Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

piątek, 20 września 2019

O innych wersjach siebie.

"Horyzont" Jakub Małecki 10/10



Mijani na ulicach ludzie mają twarze bez wyrazu. Gości na nich uśmiech lub zgorzknienie, ale nie rozkładają się na nich cieniem najgłębsze, najmroczniejsze z emocji. I choć wszyscy wyglądają, jakby nosili na plecach trudności, które sami znamy i rozumiemy, czasem bywa tak, że to co im w dusze najmocniej zapadło, to wspomnienia lub odkrycia, które napawałyby nas niedowierzaniem, strachem, ogromnym współczuciem.
Czytając kolejne książki Jakuba Małeckiego utwierdzam się w przekonaniu, że prawie każdy z nas, ten barczysty pan, ta młoda dziewczyna z telefonem w ręku, Ty, ja... wszyscy mamy w sobie coś, co czasem wypełnia nasze oczy magią, tą piękną i tą bolesną, szaloną.

 

On przywiózł ze sobą traumę żołnierza, który zabił. Taka jego rola, można by rzec, taka jego misja i zawód. Ale gdy czytamy, jak głęboko wbiły się w duszę Mariusza Małeckiego pazury wojennych doświadczeń, chcemy znów za mądrymi i światłymi powtarzać, że nie ma wojen dobrych i słusznych, że zawsze pozostają po nich zgliszcza.
"Boisz się alarmów samochodowych.
Boisz się tego, że boisz się alarmów samochodowych. Ciagle się rozglądasz, czegoś wypatrując. Nie dajesz rady w supermarketach. W zatłoczonym autobusie. W kolejkach. Wszyscy mężczyźni, których mijasz na ulicy, krzywo na ciebie patrzą.(...)
Nikt cię nie rozumie. Nie rozumieją ci, którzy wcześniej rozumieli. Ojciec. Siostra. Najlepszy przyjaciel z dzieciństwa. Uświadamiasz sobie, że jesteś innym gatunkiem człowieka niż wszyscy wokół ciebie.
Twoim językiem posługują się tylko ci, z którymi tam byłeś." (str.25)
 
Ona, "obraźliwie ładna", pracująca w biznesie gier komputerowych, który jeszcze jakiś czas temu nie pomieściłby się nam w głowach, pozornie pogodzona i obojętna, słuchająca, będąca obok, dziecko technologii i wtopienia się w otaczający świat.
I jej prawda, która raz odkryta, wywoła niedowierzanie, gniew i ból, obali ideały, nada wizytom na grobie matki i tym dziwnym wizytom ojca na innym grobie, zupełnie inny wymiar. I świat staje się rozwarstwiony, matki w niej tyle samo ile jej samej a tajemnica raz wstrzymuje oddech, raz nadaje życiu sens
"(...) gdzie jestem prawdziwa ja, prawdziwa Zuzanna Krawczyk? W pokoju babci, przebrana za własna mamę? W ramionach Mańka podczas jednej z naszych pijackich nocy? Pomiędzy bitami gry, która współtworzę? Nigdzie i wszędzie po trochu." (str.271)

Psycholog powie, że idealnym sposobem oswojenia traum jest opowiedzenie o nich. Inny powie, że zawsze ratunkiem okazuje się miłość. Pan Małecki nie walczy z owymi truizmami ani ich nie obala. Bierze je w dłonie i w swoim niebanalnym, magicznym, nieprawdopodobnie pochłaniającym stylu czyni z nich opowieść o splataniu dwóch, jakże odrębnych losów. Opowiada więc Maniek baśń, snuje opowieść daleko spoza światu, bo tylko tak opowiadać może.
"Opowiadam sam sobie o brodatych Słońcanach, o podróżach pancernymi chrabąszczami i o Misjonarzach, o nich przede wszystkim. O grupie wojowników z innych krajów, którzy z piaszczystych dróg w Krainie Ognia wykopują śmiertelne zaklęcia ukryte tam przez Czarne Turbany." (str.177)
Gdy Małecki snuje afgańskie opowieści prawie zamykamy oczy, prosimy by TO się nie stało. Gdy zmienia obraz matki, pielęgnowany w duszy Zuzy, marszczymy czoło i prosimy o mądre, uwalniające od bólu niedowierzania wytłumaczenie.

Jak bardzo trzeba wejść w swą powieść, by bohaterem książki pisanej przez bohatera uczynić Jakuba Małeckiego? Ile jest w tym literackim tworze samego autora, jego strachu, jego odkryć? A może raczej trzeba zapytać, ile jest owego pogodzenia, które dało opisanie dramatów i chwil, których nie przeżyje nikt, prócz żołnierza, który nosi w sobie jeden, ogromny błąd?

Sposób w jaki autor podpowiada odpowiedzi zatrzymuje oddech. Momenty, w których pracują oczy i wszystko, co z nich płynie do naszej świadomości są tak częste, że gubiłam rzeczywistość. Łapałam się na tym, że czytałam stronę, dwie, na jednym skupieniu wzroku, zaczynałam zdanie i kończyłam je dopiero wiele stron dalej. Ten niebywały dar opowiadania hipnotyzuje, "Horyzont" wchłania i kradnie czas. To właśnie dla tych doznań watro sięgnąć po tę książkę.
Chcecie to poczuć? Chcecie stać się Zuzą, Mariuszem, a może Jakubem Małeckim?
Polecam. Z ogromnym zachwytem.

  
Wydawnictwo Sine Qua Non, 2019
Liczba stron: 336

dziękuję Wydawnictwu SQN oraz portalowi LubimyCzytac.pl za egzemplarz książki


 

środa, 18 września 2019

O zamykaniu tęsknoty.

