Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

wtorek, 18 września 2018

O przeklętej świadomości.

"Immortaliści" Chloe Banjamin 9/10


Recenzja przedpremierowa.

To co niejasne, co zaczarowane nierealnością, magią, budzi w nas zawsze dziecięcą ciekawość. Przewidywanie daty śmierci, pozornie będące bajką, zabawą w zgadywanie, dziecięcą wyliczanką, a nawet ściganym prawem oszustwem, jest jedną z takich przyciągających nas do siebie, trudnych do zwalczenia, nęcących ciekawostek. Trochę z niepokory, trochę z dziecięcego zaaferowania ucieczką od prawdziwego życia, skłonni jesteśmy zadać pytanie, które w dorosłym życiu, wyposażonym w pokłady popartej doświadczeniem wyobraźni, nie wydaja się ani potrzebne ani logiczne. Bo czy poszlibyśmy zapytać o datę swojej śmierci? Znając swoje bolączki, znając posmak utraty, z obawą przed śmiercią wiecznie siedzącą w przyczajeniu na naszym ramieniu?

Czwórka małych Goldów, otumaniona fantastyką świata wróżb, idzie do niezwykłej, ponoć podróżującej ze swym wieszczeniem po świecie kobiety, która wypowiadane do nich słowa traktuje jedynie jako jeszcze jeden zarobek dnia. Reakcja dzieci na wypowiedziana przepowiednię jest tak różna, jak pokłady wrażliwości z jakimi się urodzili. Jedno wychodzi wstrząśnięte lecz wzruszające ramionami w pozorniej beztrosce, drugie w histerii próbuje uciec nie tyle przed rodzeństwem, co przed usłyszanymi słowami, inne jeszcze postanawia tkwić w tajemnicy. Spokojny, pełen kpiny dla przepowiedni Daniel, wrażliwa, kochająca tajemnice, oszołomiona Klara, młodziutki, przerażony i niepewny właściwie dlaczego i co usłyszał Simon oraz ta rozważna, odpowiedzialna Varya. Żydowskie rodzeństwo żyjące w stosunkowym dostatku, nie obawiające się jutra, śmiało mogące wtedy, w 1969 roku, spoglądać w przyszłość. Ale ziarno zostało już zasiane.


Pozorny brak znaczenia tego przedziwnego wydarzenia z dzieciństwa, autorka zamyka w następujących kolejno opowieściach z życia poszczególnych bohaterów. Zdawać by się mogło, że nie zważając na wróżbę prowadzić będą życie, jakich wiele w Nowym Jorku, Las Vegas, San Francisco, całych Stanach, na całej naszej ludzkiej planecie. Tylko co właściwie dzieje się w momentach ważnych decyzji? Do czego właściwie prowadzi życie, w którym cały czas gdzieś z tyłu głowy mieszka pewna data?

Jest ich czworo. Podobnych i bardzo różnych. I o ile podobieństwo każe im zawsze wracać do siebie w chwilach największej troski lub wielkich radości, o tyle odmienność prowadzi ich kompletnie innymi drogami, a przede wszystkim, każe im wieść życie zupełnie inaczej niż wiedzione byłoby nie okupione wróżbą sprzed lat. Każde z nich wie, że wróżba to tylko zabawka, mały pajacyk dyndający przed oczami, ale pajacyka nie da się schwytać, ucieka przed zdjęciem i wsunięciem do szuflady bujając się na raz rozpędzonej sprężynie kołaczącej się w głowie wiary. Będzie na przykład kiwał się z uśmiechem, gdy Simon zacznie wybierać pomiędzy dwiema opcjami życia. Albo będzie to życie spełnione miłością i poświęceniem dla rodziny, ale niespełnione otwarciem na świat, albo będzie ono pełne radości, szaleństwa, miłości i bólu, ale przeżyte w pełni, tylko dla siebie, bez oglądania się wstecz. 
"Bardzo długo nienawidził Kobiety z Hester Street. jak ona mogła, zastanawiał się, wywróżyć dziecku coś tak strasznego? Ale teraz myśli o niej inaczej: jak o drugiej matce albo bogini, która pokazała mu drzwi i powiedziała : Idź." (str.135)
I tylko, w którejś strasznej chwili przyjdzie się zastanowić i jemu, i jego siostrom i bratu, co przywiodło go do punktu w którym się znalazł. Wróżba? A może wybory, których dokonał? A może, jak sądzi Klara, niezdolna już nigdy potem do powrotu do beztroski dzieciństwa, wybory, których dokonali inni, w tym ona?

Każde następne, opisane w "Immortalistach" życie, będzie nas stawiało przez pytaniem: jak bardzo przepowiednia sprzed lat zdeterminowała życie bohaterów? Czy to wróżba czy oni sami pokierowali nim tak, że tego konkretnego dnia nie mogło wydarzyć się nic innego poza tym, co nastąpiło?
Kolejne pytania, rozważania nasuwać będą się same. Trudno otrząsnąć się z siły strachu, przerażenia, które chorą z tęsknoty i wyrzutów sumienia Klarę zamknie w świecie odrealnionej magii, by wreszcie doprowadzić do drzwi pustego apartamentu. Trudno też nie rozumieć pozostawionego w świecie niedopowiedzeń Daniela, który poszukiwania winnej tej tragicznej rodzinnej opowieści zakończy kolejną tragedią. I jest jeszcze Varya, która w swoim długowiecznym umyśle naukowca będzie raz po raz układała scenariusze, nie akceptując zmian, decyzji i tej chorej dziecinnej wiary, która każe zdać sobie sprawę z niezwykłości zakrętu, na którym kiedyś stanęła czwórka rodzeństwa. Pewnego dnia, kiedy przy stole usiądą ona, jej matka i córka Klary dostrzegą, że w ich pozornie spokojnym, rodzinnym świecie zupełnie nieistotnych zabobonów, dziwnych rytuałów, w każdym z dzieciaków, kiedyś, dawno temu narodziło się uczucie niepewności.
"Varya widzi co Gertie podarowała swoim dzieciom: wolność niepewności. Swobodę, jaką daje niepewny los.(...) Varya i jej rodzeństwo otrzymali przywilej autorefleksji. Chcieli mierzyć czas, wyznaczać mu granice i kontrolować jego bieg.Ale w pogoni za przyszłością tylko zbliżali się do przepowiedni wróżki." (str.450)
Czy wolność niepewności była przywilejem czy przekleństwem pozostaje nam ocenić czytając wszystkie opowieści, rozdzielone w rozdziały ale sklejone magią Klary, zbyt delikatnej i zbyt przerażonej by żyć realiami; szaleństwem Simona, próbującego złapać w dłonie jak największy spłachetek życia, choćby kosztem strasznej choroby; desperackim laboratoryjnym życiem Varyi pragnącej dowodu na nieprawdziwość wróżby, wiarą Daniela w to, ze winny był zawsze prawdziwy człowiek, nigdy nierealna mrzonka.

 
Znakomita powieść, której płynny język prowadzi nas przez dni radości i szalonych decyzji, przez noce pełne duchów i poranionych dusz, przez wściekłość na ułomność własnej wiary i potęgę naiwności, przez konsekwencje zapamiętywania, przez bezsilność i gwałtowny gniew. Wiedzie przez magię życia, umierania i tę najulotniejszą, ukrytą pomiędzy znikającymi kolorowymi chusteczkami wyjętymi z cylindra i rozsypaną talia kart. Książka, po której docenia się fakt, jak wielkim błogosławieństwem jest dla nas nieświadomość. Bo świadomość, która niektórym wydać się może prezentem od losu, nie uczyniłaby nic więcej, ponad doprowadzenie nas do szaleństwa.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: The Immortalists
Tłumaczenie: Aga Zano
Liczba stron: 456 

Za udostępnienie przedpremierowego egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

czwartek, 13 września 2018

O życiu skalanym.

