Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

wtorek, 22 stycznia 2019

O młynie z Syberią w tle.

"Powieść bez O" Judith W. Taschler  9/10


Dwa światy i ich bohaterki. Kobiety silne, często zdane na radzenie sobie z losem, który jawnie z nich kpi. Mężczyźni dwóch światów. Tego gdzie ból i cierpienie odbierają jakąkolwiek godność i tego, w którym lojalność wobec rodziny walczy z zapatrzeniem w siebie i nową miłością. Świat zmagania się z wychowaniem czwórki dzieci i fanaberiami męża. I ten, który przyjmujemy jedynie na kartach pamiętnika, bo wyobraźni brakuje na objęcie go rozumem.
"Jak je opisać, te godziny, tygodnie nędzy i całkowitej rozpaczy? jak wyrazić, że zmieniają się w miesiące i lata? 
Nie ma takich słów. Wszystko co tu piszę, brzmi banalnie". (str.256)
Współczesna nam Katharina to kobieta matka, żona, piękna gospodyni domowa. Rozpaczająca nad kolejnymi ciążami, a potem z nich dumna i szczęśliwa niepospolitością. Żona wierna i naiwna, niedostrzegająca, zbyt mocno ufająca. Wreszcie przejęta wielką tragedią, która według Judith W. Taschler wydarzyła się w najbardziej odpowiednim z niewłaściwych momentów. Dziwne, prawda? A jednak nie do końca, bo jako wielbicielka teorii efektu motyla sama twierdzę, że każdy z naszych dni zależy od jednej przeszłej chwili, jednego oddechu.

Do rąk Kathariny trafia przypadkiem, a może celowo, pewien rękopis i dalszą część opowieści piszącego, utrwalona na CD. To opis części życia, który oszałamia ją opisaną tragedią, bólem, fizycznym cierpieniem i mieszającą zmysły tęsknotą. 
"Maszyna do pisania działa jeszcze bez zarzutu. Tylko O stroi fochy. (...) 
Potrzebuję tego O. Bez O sie nie da.
Nawet Rosja nie da się napisać bez O. Rosja, która połknęła mnie na prawie dwadzieścia lat. Połknęła tez nie mógłbym napisać bez O. (...) Nawet twojego imienia nie mógłbym napisać: Ludovica." (str.52)
Rękopis spisany na maszynie z zepsutym klawiszem i zgrana z wywiadu opowieść, będą snuły się nutami wygranymi na fortepianie transportowanym przez Syberię, będę odbijały się od ścian kopalni uranu, będą przeprawiać się łódką i wpław w kierunku Alaski. Będą rozczarowywać sprzedajnością pozornych wybawicieli, będą uczyć tego jak zrozumieć dwadzieścia syberyjskich lat z dala od domu, bliskich i nadziei. Wreszcie, oszołomią także śmiercią.

Autorka nie uczyniła wyrwy pomiędzy współczesnym życiem Kathariny a relacją z Syberii spisaną przez Thomasa po powrocie do domu ojców. Poprzetykała je ciekawymi, czasem nieco zaskakującymi, czasem wstrząsającymi wyjątkami z życia pozostałych bohaterów. Wszak oboje mieli krewnych, przodków, bliskich znajomych. Wszak żyli życiem sprzed i po ich największych tragediach. Każda z tych opowieści to dodatkowy element układanki, który, jak łatwo się domyślić połączy Katharinę i piękną powojenna pianistkę Ludovicę, połączy Thomasa szaleńczo wyrzucającego wspomnienia z serca na klawisze starej maszyny z zepsutym klawiszem i niepokornego, egoistycznego męża Juliusa, którego śmierć okaże się, jak rzekła sama autorka, dobrze ulokowana w czasie.