"Pięć toastów Hannigana" Anne Griffin  9/10


Są książki, które są obrazem niezwykłego talentu - daru opowiadania. Zwykle ograniczają akcję do dnia, dwóch, nawet do kilku godzin, podczas których snują wspomnienia. Nie ma tutaj rozmachu, gwałtownych zwrotów, krwi i ran. Jest zmaganie ze zwykłym ludzkim życiem, utkanym z miłości, tęsknoty, rozpaczy i szczęścia.
Anne Griffin pozwala swemu bohaterowi wznieść kolejne toasty za ludzi, których istnienie pozwoliło mu wieść takie życie, jakie teraz, w wieku 84 lat, zamyka i wspomina z poczuciem spełnienia i rozrywającej serce tęsknoty. 
"Nikt, absolutnie nikt nie ma pojecie o stracie, jeśli nie przeżuje odejścia ukochanej osoby. Chodzi o ten rodzaj miłości, która przenika człowieka na wskroś, aż do szpiku kości. Masz ją za paznokciami jak brud, ziemię, której latami za nic nie da się usunąć. A gdy znika... to tak jakby ktoś wydarł ją z ciebie siłą. Zostajesz z rozdrapanymi, gorejącymi ranami, a krew kapie na jakiś piękny kobierzec. Jesteś pół żywy, pół martwy. Jedną nogą w grobie." (str.280)
"Pięć toastów Hannigana" to portrety nieprzeciętnych osób ale i ocena tego, jak ogromny wpływ miały one na życie bohatera. Jeśli zdarza się, że przemykają przez wszystkie fazy wspomnień, to dzieje się tak z powodu ich niebanalności, wyjątkowości oraz ogromnej siły miłości jaka była im dawana i od nich odbierana.
Razem z bohaterem zamykamy się w tej książce na niewielkiej przestrzeni hotelowego baru, miejsca mającego równie istotne znaczenie dla Maurice'a. To tam zrodziły się złe wspomnienia, traumy dzieciństwa, niezapomniane po dziś łzy goryczy i niewiary w ludzkie dobro.
 
 
Pijemy ze wspomnieniami, trunkami ulubionymi przez
osoby, ku którym kierujemy myśli.
Brat, którego troska był tak wielka, że otacza bohatera po dziś dzień, a zrozumienie i braterska opieka tak znacząca, że potem, "po bracie", nie potrafił już żyć inaczej, niż "rozmawiając z duchami". Niezwykła szwagierka, dzięki której trud opieki zamieniał się w niebywały sposób spoglądania na świat dziecięcymi (choć dawno już dorosłymi) oczami, pełnymi zachwytu i ufności.
Córka, która leżąc w rękach ojca, przyniosła mu ból, o którym nie miał pojęcia, którego nawet nie sposób sobie wyobrazić; ból zamykający oczekiwanie na szczęście.
Syn, do którego cała pięciotoastowa opowieść jest kierowana - odległy fizycznie ale zawsze zajmujący do właściwe, najgorętsze miejsce w sercu.
Wreszcie Ona - ta jedyna, trudna, niepowtarzalna żona, ciepła i uparta, troskliwa, czytająca w myślach. Ta, bez której każdy kolejny dzień gubi następną porcję szczęścia. 

"Pewnie żadne niebo nie istnieje. Pewnie nie będzie w nim na mnie czekać z otwartymi ramionami. Ale wszystko, naprawdę wszystko będzie lepsze niż życie bez niej. Ostatnie dwa lata to była dla mnie prawdziwa tortura. Jej brak przeszywał ciało aż do szpiku kości. Każdego ranka, w każdej godzinie każdego dnia wlokłem ten ból ze sobą." (str.353)
 
W kieszeni zaś tkwi pewna złota moneta, która być może nadałaby życiu Maurice`a kompletnie inny kierunek. Czy byłby biedniejszy? Znalazły inną miłość? Zakończył życie w innym miejscu? I czy dopiero dzisiejszy wieczór byłby tym, który pozwoli wiele wyjaśnić, podać rękę wiecznym wrogom, przytulić do serca sąsiadów, z którymi zawsze łączyła nas złość, zazdrość, niechęć?
 
Anne Griffin dała mi uśmiech, ogromne wzruszenie bezmiarem miłości, niezgodę na dramaty, ból przeszywający serce na wskroś. Wreszcie, pokazała, że jesteśmy sumą naszych emocji i wspomnień. Że kształtuje nas każdy przeżyty dzień. I że można to wszystko podać słowem tak pięknym, że odłożenie przeczytanej książki jest kolejnym powodem do troski. To jest jedna z tych lektur, które po zamknięciu długo jeszcze trzymam w dłoni, głaszczę, odkładam na półkę z niezwykłą delikatnością. Polecam całym sercem. 

Wydawnictwo Czarna Owca, 2019 
Tytuł oryginalny: When All Is Said
Tłumaczenie: Paulina Broma
Liczba stron: 358

dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz recenzencki książki

wtorek, 17 września 2019

O trudzie stawiania żagli.

"Szczęście dla zuchwałych" Petra Hulsmann  7/10


Życie uczy nas pokory, elastyczności i odnajdywania w sobie pokładów uczuć i umiejętności, o które siebie nie podejrzewaliśmy. Nie podejrzewali też nasi bliscy, którym przychodzi się czasem oprzeć na nas bez nadmiernej wiary w nasze możliwości, bez szczególnego entuzjazmu i z wahaniem, które nie znika przez wiele kolejnych dni.

Bohaterka "Szczęścia dla zuchwałych" nie jest ewenementem literackim. Niejednokrotnie osoby beztroskie, zamknięte we własnej, banalnej wersji życia, bywają zmuszane przez ich twórców do podejmowania niezwykle ważnych decyzji i diametralnego zmieniania dotychczasowego życia, czy też zmuszane do zachowań kompletnie im dotąd obcych. Często jednak bywa, że podążające za tym schematem powieści obyczajowe, są słabo skomponowane, przewidywalne i prowadzą nas do zniechęcenia i znużenia po kilkudziesięciu stronach. Tutaj tak nie jest.