"Patrick Melrose" (tomy 1-5) Edward St Aubyn  8/10



Jedna okładka - pięć powieści. Pięć powieści - pięć kilkudniowych błysków z życia. Jedna powieść - jeden okres będący konsekwencją poprzednich.  Wszystko zawarte w tytule, będącym niczym ponad imię i nazwisko bohatera. Bo "Patrick Melrose" to studium wnętrza jednej osoby - jego emocji, przeżyć, myśli, wewnętrznej walki, złamania, powstawania i ponownego upadania, wślizgiwania się w ramiona nałogów, miłości, szaleństwa i ponownej z niego ucieczki. Od pięcioletniego skalanego chłopca do dorosłej wolności tkwiącej w bólu i żałobie. 

Wydawnictwo W.A.B. zdecydowało się wydać pięć powieści napisanych przez Edwarda St Aubyna w jednym wielkim tomisku, które skompletowało w cykl o tytule "Patrick Melrose". Owo wydanie powstało w związku z ekranizacją powieści w serial, który, trzeba przyznać, ma wiele walorów, i choć językowo musi odstawać od tego powieściowego - niezwykle płynnego, cynicznego, fantastycznie kwiecistego, momentami tak plastycznego, że wpadamy całymi sobą w wewnętrzny świat bohatera, to okazał się moim zdaniem niezwykle udany. Gdybym miała wizualizować Patricka, miałby on zapewne twarz i fizjonomię Benedicta Cumberbatha, podobnie jak jego zblazowanie, sposób bycia, stopień przeżywania emocji. A powieści czytałam przez długi okres, dopiero przed piątą pozwalając sobie na obejrzenie kilku odcinków serialu.  Znakomity wybór aktora.

Wydanie zaczyna się od wstępu pióra Zadie Smith, która skupiła się na psychologicznych aspektach cyklu, swoim postrzeganiu zarówno powieści jak i samego bohatera. Już samo to, bardzo profesjonalne opracowanie, mówi nam wiele o tym, jakie wrażenie zrobiła na, bardzo przecież cenionej młodej pisarce, ta kompilacja powieści. Zadie najmocniej zwraca uwagę na cechy, które czynią bohatera wyjątkowym. Jak mówi: "Nowy Patrick Melrose to ktoś, kto nie potrzebuje, ani nawet nie próbuje być kimś. Słowa go zawodzą ale to nic złego." To wprawdzie komentarz do ostatnich części, niemniej porusza aspekty czyniące niezwykłym cały cykl.

Pierwsza powieść, "Nic takiego", to nasze pierwsze spotkanie z szeroko komentowaną przez autora, zatem także przez jego bohaterów,  angielską arystokracją, z jej wszystkimi możliwymi przywarami. W kolejnych rozdziałach autor chce nas zapoznać z parami czy rodzinami, które składają się na śmietankę towarzyską, tworzącą przykładną klasę wyższą. Wszyscy oni albo maja pochodzenie arystokratyczne albo zajmują bardzo wysokie stanowiska, przy czym bardzo często jedno idzie w parze z drugim. Tutaj poznajemy też małego, pięcioletniego Patricka, którego wychowuje młoda, piękna matka. Kobieta, która pod wpływem tego, w jaki sposób żyje, jak traktowana jest przez męża, poddała się nałogowi alkoholowemu. To kobieta, która nie potrafi się uwolnić od związku, który zarówno dla niej, jak i dla dziecka, okaże się być fatalny w skutkach. Najważniejsze dla niej jest bowiem to, że cały czas "przynależy". Nawet mimo wieli upokorzeń, jakim zostaje poddana. 
"(...) Eleonor trwała w tej ślepocie z nadzwyczajną uporczywością. Uczestnicząc w niezliczonych kursach odkrywania siebie i szamańskiego uzdrawiania, unikała jak ognia przyznania się przed sobą do tego, że obsesyjnie unika prawdy." (str.741)
Eleonor i David to cały świat małego Patryka. Świat matki, która przedkłada poprawność i dobre imię nad syna, i świat Davida, który jest osobą tak paskudną, że praktycznie każde o nim wspomnienie przydaje kolejnych wad jego postaci.
"Gdy ktoś wywiera bardzo destrukcyjny wpływ na otoczenie, przyczyna jego zachowania staje się zagadnieniem czysto teoretycznym. Zdarzają się na tym świecie wyjątkowi łajdacy i nie jest dobrze mieć jednego z nich za ojca." (str.274)

Pozostałe pary również mogą budzić tyleż rozbawienia co obrzydzenia. Nawet jeśli trafia się perełka, jak Anna, jej inność wynika z pochodzenia dalekiego od angielskiego (jest Amerykanką), a jej pozytywne, opiekuńcze czy oburzone zachowania giną w nawale brzydoty zachowań pozostałych bywalców. Jej postrzeganie owego świata stanowi jednak ciekawy kontrapunkt dla owej, bardziej już z nazwy, arystokracji ziem brytyjskich. 
"Anne miała wrażenie, że Anglicy niewiele wymagają od swoich książąt. Wystarczało, że trzymali się kurczowo majątków (...), by nazywano ich strażnikami czegoś, co ich rodacy określali mianem "naszego dziedzictwa" (str.46)
Podobnie świeży powiew stanowią komentarze jej męża -  filozofa. 
Pojawia się też postać, przewijającego się przez wszystkie powieści Nicholasa, który nieco inny, wkupiony w łaski bardziej niż będący członkiem owej grupy z urodzenia, cały czas wyraża swą szczerość w sposób nieznoszący sprzeciwu ale też jawnie piętnujący owe, nieczęsto idiotyczne zachowania. 

Koniec pierwszej powieści - sytuacja nagła, niespodziewana i brutalna, będzie miała wpływ na życie Patricka nawet wtedy, gdy autor całą siła woli i pióra będzie nas chciał przekonać o sielankowości kolejnych okresów życia bohatera. Zanim jednak owa sielankowość pojawi się na kartach książek w trzeciej części cyklu, dane nam będzie poznać część drugą - a jest co poznawać. 
Wybitna powieść "Złe wieści" - powieść gry słów, plastyki, obrazowości o niespotykanej skali zastosowanych po to, byśmy weszli w świat i duszę osoby uzależnionej do tego stopnia, że jedynym lekarstwem na uzależnienie zdaje się być jego pogłębianie. 
"Najbardziej satysfakcjonujące chwile jego życia były chwilami spędzonymi w łazience. Wstrzykiwanie, wciąganie, połykanie, wykradanie, przedawkowywanie; oglądanie swoich źrenic, ramion, języka, zapasu dragów." (str.180)
Tę część zaczyna wiadomość o śmierci i z owa śmiercią jest ona związana. Kilka dni, zawiązanych wokół 22-letniego Patricka, przyprawia o gęsią skórkę, współuzależnia nas od obojętności na śmierć, od wszechobecnego obrzydzenia, od substancji, które powodują, że opisy stają się mieszaniną płynów ustrojowych i wewnętrznego skowytu. To zdecydowanie najmocniejsza część, ale też najbardziej wbijająca w fotel poziomem, jaki autor zaprezentował w opisie zguby, ran i skończonej walki, która może się zakończyć jedynie wywieszeniem białej flagi. 

Przez trzecią powieść przechodzimy prawie uspokojeni. Zepsute zdrowie, problemy majątkowe, zderzenia z chorobami umysłowymi, zdają się być niczym w porównaniu z poprzednimi omalże umieraniami, a smaku i kolorów dodaje, wydawać się może, udane życie rodzinne. Początkowo te trzy powieści wydano razem, tak czasowo złożył je ze sobą autor. Bohater, dorosły już, żyjący życiem rodzinnym i problemami, które i nam mogą stać się znajome, uspokaja rozszalałe wcześniej aspekty istnienia, powoli walczy z mrokiem swej duszy, która jednak, co oczywiste, nigdy do końca się nie rozjaśni. Patrick po prostu taki jest. I taki będzie do ostatniego akapitu spisanego w tym cyklu przez Edwarda St Aubyna. 

