzymy ze wzgórza po kilku dniach, tygodniach, latach i nie widzimy nic, tylko zgliszcza. Każdy z nas ma swoje tsunami. Albo takie, przed którym się nie da uciec i pozostaje tylko zapisywanie i nagrywanie ostatnich chwil albo takie, kiedy wspinamy się pod górę ciągnąc za sobą resztki dobytku, cenna osobę, psa... I wiemy, że fala i tak poliże nam nogi. Wiemy, że i tak nie pozostawi nas bez wspomnień, które nie pozwolą już żyć spokojnie aż po grób.

Gdybym miała być opętana jakąś myślą, niechby to była myśl jasna, świetlista, o życiu pięknym, dobrym, wymarzonym. A Joanna Rudniańska opętała swoich bohaterów myślą o śmierci. Tej na H. Śmierci nam bliskiej, swojskiej, polsko-myślanej - śmierci w Holokauście, lub śmierci odległej, wschodniej, dalszej naszej codzienności acz równie strasznej - tej w Hiroszimie.
Holokaust i Hiroszima - dwie śmierci powracające w myślach bohaterów, w ich słowach, skojarzeniach, obrazach widzianych przez szyby wystaw i galerii, w obrazkach, rysunkach i bazgrołach, wreszcie w snach. 
"Jedna szybka, błysk i już. Pikadon i po tobie. Zaskakuje cię w najmniej spodziewanym momencie. Jak wybuch Wezuwiusza. Druga powolna, degradująca, chudniesz, zmieniasz się, tracisz włosy, przyjaciół, twój świat zawęża się coraz bardziej, bywa, że lądujesz z takimi jak ty w zamkniętym miejscu. (...) Śmierć na zawał i śmierć na raka. Śmierć w Hiroszimie i śmierć w getcie albo obozie." (str.268)
Wśród nich, dwie bohaterki, później jeszcze jeden ktoś - posadzeni na fotelach, opowiadający o życiu, które niesie ze sobą dramat osobisty może równie wielki jak tamten powszechnie w świecie znany, obolały, wspominany. Bo i do tych drobnych dramatów - jednoosobowych, nie jesteśmy w stanie się przygotować, podobnie jak do tamtych o niewyobrażalnej skali, ci nawet najmądrzejsi, najświatlejsi nie byli w stanie poczynić choćby najmniejszych przygotowań.

W "Snach o Hiroszimie" każda przytoczona tragedia wielkiej skali jest alegorią na nasz prywatny, bardzo wewnętrzny świat. Każde przywołanie Hiroszimy poprowadzi nas w świat zdrady, niewierności, kłamstwa. Podobnie jak dręczyć bohaterów będzie poczucie winy za ogromne wojny, zniszczenia, przywołanie złego fatum, tak będą cierpieli z powodu niepowodzeń w życiu osobistym, odtrącenia, bycia nierozumianym. Czy zdrada kochanka to osobista wojna atomowa zrzucona na nasz świat? Czy niewierność męża to tsunami zalewające nasze przeszłe wspomnienia i przyszłe prany? Czy Holokaust zabijał każda osobę podobnie jak zabija każde nasze wyobrażenie miłości?
"Ktoś przeciął nas na pół. A ja jestem tą częścią, która została amputowana. (...) Odcięto mnie i od tamtej pory jestem tylko fantomem w głowie męża. Ale nie bolę go, wiem." (str.21) 
 
Ta książka o niezwyklej formie każe zapaść się w światy, które odbieramy poprzez różne środki wyrazu, poprzez zmianę sposobu przekazywania emocji, poprzez ozdobniki o brzmieniu tak skrajnie sarkastycznym, ze czasem kierujemy do autorki westchnienie: 'na miłość boską, Pani Joanno...'. Książka mówi epiką, snując opowieść o życiu Bibi czy Janiny, splecione dole bohaterów podaje w formie dramatycznej, gdzie w didaskalia wpisuje codzienne 'nic' - kilka kiecek i drogą biżuterię. Autorka samodzielnie obrazuje swoje słowa komiksowo wyglądającymi rysunkami, gdzie dialogi porażają trafnością i bezlitosnymi powrotami skojarzeń. Na koniec dodaje zdjęcia. Hiroszimy po. Krakowskiego Przedmieścia po. Cmentarza. Szklanych kolosów w centrum Warszawy. Świat bohaterek, potem świat szerszego grona bohaterów, potem świat budynku, miasta, decyzji ostatecznych. Wreszcie... świat świata. Ból, cierpienie, rude zakamarki myśli, eleganckie samozaprzeczanie, japoński ukłon po znalezieniu leku na zniczową chorobę.

Ależ to jest niezwykła książka! Trzeba jej poświęcić czas, myśli, emocje. Trzeba z nią pożyć. I bardzo warto.

Wydawnictwo: W.A.B., 2019
Liczba stron: 340

dziękuję wydawnictwu W.A.B. za przedpremierowy egzemplarz recenzencki