Bohaterka książki - Marie - nie przewidywała powrotu do życia sprzed lat, nie wiązała przyszłości z biznesem rodzinnym, z którego zrezygnowała trochę na własne życzenie, trochę pod wpływem niewiary ojca, mimo miłości do żeglarstwa i zainteresowania pracą w stoczni jachtowej. Dla niej ten etap życia został zamknięty dawno, gdy w wieku siedemnastu lat okazała się być nieodpowiednią kandydatką do prowadzenia rodzinnej firmy. 
"Całe dzieciństwo i młodość spędziłam w stoczni, całe moje cholerne życie to były żagle. Chciałam wszystko wiedzieć, poznać, chłonęłam wszystko jak gąbka. Pragnęłam tej stoczni bardziej, niż czegokolwiek na świecie. To była moja stocznia. Ojciec o tym wiedział." (str.211)
Teraz, po ponad dziesięciu latach, na skutek choroby siostry nie tylko musi wrócić do zajęć, którym z pasją przyglądała się w młodości, ale też pogodzić ową denerwującą swą nagłością pracę z opieką nad nie jednym człowiekiem, ale całą rodziną.

Chory człowiek jest trudnym partnerem. Często z jego ust
padają słowa, które wbijają się głęboko w serce pozostawiając w nim ranę na długie lata. 
"Tak, to ty na to zasłużyłaś żeby być chora! Ty zawsze żyłaś chwilą, o nic się nie martwiłaś. Dla ciebie liczą się tylko imprezy i zabawa. Nie ma nic, dla czego warto by żyć, i nikogo, komu by cię brakowało, nikogo, kto cie potrzebuje. To ty powinnaś być chora, nie ja!" (str.452)
Dzieciaki, widzące cierpiącą matkę, nie rozumieją potrzeby zmiany zachowania, wyzbycia się głośnych nawyków ani czegoś, co dorośli z powagą nazywają "kompromisem". Współpracownicy Christine - mądrej, opanowanej, odpowiedzialnej - nie wychodzą naprzeciw zastępującej ją panience, która powodowania niewiarą jej ojca,zakłada sobie za cel pracy "uśmiechać się i prowadzić small talk".

To powieść obyczajowa, zatem jak należało się spodziewać, Marie zacznie powoli wchodzić w kompletnie dla niej odległy świat, zdobywać zaufanie, ukazywać twarz zupełnie odmienną od noszonej dotychczas, pozbawionej trosk maski. 
"W ostatnim czasie ciągle budziły się we mnie wspomnienia i dawno zapomniane uczucia, które - w połączeniu z chorobą Christine i nieustanym podskórnym lękiem o nią - powoli zaczynały kruszyć moją powłokę" (str.300)
Co więcej, napotka także miłość, pojawiająca się ze strony, która potwierdzić może nasze bardzo polskie powiedzenie: kto się czubi ten się lubi. Zmieni swoje życie, odnajdzie nowe pasje. tylko... czy to wszystko, tak nagle spadające na jej nieprzywykłą do nadmiaru pracy, niepokorności dzieci i sztywności biznesowych zachowań głowę, nie przekroczy jej chęci, prób i nadziei? Czy zdoła odnaleźć niezbędny spokój a obok osobę, która pomoże wydostać się na powierzchnię, gdy toniemy w desperackich aktach próby radzenia sobie z nieznanym i zbyt trudnym dla jednych kobiecych rąk?

Wszystkie pytania, wszystkie nadmienione sytuacje brzmią jak zbiór oczywistości, przewidywalnych zmian akcji i uroków życia splecionych z troskami w sposób bardzo typowy dla gatunku, jakim jest powieść obyczajowa. Nic nowego, moglibyśmy orzec.
Skąd więc moja wysoka ocena i bardzo ciepły stosunek do książki Petry Hulsmann? Otóż jest to książka, która w swej stylistyce, sposobie podania emocji, plastycznych opisach zmiennych emocji, jest tak zgrabna, tak przekonująca i ładna językowo (ukłony dla pani tłumaczki), że stanowi omalże wzór powieści obyczajowej godnej najwyższych not.
Tutaj we właściwych momentach wybuchamy śmiechem, w idealnych płaczemy rzewnymi łzami i trzymamy za pewne sprawy kciuki tak mocno, że aż nas samych to dziwi.

Po raz kolejny dostałam do ręki książkę spoza kręgu moich zainteresowań. Nie, nie na siłę ale z przymrużeniem oka, na pokuszenie. I po raz kolejny jest to proza dobra, proza, dzięki której nadal otwieram nowe drzwi w świecie literatury. Przedziwne to dla mnie ale i zdecydowanie warte podziękowań.
Zaś samą książkę polecam zarówno fanom gatunku jak i osobom, które mają ochotę poznać obyczajowe powieści z ich najlepszej, profesjonalnej, naprawdę wyjątkowo udanej strony.

Wydawnictwo Initium, 2019
Tytuł oryginalny: Das leben fallt, wohin es will (2017)
Tłumaczenie: Agnieszka Hofman
Liczba stron: 512

dziękuję wydawnictwu Initium za egzemplarz recenzencki

poniedziałek, 9 września 2019

O zbrodniach namiętności.

"Kolory zła. Czerwień." Małgorzata Oliwia Sobczak  8/10


Zaledwie kilka dni po premierze... Warto zapamiętać ten dzień, to nazwisko, tę serię. Rzadko się zdarza, że debiut bywa tak udany, rzadko się zdarza, że kryminał bywa tak porywający. Rzadko się zdarza, że wszystkie obietnice wydawcy, zachęty umieszczone na okładce, opisy pełne podziwu, wyrażają tylko prawdę, są aż tak godne zaufania.

Czerwień - kolor, który stał się oznaką pierwszej części serii. Autorka ubarwia nim detale - parasolkę, sukienkę. Czasem błyska w lusterku wstecznym, łapie na moment nasz wzrok gdy przemierzamy ulice. Przede wszystkim zaś, tym kolorem opisuje się fachowo czerwień wargową - usta. Całowane, przygryzane ze zniecierpliwienia, wysuszone strachem, wreszcie... wycięte szarpanym, bądź równym i fachowym pociągnięciem skalpela. Wycięte z twarzy kobiet, których ciała w odstępie siedemnastu lat wypływają na sopocką plażę.