"Mleko matki" da nam powrót do dylematów na poziomie wręcz niewyobrażalnym, da nam przyzwolenie na decyzje mijające się z etyką, ale też pokaże uczucie ulgi, której sam bohater, a zapewne i czytelnicy się nie spodziewali. To bardzo pięknie napisana powieść, jest tu miejsce na godzenie się z przeszłością, choćby w stopniu, który lekko ukoi skołatane serce Patricka. Jest jednak i miejsce na kolejne potwierdzenie rozdarcia jego duszy pomiędzy genetycznym szubrawstwem a potrzebą spokoju i ukojenia.
"(...) na próżno wypatrywał w sobie oznak dorosłości spowodowanej rodzicielstwem. Przebywając z dziećmi, zbliżał się tylko jeszcze bardziej do własnej dziecinności.
Czuł się jak ktoś, kto boi się opuścić przystań, bo wie, że pod pokładem imponującego jachtu znajduje się tylko mały, brudny, dwuosobowy silnik: strach i pragnienie." (str.518)
I jest zmiana perspektywy. Obraz innego, nowego świata, daje nam zarówno postrzeganie Patricka jak i opis otoczenia widzianego oczami jego małego, niezwykle bystrego i wrażliwego syna.

To właśnie ostatnia powieść postawi przed nami pytanie o to, czy pewne rzeczy, nierozwiązane problemy, niezamknięte sprawy mogą, w jakiś przedziwny sposób, na tyle wejść w nasze życie jako jego nieodzowny element, jako piętno z przeszłości (ale jednak przeszłości właśnie), byśmy mogli zamknąć oczy, odetchnąć i ruszyć ku wolności. Autor sugeruje, że takie rozwiązanie bywa czasem okupione świadomością tego, że wolność buduje się w samotności. Czy na pewno? Czy nie jest to tylko kolejne oko cyklonu, z którego wypadnie się w szalejącą, miotająca nami pamięć? O tym już musimy zdecydować sami lub wespół z Patrykiem.

Książka jest niewyobrażalnie plastyczna, pełna opisów o wielkiej sile rażenia. Wylewają się z niej emocje, o które trudno podejrzewać normalnego człowieka. Zaraża odczuwaniem bólu, radości, troski i spełnienia, wyjemy z bohaterem i z nim wstajemy z dna. Zdumiewające, jak można z fragmentów życia skleić w całość - choć rozdzieloną w pięć powieści, to jednak prowadzącą od traumy z dzieciństwa ku uldze. Emocjonowałam się, współczułam bohaterowi i nienawidziłam go, brałam na siebie jego ból i kibicowałam jego odrodzeniom. A przede wszystkim, dziękowałam autorowi za humor, za zjadliwą kpinę, za ironiczny obraz środowiska, z którego sam przecież pochodzi. 
Pięć tomów to wiele, ale to po prostu należy przeczytać w całości, bo ta opowieść dopiero w formie pięciotomowej ową całość stanowi. Ja pozwoliłam sobie na dzielenie opowieści na wyznaczone przez autora tomy i dlatego pozostawałam w świecie Patryka przez prawie trzy miesiące. To wyśmienita lektura, choć trzeba przyznać, że ta porcja jest porcją bardzo sytą. Czuję się usatysfakcjonowana ale i zmęczona. Polecam osobom miłującym sarkazm ubrany w kwiecistość i przepiękne formy językowe. Odradzam niecierpliwym. To jednak kilkaset stron opowieści - nie akcji, lecz przeżywania, nie zlepków bystrych dialogów ale walki i monologów wewnętrznych. Perła w świecie językowym,  wymagająca, ale bardzo efektowna proza (życia). 

Wydawnictwo: W.A.B., 2018
Tytuł oryginalny: Never Mind, Bad News, Some Hope, Mother`s Milk, At Last
Cykl: Patrick Melrose (tom 1-5)
Tłumaczenie: Łukasz Witczak
Liczba stron: 864

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu W.A.B. 

poniedziałek, 10 września 2018

O edynburskim mordercy z filmu.

"Przeklęty seans" Jonathan Skariton  9/10



Kilka grudniowych dni w mrocznym Edynburgu. Mieście, z owego mroku dumnego i pielęgnującego go od wieków, czyniącego z niego atrakcję turystyczną. Zapracowało na ów mroczny wizerunek wiele postaci rzeczywiście żyjących, sławnych swą niesławą, okrucieństwem i morderczymi dokonaniami, oraz postacie fikcyjne. Nie będzie bowiem zaskoczeniem przypomnienie, że w Edynburgu umieścili akcje swych dzieł wielcy twórcy literatury, że przez karty spisane przez Shakespeare`a, Joyce`a, Poe i wielu innych, wielbiących tajemnice twórców, przewinęły się postacie wydobyte z najczarniejszych zakamarków szkockiej historii. Nie jest więc zaskoczeniem i to, że Jonathan Skariton, który studiował w Edynburgu, i którego polem zainteresowań jest eksperymentalna psychologia, postanowił wrócić myślami i tekstem do miasta, które dla "Przeklętego seansu" stanowi tło wprost wymarzone. 
"Nawet w deszczowej szarudze - a może zwłaszcza wtedy - dusze miasta panoszyły się dumnie po ulicach, a nad dachami i wieżami czuć było obecność zjaw, których kroki niosły się echem po zaułkach i bramach." (str.197)

Bohater powieści, Aleks Whitman, poszukuje. I o tym jest ta powieść - o poszukiwaniu, któremu Aleks, swoimi działaniami, nadaje wielowymiarowości. Starych filmów, o których wielu mówi, że w ogóle nie istniały albo przepadły dziesiątki lat temu, szuka na zlecenie. Gadżetów związanych z historią kina, drobiazgów o wartości tyleż sentymentalnej co finansowej, szuka do prowadzonego z wiernym, gotowym wesprzeć go w każdej chwili i miejscu przyjacielem - Charliem, sklepiku, składziku i miejsca kultu dla najbardziej wnikliwych kinomanów, o wdzięcznej nazwie Krypta. Spokoju zaś szuka, by po dziesięciu latach pogodzić się z myślą, że jego zaginiona córeczka prawdopodobnie już nie wróci. 
"Wiatr się wzmógł i smagał jego oblane potem czoło. To było takie proste - poszedł do Meadows z dzieckiem na rowerze, a wracał już tylko z rowerem." (str.38)
Jedno przeplata się z drugim, drugie napędza pierwsze, jeszcze inne, nowe poszukiwanie, daje zapomnienie i ulgę w bólu wynikłym z pozostałych.
Świat Aleksa, skupiony na drobnych oszustwach, wykorzystywaniu nieświadomości właścicieli czy naginaniu faktów, staje na głowie, gdy w trakcie poszukiwań filmu 'Seance Infernale' - uznanego za pierwszy w historii, budzącego zawiść tuzów na miarę Edisona i rodzącego niekończące się wojny patentowe - nagle okazuje się być zamieszany w kryminalną sprawę, jak najbardziej współczesną. 