"Jak to możliwe, że po siedemnastu latach powtórzyło się coś podobnego? Czy to naśladowca, czy po prostu osoba o podobnych skłonnościach? A może to ten sam sprawca, który po niemal dwóch dekadach poczuł nieodparte pragnienie, by powtórzyć ten sam makabryczny akt zbrodni, by znów poczuć skrajne emocje towarzyszące morderstwu i okaleczeniu?" (str.93)

Sopot to nie kurort jaki kojarzymy z beztroską, wakacjami, bezpiecznym słonecznym ciepłem i szumem fal. To mafijny dom z lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku. Rozszalały nadmiarem brudnej gotówki, groźny porachunkami, zawiścią i łatwą śmiercią. Miasto nastolatek i ich mafijnych kochanków. Kłamstw, gróźb i układów, z których wydobycie się jest niemożliwe, nawet jeśli jest się córką prawniczej pary. A może zwłaszcza wtedy.

I Sopot roku 2013. Pozornie inny, łagodniejszy ale znów ozdobiony kpiną. Wydający się już dawno pozbawiony tamtego blichtru i morderczej zawiści a jednak równie niebezpieczny, noszący równie mylące maski. Miasto półprawd, przyjaźni zamienionej w zdradę. Tu nie można ufać nikomu, osoby sprzed lat okazują się tylko namiastką naszych wyobrażeń o nich, ktoś, kto nazywa się przyjacielem wiedziony jest tylko chęcią zaspokajania chorych żądz, a niespełnione czy odrzucone uczucia okrutnie się mszczą.

Jak żyć po śmierci własnego dziecka? Jak przez lata nosić brzemię bólu? Jak zatrzeć ślad ukochanej kiedyś twarzy, jeśli widziało się ją po raz ostatni tam, nad koszmarnie oszpeconą twarzą młodej dziewczyny, córki? Jak po siedemnastu latach przyjąć ze spokojem i zrozumieniem wiadomość, że omalże bliźniacza zbrodnia wydarzyła się znów tutaj, w tym mieście, na tej plaży?
"Och, jacy ludzie byli śmieszni z  tym wymyślaniem słów niosących pociechę, z tym posługiwaniem się pojęciami, które miały mniej boleć. Łudzili się, że jak przychodzą na cmentarz, to umarli ich słyszą. Wmawiali sobie, że mogą sobie przysiąść na ławeczce, porozmawiać ze zmarłymi, trochę się pożalić. dzięki temu czuli się lepiej. Mniej samotni, mniej opuszczeni, pewnie mniej puści." (str.189)
Jak będąc młodym policjantem wymazać sprzed oczu pierwsze, dramatyczne zetknięcie z twarzą ofiary? I jak walczyć o swoje racje, gdy o zbrodni sprzed lat lepiej, bezpieczniej, byłoby nic nie wiedzieć i jeśli byłe gangsterskie tuzy nadal śmieją nam się w twarz?

Niezwykła plastyczność języka i wartkość akcji wiążą się w węzeł nie do przecięcia. Pani Sobczak została obdarzona niezwykłym talentem do budowania zdań, tworzenia scen, które porywają czytelnika, pieszczą go detalami. To rzadki dar tak oczarować widza, żeby obejrzał rezultat twórczej pracy na jednym oddechu. I by na drugą część opowieści kupił bilet jeszcze w trakcie trwania pierwszej. Ja już swój, na kolejne "Kolory zła" kupiłam.
Polecam. Zdecydowanie. 

Wydawnictwo W.A.B. 2019
Liczba stron : 384

dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za egzemplarz recenzencki
 

niedziela, 1 września 2019

O niezagojonych.

"Rana" Wojciech Chmielarz  9/10



"Czasami przyjęcie razów to najlepsza obrona, bez względu na to, czy chodzi o wyrzuty czy pięści." (str.230)

 Współczesne kojarzenie szkoły z budynkiem, zmarnowanym czasem, nudnymi nauczycielami i jeszcze nudniejszymi lekcjami jest typowe, nagminne i powierzchowne. Zapominamy często, że jest ona także miejscem, w którym młodzież, bywa że drastycznie, zderza się z prawdą o relacjach z innymi ludźmi. Zapominamy także, że to miejsce, w którym ostatnimi siłami łapiemy się szaleństwa, bezkarności i beztroski, które dane nam są przed krokiem w największą życiową pułapkę - dorosłość. Zapominamy, że szkoła to mały świat pełen wszystkich możliwych odcieni.

To wielkie szczęście, że istnieją pisarze pokroju Wojciecha Chmielarza, którzy zabierając czytelnika w wykreowany przez siebie świat robią wszystko, by ów świat poznać dogłębnie, by wyciągnąć jego najmroczniejsze sekrety na powierzchnię, pokazać to miejsce, opisać, nazwać bez ogródek. By wreszcie pokazać nam, że to, co czyni prawdziwą szkołę, to ludzie - z traumami, wzorcami, stereotypami. Z powielaniem rodziców, ze skrywaniem tragicznych wypadków z przeszłości, z często podwójnie prowadzonym, nastoletnim życiem, z gniewem czerpanym z rodzicielskiej agresji.
"Nie chodziło o to, że Sławek bał się ojca. To było coś głębszego, bardziej pierwotnego. Instynktowny szacunek, wpojony przez lata bolesną tresurą. jak u młodego wilka, który boi się rzucić wyzwanie samcowi alfa, nawet jeśli ten jest już stary i powłóczy łapami." (str.380)
I jeśli, jak w niektórych recenzjach, ktoś twierdzi, że tło rysowane przez Pana Chmielarza w "Ranie" jest nieprawdziwe, przejaskrawione i dalekie od prawdy, pozwolę sobie zapytać: Kiedy ostatnio przyglądałeś się plątaninie młodych i dorosłych dusz, spędzających ze sobą połowę każdego dnia? Bo Wojciech Chmielarz uczynił to najwyraźniej bardzo niedawno. Co więcej, uczynił to bardzo dogłębnie. Jak ja czynię to co dzień.

Spojrzenie w głąb tego, co wynosimy ze sobą poza mury własnego, małego mieszkania, autor podzielił na dorosłe i młodzieńcze perspektywy. Budzącą słuszne skojarzenia z przestarzałym już, stereotypowym obrazem Pani Nauczycielki Klementynę, obarcza przeszłością nie do wybaczenia. Każe jej dźwigać winę, która pali żywą raną przez całe lata, po śmierć. 
"Koszmary trwały od tak dawna, że czasami miała wrażenie, że stały się jej immanentną częścią. Nowym organem ciała, chociaż bolesnym i niepotrzebnym. Nowotworem snów." (str. 237)
Gwałtowne, budzące współcierpienie wspomnienia z przeszłości powodują nasz sprzeciw, niezrozumienie, gwałtowny opór w zderzeniu z rolą społeczną, jaką przychodzi Klementynie pełnić w przedstawionym momencie życia.

Przeciwstawiony dojrzałej nauczycielce obraz młodych ludzi jest niczym fajerwerk. Pełen ufności, która prowadzi do zguby, wściekle podlegający modom, chęci zaistnienia, przeciwstawienia się regułom. Taki świat, wiemy to przecież, nie jest niczym nowym. Może po prostu jest jednym z tych tematów, które dorośli doskonale znają i równie doskonale omijają zaprzeczając faktom i przypuszczeniom. Śmierć jednej z uczennic - Marysi, jak i jej powód, również nie jest niespotykanym przypadkiem. Zachowania młodych ludzi, prowadzące do niszczenia słabszych jednostek nie są dziwne. Ale to Wojciecha Chmielarza trzeba by pokazać je tak, że wydają nam się nieprawdopodobne czy wręcz odstręczające, by obudzić w nas czujność albo oburzenie, bo wreszcie przez rany, ból i krew pokazać, że taka bywa prawda. Bo o prawdzie też trzeba pisać wyjątkowo, a autor to potrafi. W fikcyjnym świecie zbrodni ukrywa klucz do emocji, którym dzięki niemu połączą wyobraźnię z tym, co jest zupełnie realne.

Kolejna śmierć, ta bardziej dramatyczna, "widowiskowa" i przedziwnie niebyła, stanowi już temat, w którym autor od lat czuje się najlepiej. Czysto kryminalny przypadek morderstwa dokonanego na nauczycielce przywraca nas do świata często kreowanego przez Chmielarza. Otrzymujemy po raz kolejny, sprawnie spisane sposoby dochodzenia do prawdy. I choć śledczymi uczynieni są przypadkiem zaangażowani w sprawę - młody, aspołeczny chłopak Gniewomir i wspomniana już starsza nauczycielka Klementyna, to zwroty akcji, niespodziewane odkrywanie dowodów, przerzucanie naszych podejrzeń z bohatera na bohatera, są jak zwykle wyśmienicie poprowadzone, podane ze smakiem i mocnymi, typowymi dla autora akcentami.

To jest niezwykle dramatyczna opowieść. Opowieść o domach, które zabijają obojętnością, ukrywanymi nałogami, przemocą, zgodą na zło i samym jego potęgowaniem. Opowieść o jątrzących się latami, nawet pokoleniami ranach, na które nie ma leków, okładów, znieczuleń. Opowieść o genezie naszych dramatycznych zachowań. 
"Była wybrakowana. Nie wiedziała dlaczego. Nie rozumiała, kto ją zepsuł i w jaki sposób, jednak właśnie to się wydarzyło. jakby ktoś zakradł się w nocy do ich domu (...) i wykradł jej serce, a na to miejsce podłożył zimny, twardy kamień." (str.263-264)
Nie ma tutaj miejsca na niedopowiedzenia, ale też nie ma wskazywania palcem tych, o których można bez wątpliwości powiedzieć: winny. Po lekturze tej książki pozostaje przekonanie, że wszyscy krążymy wokół wydarzeń, ludzi, decyzji, które ranią, które pozostawiają ślady, i które pewnego dnia mogą okazać się śmiertelne. Dla nas lub kogoś, kto stanie na drodze naszych chorych wyobrażeń.

Wydawnictwo Marginesy, 2019
Liczba stron: 414

dziękuję Wydawnictwu Marginesy oraz portalowi czytampierwszy.pl




 

wtorek, 27 sierpnia 2019

O słonych krokach wstecz.

"Piąta ofiara" J. D. Barker  8/10


Sam Porter nosi w sobie tajemnice. Nosi ból, żal i żałobę. Nosi niedopowiedzenia i wspomnienia z dalekiej przeszłości, które gmatwają jego obraz, które wzbudzają wątpliwości i które nie pozwalają mu odstąpić od poszukiwania wroga nawet, jeśli poprzednie starcie pozostawiło po sobie rany na duszy. Rany, które są niewspółmierne do jakichkolwiek fizycznych urazów.

"Piąta ofiara" ma dla nas nowe zadanie, postawione przed chicagowską policją. Pod lodem jeziora, jak wiadomo słodkowodnego, w specjalnie wykrojonym dla niej grobie, spoczywa dziewczyna, która utopiła się w wodzie słonej. Daleko od oceanu, ubrana w odzież innej zaginionej dziewczyny, stanowi bazę do rozpoczęcia poszukiwań odległych od spraw opisanych w znakomitej poprzedniej książce D.J. Barkera. Czy zatem jest to opowieść, która odłoży na bok pewne niezamknięte wątki przypadku Zabójcy Czwartej Małpy? Być może tak właśnie by się stało, gdyby nie główny bohater.

Omalże opętany postacią Ansona Bishopa, detektyw Parker
stanie się solą w oku przełożonych, którzy chętnie widzieliby go w roli prowadzącego nową sprawę. Zostanie odsunięty od nowych tragedii, pojawią się podejrzenia, nawet, nieco przedwczesne oskarżenia. 
"Kiedy Bishop mu się wymknął, coś w nim pękło. Myślę, że traktuje pościg za Bishopem jako niezałatwiona sprawę. (...) Uważa, że Bishop jest na wolności przez niego, z powodu jego błędu, więc to on musi go złapać i zakończyć tę sprawę." (str.381)
Sprawa dziewczyny spod lodu i innych uprowadzonych oraz ich rodzin, pozostanie w gestii FBI oraz współpracowników Parkera. On sam zniknie, wyruszy na własną krucjatę, która postawi na jego drodze osobę równie złą jak 4MK oraz mężczyznę o niejasnych powiązaniach z seryjnym mordercą.