To, jak dane jest nam poznać Whitmana, tworzy z niego postać żywcem wyjętą z opowiadań Allana Edgara Poe, nawet jego fizjonomia odpowiada wyobrażeniu człowieka złamanego życiem. Zaś opis jego cech idealnie obrazuje mężczyznę wciąż upartego, dociekliwego i wykonującego swoje zadania do skutku, do celu, nawet gdy przeszkody mnożą się, odbierając mu zarobek, spokój i wiarę w, wydawać by się mogło, niepodważalny realizm. Zresztą i on sam skrywa niezwykłe pokłady tajemnic, o czym przekonujemy się choćby odwiedzając z nim Archiwum, potem zaś siedzibę Strażników Kadru. Tutaj muszę wspomnieć o jedynym zgrzycie, jaki odnotowałam. Otóż miałam wrażenie, że opis wprowadził mnie do Cmentarza Książek Ruiza Zafona. Czy to ja przypisałam już tamtemu miejscu prawo do podziemnych regałów i labiryntów ze skarbami księgarstwa? Czy jednak pomysł z "Przeklętego seansu" jest zbyt zbieżny z tamtym? W mojej głowie owo skojarzenie odezwało się bardzo nieprzyjemnym dźwiękiem, być może inni czytelnicy nawet tego nie odnotują, a wszystko co dostrzegą to piękny, poetycki język.
"Ukryte ścieżki gwałtownie skręcały i pięły się na kolejne poziomy, pokonując niebezpieczne przeszkody: niewidoczne na pierwszy rzut oka rozpadliny, ukryte zakręty i szczeliny ciemniejsze od czerni, gdzie kolejne zimy wgryzały się coraz głębiej w zapomniane przez słońce kamienie." (str.254)

Skoro wspominałam wcześniej o kryminalnym aspekcie, są oczywiście zbrodnie, zbieżne z przeszłymi, i przyznać trzeba drastyczne, niemal zapierające dech. Jest znakomicie namalowana postać walczącej o wyjaśnienie sprawy detektyw Georginy McBride, która nie zasłoniwszy swą wyrazistością głównego bohatera, i tak daje nam powód do kolejnego potwierdzenia tezy, że "siła jest kobietą".
Musi być także i czarny charakter. I nie zdradzę tutaj wielu tajemnic wspominając Elliota, bowiem autor prowadzi nas przez jego życie i niecne uczynki równolegle z poszukiwaniami policji i Aleksa, a nawet cofa się do źródeł jego chorego zachowania. Jakież było moje oszołomienie, gdy w momencie, gdy mordercy "w duszy grało" i układało się w przedziwną pieśń, ujrzałam na stronach książki nuty z dopisanymi do nich odpowiednio myślami! Trzeba przyznać panu Skaritonowi, że ma umysł niezwykle otwarty na eksperymenty, co więcej, owe eksperymenty przynoszą rewelacyjny skutek. 

Sposób pokazania owej gmatwaniny wydarzeń jest dla mnie momentami niewiarygodny. Edynburg poznajemy niczym turysta, który trafia w ręce przewodnika niebywale zżytego z miastem, miłującego go i znającego historie, które nawet jego stałym mieszkańcom otwierają oczy ze zdumienia. Piękno i mroczność opisów wiedzie nas w niezwykłe rejony, także duszy, bo ciemność i tajemniczość znajdują zwykle bardzo wygodne siedlisko w naszej wyobraźni.

Ileż w tej opowieści podgatunków, ileż sposobów niepokojenia czytelnika. Od niemalże namacalnych opisów makabry, po wyśpiewane histerie. Od bólu ojca, którego nie można nie współodczuwać, po nadzieję większą od rozumu. Od thrillera w lekkiej wersji opowiadanej przy herbatce, po zaczerpnięte z fantastyki czy horroru sceny mrożące krew w żyłach. Są i szyfry, czy raczej łamigłówki, jak poprawia Charlie, które niezwykły wynalazca i wielbiciel ruchomych obrazków, Augustin Sekuler, zostawił dla ewentualnych poszukiwaczy swego dzieła jak i ciała (bo i ciało zaginęło - żywe lub martwe - w momencie utraty pierwszego filmu). 
"W tym filmie było wszystko, krzyczało tylko o uwagę widza. Sekuler zadbał z pietyzmem o najdrobniejsze nawet szczegóły nagrania." (str.199)
Są ukryte klatki prekursora przekazu podświadomego, są dziewczynki o twarzach córki, są filmowe klatki-domina i listy wskazujące drogę do "gadających domów". 

Nie sposób wymienić tutaj wszystkich wątków, dygresji, wszystkich zawiłości, dodatkowych śmietanek dodawanych do pisanych wyśmienitym językiem opisów (ukłon w stronę znakomitej pracy tłumacza). Dawno nie czytałam kryminału (thrillera?) o akcji tak wartkiej, wielotorowej, rozbudowanej i pełnej jednocześnie faktów i perełek fantazji. Dawno nie czytałam czegoś równie błyskotliwego, skrzącego się bystrym humorem i niezwykła inteligencją. To była czysta przyjemność, nie pozbawiona oczywiście drobnych, wspomnianych zgrzytów, ale komu się takowe nie zdarzają i kto będzie o nich po chwili pamiętał... 
Polecam z niezwykłym przekonaniem.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: Seance Infernale
Tłumaczenie: Jakub Sudół
Liczba stron: 375

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 

środa, 5 września 2018

O tym, co pozostaje...

"Ślady" Jakub Małecki 10/10

 

Ktoś niedawno orzekł, że wszystkie książki Jakuba Małeckiego są do siebie podobne. Ależ nic bardziej mylnego. Owej mylności dajmy przykład "Śladami" i ich formą - wszak "Ślady" to zbiór opowiadań, nie powieść. Na pozór wydające się formą łatwiejszą, bo krótszą, opowiadania zmuszają autora, tak bardzo przecież emocjonalnego, do zaprezentowania niełatwej sztuki kompresowania uczuć. O ile treść, opowieść samą w sobie, można skrócić do jednego wydarzenia lub, jak na przykład w pierwszym opowiadaniu, do zawarcia w kilku zdaniach nader krótkiego żywota, o tyle podzielenie się całym nawałem kłębiących się w głowie myśli, nazwanie każdej wzbudzonej w bohaterach emocji, przy jednoczesnej niemożności uczynienia tego w sposób pełen detali, przymiotników, barw, rozkładający skrzydła poprzez rozdziały, jak dzieje się to w powieściach pana Małeckiego, zmusza autora do wykazania się niezwykłą siłą woli i talentem. Bo o ile kroki i oddechy łatwo zamknąć w kilku zdaniach, o tyle powody marszu i westchnień już nie, o ile o małżeństwie można opowiedzieć datami i miejscami, o tyle o miłości, ze wszystkimi jej blaskami i cieniami, zupełnie nie. jak się okazuje, celowość takiego fragmentarycznego pisania ma cel, wyraża pogląd jednej z bohaterek, która przecież nie jest nikim innym, jak jednym z wyrazicieli myśli i uczuć autora.
"Życie z powieścią nie ma nic wspólnego(...). Ono się nie układa w jedną całość(...). Życie jest bardziej jak zbiór opowiadań. Poszarpane, nieprzewidywalne. Uwierz mi, mojego czy Twojego życia nikomu by się nie chciało czytać." (str.48)

Co do wspomnianej treści, faktem jest, że Jakub Małecki pozostaje wielbicielem małych społeczności i głosicielem ich wyjątkowości, ale czy należy czynić z tego zarzut? Przecież te miasteczka i wioski, te rodziny rozbrajające prostotą, to jedynie alegoria życia wielkiego, rozbuchanego i sączącego w nas tętniącą krew metropolii. Chociaż i stolica pojawi się tutaj, w powojennej ruinie ale i ludzkiej nadziei, przychylna powrotowi powolnemu, choć nie pozbawionemu bólu niezapominania.
"Tyczkowaty podrostek pojawia się znikąd, jak zwykle, i szczerzy zęby, wesoły, jakby trup Warszawy nie leżał mu pod nogami." (str.41)
Warszawa szczęśliwej rodziny, pięknego modelingu i sławy, Warszawa tragedii i żałoby. Tak samo pulsująca i bolesna jak maleńka wioska sprzed trzech opowiadań, tak samo pełna emocji, tak samo poplątana we wspomnieniach, które i do Kwilna czy Kiełpina powracają. I Poznań też jest i Szczyrk, wszystko czego Jakub Małecki nie dostarczał w powieściach o małych punkcikach na polskiej ziemi, a co jednocześnie zawsze gdzieś było, za plecami, wystarczyło przecież jedynie zwiększyć skalę. Podróży, pracy. Życia nie, ono zawsze jest życiem. Po prostu.