Autor niewątpliwie ma dar pisania w sposób, który budzi ciekawość i zaskakuje. Przyznam, że pierwsza część, mocno powieściowa w stylu, ograniczała nieco moje zainteresowanie. Były chwile, gdy jak nigdy, porównywałam ją z porywająca poprzedniczką i ów bilans zawsze wychodził na niekorzyść "Piątej ofiary". Pierwsza połowa stron, rozpisanych spokojną frazą, mimo niewątpliwie poruszających scen zabójstw, wymagała ode mnie dni przerwy, chwilowego odejścia od nużącej szczegółowości i rutyny opisów policyjnej pracy.
A potem stała się jasność.

Otrzepawszy pióro z kurzu lekkości i zakradającej się w niektóre opisy senności, autor wrzucił nas w kołowrót wydarzeń, który otwierał mi oczy ze zdumienia i wydobywał z moich ust okrzyki zaskoczenia czy też niedowierzania. I ten pęd ku końcowi rekompensuje każde zniechęcenie, każde zwątpienie i wykrzywienie ust w takim stopniu, że już dziś, teraz, na godzinę po zamknięciu książki, czekam na ciąg dalszy.

W tym dalszym ciągu, pojawić się bowiem muszą postacie, wykreowane na potrzeby rozbudowanej akcji drugiego tomu. Ktoś, kto ze słonej wody w płucach dziewcząt czyni słoną śmierć. Ktoś, kto wplótł swoja własna zemstę w seryjne zabójstwa Bishopa. To oni uczynili zakończenie "Piątej ofiary" ledwie początkiem dramatu. każde rozwiązanie autor skwitował ponurym uśmiechem, zakpił z naszego odetchnięcia z ulgą. Zaprasza po nowe lęki i nowe oszołomienia. Bombą? Epidemią? Szpitalnym podstępem? Rodzinnym rozwinięciem skrzydeł? A może wszystkim naraz?

W drugim spotkaniu z przypadkiem 4MK, spójnej i jednorodnej u początków, jest nam dane konty
nuować podróż trzema odrębnymi ścieżkami, podążać nie tylko za nieco, wydawać się może, odsuniętym w cień Parkerem ale też za znakomicie nakreślonymi postaciami Nasha, Claire czy Agenta Poola. 
"Odtworzył w pamięci obraz ściany, każdego jej centymetra. Wyobraził sobie, że przechodzi obok, jego oczy chłoną każdą kolorową plamkę, jego wzrok pada dokładnie na to miejsce, brakujący fragment. (...) Skupił się na tych czarnych słowach, na tej smudze, nie tyle na znaczeniu słów, ile ich obrazie. Koncentrował się tak długo, aż w końcu się wyostrzyły, litera po literze, i dopiero kiedy zobaczył je wszystkie, odczytał na głos: 'Nie można bawić się w Boga, nie zadając się przy tym z szatanem.'"(str. 326-327)
 
Czy autor przewidział połączenie owych dróg? Czy jedna splotła się w niespodziewany sposób z drugą? Czy Porter wyjaśnił niewiadome pozostawione w finale "Czwartej małpy" czy z jego pomocą J.D. Barker postawił kolejne niewiarygodne pytania? Odpowiedzi trzeba szukać na kartach tej długiej, trochę nierównomiernej emocjonalnie, ale zdecydowanie frapującej opowieści. Mnie tylko pozostaje powiedzieć, że ostatnie wydrukowane zdanie to: "Ciąg dalszy nastąpi...". Cudownie!

Wydawnictwo Czarna Owca, 2019
Tytuł oryginału: The Fifth To Die
Przełożyła: Agata Ostrowska
Cykl: Sam Porter (tom2)
Liczba stron: 560

dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za recenzencki egzemplarz książki

środa, 21 sierpnia 2019

O kobiecym gniewie i pokucie.

"Obsydianowa komnata"  Douglas Preston&Lincoln Child  6,5/10



Czy jeśli miłość wybaczy wszystko, to z czasem, spod powierzchni owego wybaczenia, nie wychynie rąbek poczucia krzywdy, nie wrócą demony znieważenia i bólu, nie odezwie się chęć zemsty? To jedno z pytań, jakie stawia "Obsydianowa komnata". Drugie, to czy po niezwykłym, trzymającym w napięciu, tragicznym zakończeniu poprzedniego tomu, wreszcie, po kilku latach, autorzy nagrodzą nasze oczekiwanie spełnieniem nadziei na dalsze życie Agenta Pendergasta?

Gdy kilka lat temu fani serii spod pióra znakomitego duetu - Douglasa Prestona i Lincolna Childa - dobrnęli do finału "Karmazynowego brzegu", pozostali tam oniemiali, zaskoczeni, ubolewający nad stratą jednego z najbardziej ekscentrycznych, niesamowitych bohaterów. Niemniej, jako że autorzy nie zapowiadali zakończenia serii, zaś sama książka zadawała na końcowym etapie mnóstwo pytań, na które odpowiedzi zostały gdzieś daleko w sferze domysłów, należało spodziewać się kontynuacji. I to ściśle związanej z poprzednim tomem.
Kim bowiem był mężczyzna obserwujący pojedynek Pendergasta ze złoczyńcą? Co stało się z Constance? I wreszcie, czy Aloysius zaczerpnął jeszcze jednego tchu, tego na miarę życia?

W "Obsydianową komnatę" autorzy wprowadzają nas w cichym, pełnym żalu nastroju. W retrospekcjach, prowadzących do wyjaśnienia niezwykłego zachowania bohaterki, otacza nas wizja śmierci Agenta Pendergasta i jego niecnego brata Diogenesa. W wielkim domu panuje atmosfera żałoby, wzmocniona jeszcze wycofaniem się Constance do podziemi w których, wracając bezwiednie do przeszłości, oddaje się rozmyślaniom i rozpaczy.
Wszystko do czasu, gdy kobieta niespodziewanie znika w sposób tak dziwny, że pędzący na jej ratunek wierny pomocnik, żołnierz i opiekun - Proctor, pokonuje niewyobrażalne przeszkody i znosi niebywały ból.
 
Począwszy od tej samej sceny, która kończyła poprzedni tom, autorzy prowadzą nas przez zawirowania, pochopne decyzje i miszmasz emocjonalno-uczuciowy Constance. Stawiają na jej drodze wielbiciela, który okaże się kimś bardzo dobrze jej znanych, niemniej zupełnie odmienionym. Gdzieś pomiędzy nadzieją na jego pomoc w ponownym zdobyciu stanowiącego o jej życiu eliksiru a nienawiścią powodowaną perfidną zdrada sprzed lat, kobieta wpadnie w spiralę zaskoczenia i nieufności.
"Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, myśl bardzo mroczna. Czy to kolejna maskarada? (...) Może jego miłość to tylko blaga? Może w ten obłąkany, jakże zawiły sposób, chce wprowadzić do jej żył coś trującego albo deformującego? Ale myśl przeszła i natychmiast odeszła (...)."(str.260)

Tymczasem drugi wątek przenosi nas na statek zachłannych piratów, wietrzących zarobek w każdej dostrzeżonej oznace napotkanej i zniewolonej władzy. Zachłanność, wiara w perfekcję wymyślonych planów, kpiące lekceważenie przeciwnika odbije się tragicznie na porywaczach jak i samym statku. Dlaczego zginą? Kiedy przekroczą linię, której podległa im osoba nie zniesie? I kim właściwie jest ten człowiek o lodowatych, spokojnych oczach spoglądających z wymizerowanej twarzy? 

Tytuł powieści nie wziął się znikąd. Owszem, trafimy do niezwykłego miejsca, które twórca opisuje: "Oto moja obsydianowa komnata, ta prawdziwa. Oto moja świątynia, jeśli można nazwać tak coś, co mieści cały ból i wstyd. Oto świątynia mojej przeszłości." (str.382). Oczywiście, jak zwykle u tego, zmierzającego do celu pokrętnymi ścieżkami duetu pisarskiego, nie możemy być ani w minimalnym stopniu pewni prawdziwości i szczerości owych słów. Na zrewidowanie przypuszczeń i wiary, przyjdzie czas na ostatnich, bynajmniej nie otulających nas poczuciem szczęścia, stronach książki.


"Obsydianowa komnata" mimo, że jak zwykle ukazuje kunszt pisarski, wstrzymuje oddech świetnie opisanymi scenami walki, dokłada z autorskich wyobraźni przygód przeczących racjonalizmowi, jest moim zdaniem powieścią zdecydowanie inną od poprzednich piętnastu tomów. Dużo tutaj rozważań, miłosnych rozterek, trudnych moralnych decyzji i retrospekcji snutych wolno, z rozmysłem. To zwolnienie, które mocno odczułam, ma prawdopodobnie na celu bardzo dokładne zaklejenie powstałych przez lata dziur. Tych w naszej pamięci i tych w stworzonej poprzednio opowieści. 

Dzięki Wydawcy dostaliśmy do rąk jednocześnie premierę i wznowienie ale i to nie pomaga, może wręcz przeszkadza. Bo o ile "Karmazynowy brzeg" sprzed czterech lat zachłannie zagarnął mój czas i wyobraźnię, rewelacyjnie spoił gwałtowne akcje i chwile wytchnienia i zostawił mnie z poczuciem spełnienia czytelniczego, o tyle nowości nie udało się tego dokonać.

Owszem, to nadal jest bardzo dobra książka, ale jej ciężar emocjonalny pogubił gdzieś rytm, tempo. I choć to niewątpliwie warsztatowo nieskazitelna książka, to jej treść i sposób narracji wymknął się zwykle rewelacyjnej, wybitnej wręcz zręczności pisarstwa panów Prestona i Childa.
Pozostaje mi wierzyć, że ten tom, mimo że sprawia wrażenie ostatniego, to jednak tylko głęboki oddech przed powrotem do poprzedniej zrywnej, pełnej akcji i zaskoczeń opowieści, snutej przez tomy z udziałem niepowtarzalnego Agenta Pendergasta. Wydawnictwo wspomina szeptem o jesieni. Oczywiście czekam!

Wydawnictwo Agora, 2019
Tytuł oryginału: The Obsidian Chamber
Tłumaczenie: Jak Kraśko 
Cykl: Pendergast (tom 16)
Liczba stron: 380

dziękuję Wydawnictwu Agora za egzemplarz recenzencki
 

niedziela, 11 sierpnia 2019

O szmaragdowym koszmarze.

"Zbrodnia po irlandzku" Aleksandra Rumin 8/10


Recenzja przedpremierowa
Premiera: 12 sierpnia 
 

Kiedy po roku pełnym zaległych terminów, gonitwy za realizacją planów, odpowiedzialności za siebie, rodzinę i współpracowników, wreszcie stajemy przed kalendarzem i z uśmiechem odhaczamy urlop, chcemy by były to dni przygody, odpoczynku i beztroski. Owszem, planujemy podróżować, ale niech będzie to podróż nie wymagająca naszych zabiegów. Owszem, chcemy sypiać i jadać w dobrych miejscach, ale niech nam to będzie zagwarantowane. Chcemy przeżywać emocje, ale niech to będą emocje po wielokroć sprawdzone i zapewnione przez ludzi, którzy na ten czas staną się naszymi opiekunami i przewodnikami.