Owe miasta, mieściny, wioski, zwłaszcza wioski, to tylko wskazówka, że w najmniejszej z opisanych postaci, w najmniejszej chacie, mieszkanku, wyobrażeniu i przeżyciu, jest to samo, co chcemy nazywać wielkimi literami tylko dlatego, że żyjemy z dala od tej ciszy, tego spokoju... Ale to dzięki spokojowi i jego kojącym właściwościom, tak dokładnie dostrzegamy ból, tak mocno łączymy się w cierpieniu, współczuciu i krótkich radościach bohaterów.
Tak, jest tu młody chłopak, którego życie można by w biografiach długo opisywać albo zwyczajnie napisać :"trzy zdjęcia przez całe życie", i zawrzeć w tych pięciu słowach marszczącą czoło zmarszczkę ubolewania.
I owszem, jest jak zwykle ktoś kogo wieś będzie zwała szalonym, ale też w owym szaleństwie będzie utrzymywała na nogach. W opowieściach że niby... i podobno... przywoła najpierw chęć zabicia, wypalenia diabła z krzywego ciała, potem zaś zamknie się w niezrozumieniu i lęku przed ową okraszonej fletnią muzyką derwiszowej dziwności. A on, ten szalony, jak to u Małeckiego, będzie więcej widział, więcej czuł, proroctwa snuł i miłość, choć odganianą, w sianie i nędzy znajdzie.
I wojna jest, zła i straszna, o której można strategiami, liczba ciał i pogromów opowiadać albo oddać jej koszmar zdziwieniem, przestrachem niemal.
"Mężczyźni upuszczali broń, osuwali się na kolana i rozciągali na ziemi, zastygając zaraz w bezruchu, jakby to była taka zabawa, jakby się zaraz mieli podnieść i zapytać, kto wygrał." (str.17)
O, i Święta Eugenia jest, co zwierzaki grzebie. W ogródku grzebie, bo tam imię mają, miejsce i nie można ich przecież nie znieść z toru czy drogi. I grzebiąc powiada, ze "życie to jest jednak głupi żart".
A Tymoteusz, w jednym z opowiadań jako dziecko żegnający ojca, na zawsze pogrzebanego w strzępach samolotu z Lasu Kabackiego, w jednym z ostatnich złością będzie szastał na wspomnienia tych jego rodzinnych śmierci nienormalnych, dalekich od schematów, w gazetach opisanych
I tak można wypowiadać kolejne imiona, albo przezwiska, albo nazwy niezwykłe, nadane na chwilę. Opowieść po opowieści, krok po kroku, ślad po śladzie. I ze smokami, które raz są i niebo zasłaniają, raz ich nie ma i dziadek tak bardzo przeprasza, ze pokazać nie może, a obiecał. 

Na szczęście dla nas autor, przyzwyczaiwszy nas do wolno wijących się rzek i strumieni powieści, nadaje swoim opowiadaniom spójność, jedno wypływa z drugiego, człowiek zdaniem zaledwie wspomniany w pierwszym, staje się esencją kolejnego. Autor nie pozwala otrząsnąć się po opowiadaniu, by uciec w świat kompletnie odrębnej, następnej opowieści. Nawet jeśli dzielą je bohaterowie, nawet jeśli dzieli je czas, narrator i akcja, czy też jej brak, pozostajemy przez cały zbiór w tej samej smutnej, molowej tonacji. Te same widma krążą nad miejscami, które dodatkowo autor wizualizuje nam zamieszczonymi na wstępie każdej opowieści mapami, te same cierpienia spadają na głowy mieszkańców Szczyrku, Warszawy czy Kwilna, ten sam ból, w przeróżnych odsłonach, autor składa nam w darze. Jeśli daje Anioła, to ten do śmierci za rękę prowadzi, nawet jeśli Świętego, to skąpanego w upokorzeniach i nienawiści, choć nawet po śmierci, z niosącym się po cmentarzu śmiechem, spełnia on swoje proroctwa nie-proroctwa. Bo kimże jest ów On czy Ona, która nas ścieżkami, po śladach wiedzie ku ostateczności? Anioł, Bóg, Śmierć? Wszystko razem? Lub zupełne nic?
"(...)wyobraża sobie mnie, jak przechadzam się po tym kościele między nimi wszystkimi, jak pochylam się, patrzę. Wyobraża sobie, że jest mnie bardzo wielu. Wyobraża sobie, ze jestem cierpliwy, że jestem jedną wielką cierpliwością, wyobraża sobie, jak ich wszystkich przeczekuję. Jak przeczekuję porażki, dramaty, nudę, sukcesy, rozterki i triumfy, przeczekuję kariery, awanse, rekordy, śluby, rozwody, kochanków i kochanki. Patrzę jak marszczą się twarze, jak obwisa skóra, jak oczy uciekają w głąb czaszki. Czekam na plamy wątrobowe, na zwyrodnienia, na nowotwory, na pęknięcia żył w głowie. (...) i przez chwilę naprawdę rozumie, że nieważne ile będzie miał jeszcze kobiet, ile pieniędzy zarobi, ile krajów odwiedzi, ile przeczyta książek i ilu followersów zdobędzie na Instagramie, bo i tak zostanie po nim zaledwie kilka bladych śladów." (str.266-267)

A może faktycznie tak to już jest z Jakubem Małeckim, że on siada przy kominku i człowiek po człowieku, życie po żywocie, tragedia po tragedii, snuje opowieści. Może gdzieś, w realnym świecie są ich początki, a może same siebie tworzą liściem, gestem, łanem zbóż, zakrętem miejskiej ulicy. I może faktycznie On cały czas jedną książkę pisze. Ale jeśli nadal będę zadziwiona, nadal wzruszona, nadal będę chciała więcej, to ja proszę, niech pisze to swoje wielkie opowiadanie, wielką powieść może,  z kawałków i odłamków. Żebym znów mogła powiedzieć: jakie to niezwykłe, magiczne... a to wszystko przecież jest, jak ja, jak moje życie, jak mój smutek i jak moja pajęczyna snuta dzień po dniu. To wszystko jest.

Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2016
Liczba stron: 304

niedziela, 2 września 2018

O szpitalu pół żartem, pół morderstwem.

"Obsesja" Katarzyna Berenika Miszczuk  6/10


Szpital to ludzkie tragedie i cierpienie. To też lęk przed ingerencją w nasze delikatne ciało, szacunek dla ratujących życie działań, cisza zakłócana odgłosami bólu i radości. Ale to też miejsce pracy, mała społeczność, w której spotykają się ludzkie charaktery, słabości a nawet psychozy. 
I o tym ostatnim, nie pominąwszy poprzednich, stara się nam opowiedzieć w swej powieści ze świata lekarskiego Katarzyna Berenika Miszczuk. 
"Lubię zostawać nocą w szpitalu. Podoba mi się, że jest wtedy tak cicho - wyznał. - Można zrobić tu wszystko, wszędzie zajrzeć. Nikt niczego nie zauważy. Czasami wyobrażam sobie wtedy, że jestem kimś więcej." (str.141)
Autorka ma na swym koncie także inne książki, w tym niezwykle popularną sagę zapoczątkowana "Szeptuchą", gdzie jej zawód - lekarz, miesza się z medycyną ludową i wierzeniami dalekimi od stricte lekarskiego szkiełka i oka. W "Obsesji" już nie fantazjujemy, nie uciekamy w świat czarów, nie łączymy ludzi w pary zrządzeniem tyleż ludzkim, co boskim.