Rozpoczynająca przygodę z książką Aleksandry Rumin, nowa oferta biura podróży "Hej wakacje", nie tylko olśniewała nowością i nietypową destynacją ale też kusiła konkursem, który mógł zabrać w podróż zupełnie za darmo. Piękna, zielona Irlandia zapraszała na dziesięciodniową eskapadę przez wieki. Nic zatem dziwnego, że grupka zwycięskich szczęśliwców pałała żądzą przygody i spodziewała się spokojnego, acz bardzo ciekawego wypoczynku. Wszak zorganizowane wycieczki objazdowe to gwarancja atrakcyjności i opiekuńczości. Nic złego nie może się stać. Czyżby?

Każdy rozdział najnowszej książki Aleksandry Rumin to kolejny dzień wyprawy. Kartka z programu zapowiada kolejny etap zwiedzania, poznawania kultury, podziwiania zapierających dech widoków. Nie zapowiada zaś perypetii, które powodują, że czytelnik na zmianę parska śmiechem i otwiera usta ze zdziwienia. Co gorsze, nie przygotowuje też na wydarzenia, które stawiają włos na głowie i krok po kroku zbliżają do stwierdzenie, że już nigdy, nigdy w życiu nie skorzystamy z tego rodzaju wypoczynku. 
"To nie jest mój pierwszy nieboszczyk, a przecież nie zajmuje się niebezpiecznymi kierunkami. W każdym sezonie do biura napływają informacje o utonięciach, uduszeniach, zadławieniach, potrąceniach, upadkach z dużej wysokości, zatruciach, pogryzieniach, ukąszeniach, infekcjach i zakażeniach, no i o pożarciach przez dzikie zwierzęta." (str.76)

Tomek, nasz główny bohater, przewodnik "z łapanki" i jego równie przypadkowy kierowca bynajmniej nie turystycznego rzęcha - Alan, sprawiają wrażenie zupełnie otumanionych zaistniałymi sytuacjami. Tomek, walczący po każdym wypadku z chęcią powrotu do kraju i do... nałogu, nie sypiający lub śpiący za długo, omalże przypłaca ten niepozorny wyjazd utratą zdrowia psychicznego. Co i tak stanowi maleńką niedogodność w porównaniu z wracającymi w trumnie turystami. Alan traci samochód, odzyskuje go, mierzy się z oszustami, walczy wręcz i karmi oszalałego z niepokoju Tomka darami irlandzkich ziem i wód. A turyści, jeśli nadal żyją, stanowią menażerię, której nie powstydziłaby się Agata Christie tworząc obsadę swych opowieści o Orient Expressie czy pewnej wyspie, na której dziesięcioro...
"Gdyby w Wikipedii znalazło się hasło największy koszmar pilota wycieczek, ilustrowałoby je zdjęcie Baronowej Raszpli. Nic jej nie pasowało, poczynając od koloru trawy, a na pogodzie kończąc." (str.31)

Tytuł "Zbrodnia po irlandzku" zobowiązuje. Nie mniej obiecuje określenie z okładki: komedia kryminalna. I tak, mamy zbrodnię. Nawet niejedną. Skoro jest zbrodnia jest i kryminał. A czy jest komedia? Oczywiście! Co do tego moja skromna osoba, nieskora do wybuchów śmiechu w trakcie czytania, nie ma najmniejszych wątpliwości. Sprytne, bardzo inteligentne łączenie mordu z czarnym humorem, żałobna niemalże rozpacz przewodnika sąsiadująca z kpiącymi z każdej sytuacji komentarzami innych bohaterów, bardzo obrazowe opisywanie gwałtownych, śmiertelnych wypadków z następującymi po nich, wywołującymi parsknięcia śmiechem wydarzeniami - wszystko to sprawia, że książka bawi i przeraża w wyjątkowo smakowitym stylu.

 
Aleksandra Rumin pojechała ze mną w podróż. Prawdziwą. Zabrałam bowiem "Zbrodnię po irlandzku" na inną objazdową wycieczkę, na której, dzięki owej książce, żadna przygoda, żadne potknięcie i żadna niedogodność nie była w stanie zepsuć mi humoru. Raz, dlatego że przewracając kartki tej fantastycznej książki bawiłam się przednie, uśmiechałam się, kiwałam głową i komentowałam pod nosem niesamowitą wyobraźnię autorki. Dwa, ponieważ dostawałam rozdział po rozdziale coraz ciekawsze informacje o kraju, o którym sporo się u nas mówi ale najwyraźniej słabo się go zna, ograniczając często skojarzenia do samego Dublina. Trzy, bo przecież wszystko co mogło spotkać mnie tam i wtedy było niczym w porównaniu z przygodami, jakie zaserwowała grupce turystów szmaragdowa wyspa. 

Oczywiście wszystko ma w tej opowieści sens, motyw i znaczenie. Oczywiście ta (czarna) komedia bazuje na czymś, co zwróci naszą uwagę na przeszłość bohaterów ale i każe spojrzeć w ich przyszłość. Nie jest to bowiem komedyjka omyłek, która nie niesie za sobą przemyśleń a jedynie umila czas. Dotrzemy tutaj do morału, do zakończenia które upewni nas w przekonaniu, że autorka, prócz żartów i kpin ku uciesze gawiedzi, miała nam coś do przekazania. O miłości, o zdradzie, o nagrodzie, o przyjaźni. A przede wszystkim o tym, że w krzywym zwierciadle obraz polskich turystów przechodzi wszelkie pojęcie!  
"Kto nigdy nie spojrzał w oczy rozszalałego turysty, który chce zrobić zdjęcie, nie ma pojęcia, czym jest prawdziwy strach." (str.134)
Polecam gorąco.


Ps. Ach! Konieczne jest jeszcze wspomnienie o tym, że poczucie humoru autorki pozwala jej na stałą autoironiczną autopromocję, czynioną poprzez nieustanne wykpiwanie pewnej niepozornej, zakupionej przez Tomka na dworcu za 2,99zł, nieprawdopodobnej pozycji książkowej z gatunku: komedia kryminalna ; )

Wydawnictwo Initium, 2019
Liczba stron: 320

dziękuję Wydawnictwu Initium za egzemplarz książki