Pani Joanna Skoczek, odbywająca staż na oddziale psychiatrii warszawskiego szpitala, łączy swoją osobą kilka tematów poruszanych przez autorkę prawie jednowątkowo. Ów brak precyzji wynika z tego, że wtręty dotyczące innych bohaterów, podawane przez narratora w (o tak!) trzeciej osobie, choć pozwalają nieco odetchnąć od pierwszoosobowej narracji Joanny, to pozostając w znacznie mniejszej objętości, nie pozwalają na równomierne przełożenie wrażeń z Asi na inne postacie. Pani lekarz (nie doktor) cieszy się niezwykłą atencją płci przeciwnej, w tym najprzystojniejszego chirurga w jej szpitalu i, oczywiście, najprzystojniejszego lekarza medycyny sądowej (nie patologa) w Warszawie. Oraz, a jakże, nieco dziwnego i zupełnie nieprzystojnego pracownika szpitalnego magazynu. Zraniona niewiernością męża i późniejszym rozwodem, Asia dochodzi do siebie oddając się pracy w całkowicie nowym dla niej mieście, mieszkając na barwnej Pradze Północ, dzieląc kawalerkę z perskim Kołtonem, jedząc (i nie tyjąc) tony słodyczy oraz pielęgnując w sobie umiłowanie do szpilek jako antidotum na niski wzrost i zbyt, jej zdaniem, krótkie nogi. Wszystko zdaje się świetnie funkcjonować do czasu, aż w szpitalu nie objawi się, najpierw subtelnie, później z pełną mocą, pewna obsesja.

Autorka stworzyła powieść łączącą elementy tak wielu gatunków literackich, że prawdę powiedziawszy nie wiadomo, czy jest to powód do radości czy raczej zniechęcenia. Jeśli ktoś sugerował się wskazującym na thrillerem opisem, znajdzie tutaj dla siebie całkiem dobrze napisane sceny mogące ciut przestraszyć. I owo ciut jest kluczowe, nie należy bowiem spodziewać się strachu na miarę powieści bez wątpliwości nazywanych thrillerami.
Ktoś, kto wśród bohaterów ujrzy policjantów, medyków sądowych i tym podobne postacie, bardzo chętnie zakwalifikuje "Obsesję" jako kryminałów. Owszem, jest tu nieco policyjnej pracy, opisów miejsc zdarzeń i całkiem obrzydliwych, jak należy, opisów ofiar, ale czy jest to kryminał, opowiadający szczegółowo o dążeniu do odnalezienia psychopatycznego, seryjnego mordercy, to już pozostaje kwestią sporną. Praca policyjno-sądowa to głównie przyglądanie się włosom (nie ofiar bynajmniej), zdradzanie tajemnic śledztwa pod wpływem uroków płci przeciwnej i wypinanie pośladków w i tak już opinających je motocyklowych spodniach.
Zatem może o owe spodnie i związany z nim romans tutaj chodzi? Cóż, bohaterka jest tak irytująca w przeskokach od ubolewania nad statusem porzuconej kobiety i wizji samotnej starości, do odrzucania kolejnych adoratorów, bo "nie jest jeszcze gotowa" i właściwie nie rozumie "co ci faceci w niej widzą", że ten wątek postaram się, dla dobra oceny, zbyć milczeniem. Zresztą, jej infantylność to bolączka, która bodła mnie w każdym, nie tylko miłosnym aspekcie powieści.
"Cholerna emancypacja. Życie było znacznie prostsze, gdy jedynym wysiłkiem kobiety było leżeć i pachnieć." (str.97).  Naprawdę???

Podsumowując gatunkowy miszmasz - moim zdaniem jest to komedia. Ha! Znalazło się miejsce i dla czwartego gatunku, ale ten ma wiele praw, które nie przysługują innym: wolno jej kpić z nadętych kryminałów wgłębiających się w nieskończoność w poszarpane zakamarki detektywistycznej duszy. Wolno jej z romansu zrobić nieustanny trzepot rzęs okraszony naprawdę dobrą (!) grą słów, dzięki której ja, z zasady zachowująca kamienną twarz, kilka razy mimowolnie parsknęłam w strony powieści. Nie ma tych miejsc wiele, ale należy przyznać, że są to prawdziwe perełki. Jest na tyle komicznie, że nawet mimo, że elementy thrillera są potraktowane stosunkowo poważnie, to nawet i te grono psychiatrów może zamienić w żart... bo komedii przecież wolno.

Pani Miszczuk zmierzyła się z niełatwym zadaniem. Postawiła sobie bowiem za cel namieszać, poplątać, stworzyć postacie niekoniecznie ikoniczne, ale sympatyczne bądź pociągające, i wybrnąć z tego obronną ręką. I trzeba przyznać, że w sporym stopniu jej się to udało. Dodatkowo wybrała tematykę zgodną z wyuczonym zawodem, zatem nie wypadało popełnić błędów merytorycznych, stąd może dość luźne potraktowanie tematu szpitala jako miejsca faktycznego leczenia na rzecz uczynienia jego mrocznych, piwnicznych korytarzy miejscem zbrodni.

Trzeba jasno powiedzieć, że nie jest to literatura wysokich lotów, nie jest to powieść o kilku dnach i mieszających się wątkach. Powieść jest prosta, zabawna i wiedzie do finału, który dla mnie był zaskakujący. Choćby dlatego, że autorka tak uparcie wskazywała na kilku podejrzanych, że nasze przypuszczenia natychmiast kierowały się w stronę innych... no ale nie właśnie tych! 

Powieść była dla mnie przyjemnym przerywnikiem pomiędzy tomiskami wymagającej literatury a jednocześnie pozwala cieszyć się ładną i zabawną polszczyzną. Zaś płytkość tematu, drażniąca osobowość bohaterki oraz bardzo schematyczne uczynienie z niej anioła obleganego przez najprzystojniejszych przedstawicieli wszelkich warszawskich profesji powoduje, że kończymy przygodę z wrażeniem, ze fajnie było, może przeczytamy kolejną część ale zapewne znów za rok, gdy umysł zażąda odpoczynku od wybitności.
Ach, i jeszcze jedna ważna rzecz. Jak można nie uznać za zdolną autorki takiego zdania: "Muzyka to powieść, której litery zamieniono na nuty." (str.256)

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Seria: W lekarskim fartuchu.
Liczba stron: 400

wtorek, 28 sierpnia 2018

O prozie życia.

"Lusterko, ramię, kierunkowskaz" Dorthe Nors  7/10


Na okładce napisano: Finalistka The Man Booker International Prize 2017. I naprawdę początkowo można się poczuć zaskoczonym tak wielkim uznaniem, wyróżnieniem na skalę międzynarodową. Mamy bowiem w dłoni powieść tak niedługą, niepozorną i prostą w odbiorze, że nie brzmi w nas werblami poruszenia, ani też nie stanowi epickiego obrazu godnego laurów. Co więc stanowi o jej wartości? Myślę, że właśnie owa normalność, owo spojrzenie na kobietę, która nagle zaczyna postrzegać swoje życie jako pasmo nieudanych przedsięwzięć. Kobietę, która osiągnąwszy dojrzałość stoi w drzwiach samotności, nie umiejąc poskładać elementów życia w satysfakcjonującą całość, na dodatek zaś walcząc z nieustannymi, przeróżnie diagnozowanymi zawrotami głowy.

Jak bardzo zwyczajna jest Sonia, widać od pierwszych stron. Jak banalne wiedzie życie, jak proste prowadzi rozmowy, jak pozornie mało istotne są jakiekolwiek zmiany następujące w jej codziennej rutynie. Ale im głębiej w książkę, tym bardziej Dorthe Nors wkręca nas w spiralę dygresji, rozmyślań, powrotów i ocen, w tym samoocen. Początkowo wydające się chaosem impresje wydobywane z pamięci Soni, rzucane luźno uwagi, mielone w pamięci obrazy omalże zapomniane, zdają się ze sobą nie wiązać, czytają się niczym opowieść gaduły niezdolnej do zakończenia jakiegokolwiek podjętego wątku. Z czasem jednak, zaczynamy krok po kroku zagłębiać się w owo opisywane strzępami życie. Co zaś ważniejsze, zaczynamy współodczuwać. I w tym momencie dostrzegamy jak owa Sonia, pozornie płaska jak Dania, pozornie prosta i zrozumiała, okazuje się być skomplikowaną osobą o nadwrażliwym postrzeganiu świata.
"Tutaj chodzi o to, aby znaleźć swój krąg, swoja kohortę, dopasować się, nie wyróżniać się, zamienić się w kameleona i uciekać od wszelkich relacji. Chciałabym na kimś zawisnąć, do kogoś przylgnąć, jak łopian. Tak nas stałe. Ale tu wszystko jest teflonowe." (str.103-104)

Sonia to siostra Kate, gorsza siostra, niespełniająca tego co przyjęte za normy społeczne, rozwiedziona, bezdzietna, nieustannie próbująca pogodzić się z coraz bardziej odległą Kate. W mieszaninie żalu i infantylności pisanych, nigdy nie wysyłanych kartek i listów, z łatwością można się doszukać wielkiego bólu po wyrwaniu z życia tej najbliższej postaci.
Sonia to pacjentka Ellen, masażystki o skłonnościach do wiary we wszystko co wiary wymaga, w "alternatywne światy". Wróżki, szamani, czytający w aurach i myślach - to wszystko stanowi istotę życia dla Ellen, to wszystko też trochę pociąga ale bardziej jednak odpycha zanurzoną w swoim realnym smutku bohaterkę.
Sonia to przyjaciółka Molly. Ani my, ani sama Sonia nie umie jasno odpowiedzieć na pytanie, co tak naprawdę łączy obie kobiety prócz wspomnień z czasów, gdy rodziły się szkolne przyjaźnie, te "do końca życia". Trwają razem, kompletnie odmienne, ale podtrzymujące się niczym przynależne sobie od lat tyczki.
"Ich przyjaźń dotarła do rozstajów dróg już dawno temu, ale w Kopenhadze dawno nie ma nikogo, kto by je pamiętał takimi, jakie kiedyś były. Jeśli pragną wrócić do korzeni, to maja tylko siebie." (str.65)
Sonia to także kursantka prawa jazdy. Pewna wystarczającej dojrzałości by owe szkolenie przejść, przytłoczona, czasem tez przestraszona agresją jednej instruktorki i niezrozumiałym dla niej samej pociągiem do drugiego.
"Jak można schować się przed kimś, ko wpada w złość, bo chce poczuć, że żyje? Tacy ludzie są wszędzie, a trudno stać się niewidocznym w świecie, który jest płaski jak naleśnik." (str.137)
Mantra "lusterko, ramię, kierunkowskaz" to jej prozac na jazdy. Często też odwołanie do scenek z kursu kieruje ją na właściwe tory myślowe lub, wręcz przeciwnie, pozwala z niewygodnych torów wypaść.

Nadal nie ma jednak sensu doszukiwać się drugiego dna. Nie będzie zwrotów akcji ani niespodziewanych szaleństw i paranormalnych zjawisk. Dorthe Nors poda nam bowiem studium osoby. Studium kobiety na zakręcie, doskonale zdającej sobie sprawę z jałowości swojego życia, tęskniącej za przeszłością, kochającej i nienawidzącej Kopenhagi, do której pofrunęła po traumach post-małżeńskich. Kobiety szukającej drogi uspokojenia duszy podróżą ku latom beztroski i szczęśliwości, gdy jej żółte drewniaki migały w polach kukurydzy i na duńskich wrzosowiskach. Czy jej poszukiwania, próby ucieczki przed marazmem, szukanie nowego startu przyniesie skutek, to już pozostaje w ocenie czytelnika.

Jest błyskotliwie, z bardzo subtelnym i inteligentnym humorem. Język jest prosty, choć czasem autorka zaskakuje poetyckością rozważań. Jest również płynnie, spokojnie, ale gdy autorka pragnie, by udzielił nam się niepokój, niewiara, lęk Soni, czyli to z łatwością jednym zaledwie zdaniem.
To niewątpliwie mądra książka, bohaterka w swej zwyczajności pozwala nam myśleć o sobie jak o jednej z nas, jak o tej kobiecie mijanej po drodze do pracy, jak o tamtej pijącej kawę w kawiarnianym ogródku, jak o tej w lustrze. To dobra lektura, pozbawiona zadęcia ale i nie pozbawiona literackiej atrakcyjności. Warto ją przeczytać, gdy wydaje nam się, że codzienne, szare, niezaskakujące życie jest jedynie naszym udziałem.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: Spejl, skulder, blink
Tłumaczenie: Elżbieta Frątczak-Nowotny
Liczba stron: 206
 
Za premierowy egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.

niedziela, 26 sierpnia 2018

O przedwczesnej dorosłości.

"Wielka samotność" Kristin Hannah  9/10


W opisanej młodości Lenie - bohaterki powieści "Wielka samotność" jest tyle smutku, tyle cierpienia i cierpliwości, że myśląc o swoim, kilkakrotnie przetrąconym życiu, oddycham z wdzięcznością za banalność problemów, które stanowiły dla mnie potencjalny koniec świata. Jest tyle problemów w tym niewielkim ułamku życia, że wszystkie moje, sporo przecież starszej kobiety, zdają się kpiąco kiwać głową nad marudnym znoszeniem jak się okazuje, niewielkich trosk. Ta powieść, pozostając opowieścią z gatunku literatury pięknej, jest niczym poradnik odczuwania pokory, niczym wskazanie palcem na winnych zbyt małej odwagi, zbyt małej wiary i nadziei.
Wszystko co zostało opowiedziane o Lenie, mieści się w kilkunastu latach, nie wykracza poza młodość. I na bardzo krótko wykracza poza Alaskę. Tę Alaskę, która nadała powieści tytuł.
"Wielka Samotność. - wyszeptała - Tak Robert Service (poeta - przyp.mój) nazwał Alaskę". (str.117)
Owa dzika, piękna ziemia to początkowo dar od losu, nadzieja na odmianę potarganego wojną wietnamską ojca, nadzieja na nowy początek i na to, że pierwsze wrażenie krystalicznie czystego spokoju przepojonego barwami, których nigdzie indziej nie sposób sobie wyobrazić, zostanie z nimi na zawsze. To kraj surowy, to stan, któremu daleko do amerykańskich telewizyjnych obrazków. To miejsce nieustannej czujności ale i zachwytu. To miejsce, gdzie nikogo nie stać na zawahania czy pomyłki.
"Musisz być silna i szybko się uczyć. Na Alasce można popełnić jeden błąd. Drugi kosztuje życie." (str.70)

Ten raj i piekło w jednym, ten kraj przepiękny lecz wrogi budzi zachwyt młodej dziewczynki, która podążą za rodzicami ku miejscu, które okaże się nowym domem. Ileż w niej strachu przed nieznaną samotnością i ileż zauroczenia: krajobrazem, pierwszą szkolna miłością, niewiarygodną uczynnością ale i niezłomnością tamtejszych ludzi. Jej droga wiedzie za ojcem. Człowiekiem, którego wojna pożarła swym złem i zaborczością, a następnie wypluła w stanie, który zniszczy nie tylko jego samego, ale i matkę Lenie - wierną, chorą w swej wierności i naiwnej wierze w zmianę, poczuwająca się do obowiązku, z którego sam mąż, już wiele dni temu ciężką dłonią, ciosami w twarz, decyzjami rujnującymi życie, z owego obowiązku zwolnił. Lecz nie dla niej, ona jest żoną, kochanką, wierzy w słuszność swego idealistycznego świata.
"Nie przestajesz kochać bliskiej osoby gdy cierpi. Robisz się silniejsza, żeby ją wesprzeć. On mnie potrzebuje. Potrzebuje nas." (str.16)
Motto życiowe matki stanie się także przewodnikiem Lenie, która uciekać będzie od chorej, toksycznej miłości rodziców w świat innej, dobrej miłości, która jednak juz wkrótce potwierdzi, że jej losem kierowała będzie ta sama zasada. Zasada trwania przy kimś, kto jest w potrzebie, kto bez niej nie ma już ani mocy, ani wiary, ani nawet samego siebie.

Powieść nie jest tak doskonała jak poprzednia, "Słowik" stanowi dla mnie wzór książki, przy której serce zamiera, przy której emocje wybuchają z siłą, o którą ich nie podejrzewaliśmy. Tutaj, w "Wielkiej samotności" najważniejszą emocją zdaje się być niezmierzony smutek. Książka jest tak samo piękna jak smutna... albo może niezwykle piękna w swoim smutku... czy też smutna pięknem obrazów, na których widzimy rozpacz, bezsilność, pustkę. W owym smutku, sama Lenie zdaje się błyszczeć odwagą, przekonaniem, że można inaczej, wiarą w odmianę losu. To, że autorka po każdym wzlocie spuszcza ją na twardą ziemię z jeszcze większej wysokości, zmusza nas do zaciskania pięści i kibicowania młodej kobiecie we wszystkim czego zapragnie, na co się odważy, co chce pokonać. Autorka daje nam bowiem strach, ból fizyczny, ratunek odbierający ratującego, nie pozbawiając swojej bohaterki hartu ducha. To Lenie, ta młoda dziewczyna, staje się obrazem prawdziwej Alaskanki. Tej dzielnej, tej zuchwałej. I to ona swą wiara i uporem doprowadza do finału, dzięki któremu odkładamy przeczytaną książkę, wzdychamy i gładząc ja po okładce stwierdzamy: Tak, tak to miało być.

Gdyby nie Kristin Hannah, gdyby nie jej doświadczenia życiowe (w tym wielkie amerykańskie podróże przez stany, pyliste drogi i nieznane tereny), nie dostalibyśmy opowieści epickiej, pięknej słowem i tematem, zamkniętej w idealne redakcyjne ramy. Mam wrażenie, że ta pisarka nigdy nie pozwoli sobie na to, żeby po "Słowiku" i nieco tylko mniej efektownej "Wielkiej samotności", w jakikolwiek sposób zawieść czytelników. Bo przecież, w beletrystyce, Pani Hannah odnalazła się równie pięknie jak Lenie w surowym stanie, zwanym Wielką Samotnością.
"Dla nielicznych niezłomnych, silnych marzycieli, Alaska na zawsze stanie się domem, pieśnią, którą można usłyszeć, gdy cichnie i nieruchomieje świat. Albo się tu odnajdziesz, dziki jak tutejsza przyroda, albo nie.(...)" (str.507)

Wydawnictwo: Świat Książki, 2018
Tytuł oryginału: The Great Alone
Tłumaczenie: Anna Zielińska
Liczba stron: 512

wtorek, 21 sierpnia 2018

O muffince z chili.

"Radość życia" Roma Ligocka  10/10


"Ciągle od nowa rozpoczynam wywiad rzekę z samą sobą - nie mogę się rozstać z tą osobą, którą być może ciągle za mało znam. Nigdy się siebie nie nauczę na pamięć." (str.11)
Przepraszam, ale przez moje współodczuwanie, śmieszne czasem i mało subtelne, będzie dzisiaj nieco intymnie...
Pomyślałam sobie o tej książce, że jest słodko-gorzka. Albo słono-słodka. A może jest i łagodna i pikantna? Jest jak czekolada z drobinkami słonego karmelu. Albo nie. Wiem. To czekoladowa muffinka z chili. To skorupka wypieczonych doświadczeń, twardych nawyków i przekonań, które zbiera się i pielęgnuje latami, by zapewniły nam ochronę przed ludźmi, światem, przed samym sobą. I to jest płynne wnętrze, ten nasz odkryty brzuszek jeża, który nadwrażliwcom takim jak Roma Ligocka, zdarza się chować zbyt późno, zbyt niedokładnie. I to są te burzące gładkość i ciepło wnętrza drobinki nagłych ostrości. Sztylety rzeczywistości wbite w rozmarzenie, w poszukiwanie ulotnego.

To nie będzie długa recenzja bo to byłoby tak, jakbym chciała przegadać sama autorkę. A autorka nawet nie daje szans na zapadnięcie się w opowieści. Ona chwyta ulotne motyle krótkich zdarzeń, by przynieść nam je w darze i pokazać ich znaczenie, często nam umykające. By powiedzieć nam, że ta Radość w jej książce to nie jest radość zupełna, całkowita i codzienna. A Życie to nie tylko smaczne potrawy zakupy (choć i one) ale tez śmierć i cierpienia, i stawanie w kolejce do bólu i odchodzenia.
"Wiem i to, że w końcu może przyjść taki moment, kiedy poczujemy się sami w naszym życiu, jak w pustym mieszkaniu, z którego wyniesiono już wszystkie meble, a i nasze walizki będą już spakowane..." (str.22)

Tu nie przydadzą się zdolności do czynienia skrótów i tworzenia streszczeń. Nie można streścić życia, nawet jego ułamka, a właśnie swoje życie w drobinach chilli i ułamkach czekolady autorka nam tutaj serwuje. Ono nie tylko jest. Ono bywa, dzieje się, umyka, chwieje się i ulatuje.
Pani Romo, czy wie Pani jak bardzo to, o czym Pani pisze wymiera? Czy wie Pani, że pisząc na przykład o swoim poczuciu wstydu, porusza Pani strunę, która już rzadko w czyjejkolwiek duszy brzmi? I czy wie Pani, jak bardzo ludzie chcą krótko i bezdusznie definiować słowa, które pani opisuje całymi stronami lub choćby zdaniami wielokrotnie złożonymi - jak Nadzieja czy Prawda?
"A prawda? Prawda jest skromna - cicha i tak prawdziwa, że do obrony niezdolna, pewna samej siebie - lecz pozbawiona agresji. Nieśmiała, bo wiedząca." (str.107)

To nie jest książka do czytania. To jest książka do myślenia. Tutaj każde zdanie ma drugie dno. Nawet to, które opisuje przyjęcie w Maladze czy zwykły, codzienny rejs samolotu. Bo to wszystko, zamknięte w błahych dialogach, w zawstydzeniach, zagubieniach i krótkich przywitaniach, woła do nas o uwagę.
"Banalne, codzienne wędrówki i spotkania. Nie tylko zło jest banalne - istnieje też banalne dobro: spokojne, łagodne przemijania dnia codziennego - ta cisza w Tobie i nadzieja... pewność prawie, że nic złego się nie zdarzy. ja, która zawsze unikałam wszelkich medytacji, teraz siedzę na plaży i wsłuchuję się w swój oddech..." (str.86)

I jeśli ktoś jeszcze chce zapytać: no ale o czym jest "Radość Życia"? to odpowiem, że wcale nie jest jedynie o radości życia, to nie poradnik jak ją czerpać, to nie sloganowy zbiorek jak ja rozumieć, to nawet nie opowieść o niosącej ją, właściwie wybranej ze wspomnień szczęśliwości. Ale czy owo niedopowiedzenie, owa zgoda na niezgodność z tytułem nie jest właśnie esencją radości życia? Zarówno jako filozoficznego pojęcia jak i tej przepięknej książki? Ach... zapomniałabym. A cóż w niej jest takiego przepięknego? Że znów wojnę i ten czerwony płaszczyk wspominamy, że syn ledwo śmierci uniknął, że w Maladze ludzie ucztują bez zawiści, wrzasków i pijaństwa, że pewne kanapki i pewne ciasteczka jada się tylko w jednym miejscu na świecie, że krakowskie ulice to jak nasza nieodżałowana Kora słusznie wyśpiewała, spływają spleenem? Owszem, ładne to wszystko. No i zdjęcia, które sama Pani Roma zrobiła sobie i temu, co zauważone mimochodem także ładne. Tak ładnie pasujące do podjętego tematu, tak ładnie ilustrujące i takie z kalendarzem, zatem i z biegnącym czasem skomponowane. I że ugotować można bo się przepis pomiędzy opowiadaniami znajdzie, i jeszcze na drink receptura... Tak, ładne. Nie piękne? Nie. Bo piękne to jest życie Moi Drodzy Czytelnicy. Tylko czasem trzeba Romy Ligockiej, żeby tę prostą prawdę, ten slogan, których nota bene unika i za które nas wszystkich łaja, pokazała nam palcem i nazwała. 

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie, 2017
Liczba stron: 252