Pani Taschler pisze pięknym językiem, dba o szczegóły, o obrazowość tego co okrutne i tego co zachwyca niespodziewanym pięknem i czułością. Pokazuje jak można ubierać kłamstwo w czułość, jak zazdrość potrafi doprowadzić do czynów godnych nienawiści. Doskonale zmienia styl opowieści dobierając go do autorów, słownictwo zaś przyklejając do czasów, miejsc i płci opowiadających. 
Wprowadzając kolejnych bohaterów dba o to, by czytelnik nie musiał podróżować wstecz odwracając kartki, wystarczy, że znów wyobraźnia poniesie go wraz z człowiekiem w odpowiednie miejsce. 

Jest tu syberyjska, niewyobrażalna tragedia młodych ludzi karanych za nic, jest pochylenie się nad losem młodych Austriaczek o żydowskich korzeniach, w tym tej, której muzyka będzie nam towarzyszyła w najsroższym mrozie i jest bardzo współczesne spojrzenie na codzienne troski. Wszystko zaś łączy pewien młyn, żółty domek namalowany na niewielkim obrazku wręczonym wraz z rękopisem.
Piękna historia, polecam.

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Tytuł oryginału: Roman ohne U
Tłumaczenie: Aldona Zaniewska
Liczba stron: 382

piątek, 18 stycznia 2019

O psach na uwięzi.

"Krew" Bartosz Szczygielski  8/10  

 

Odpoczynek bywa często ułudą, prowadzi nas na skraj tęsknoty za tym, od czego pozornie chcieliśmy odpocząć. Przy najmniejszej iskrze kojarzącej się z pracą, rodziną, miejscem pracy czy innym powodem, który przywiódł nas w miejsce odosobnienia, zaczynamy automatycznie oddawać się na powrót rozkoszy tego co znane, co schematyczne, dające pewność ruchów i myśli. I nawet, gdy odpoczywamy od traumatycznych przeżyć, coś zdaje się śmiać nam prosto w twarz i pokazywać, że wcale nie uciekamy, tylko oswajamy tęsknotę. By wrócić? 

Gdy po wstrząsającym zakończeniu pierwszej części cyklu, autor zdecydował się umieścić komisarza Gabriela Bysia w szpitalu psychiatrycznym, łatwo było ulec wrażeniu, że Bartosz Szczygielski chce nieco odsunąć od niego akcję, zwolni tempo, pozwoli sobie na wgląd w zbolałą duszę bohatera. I co zaskakujące, na początku wszystkie powyższe warunki wydają się być spełnione.
Wątek Bysia jest bowiem prowadzony leniwie, z wrażeniem snucia się nisko przy ziemi. Przytłaczająca seria opisów podana jest tak, by wzbudzić w nas wątpliwość, czy aby dziwne wydarzenia spotykające komisarza w tworkowskich ścianach i ich okolicach, nie są tylko wymysłem udręczonego, otumanionego lekami umysłu. 
"(...) Była dokładnie w tym samym miejscu co Gabriel, ale ona przynajmniej nie widziała, nie rozmawiała i nie biła nieistniejących osób. Byś wszedł na wyższy poziom." (str.367)
Wprawdzie to, co wydarza się teoretycznie przypadkiem, co stanowi aberrację w spokojnym rytmie życia pacjenta Bysia - koszmarne znalezisko, niewyjaśnione zdarzenia określane przez łatwowiernych mianem cudu, zaszyte usta, spływające krwią kolumny - nie pozwala nam do końca pozostać w psychicznym półśnie, ale mimo wszystko powolne tempo uspokaja nas na tyle, byśmy nie szaleli z niepokoju, jak zdarzało się to w poprzedniej części.

Budzi nas za to, z gwałtowna regularnością, opowieść o
pruszkowskiej prostytutce Kaśce, która nadal pozostaje pod władzą okrutnego gangstera, od którego ucieczka może wieść tylko do dawno odsuniętego w niepamięć świata.
"Czuła się jak dziecko. Wyciągnięte ze schowka pod schodami, gdzie przez całe życie udawało czarodzieja. Dzierga powoli i z zegarmistrzowska precyzją obdzierał ją z każdej rzeczy, na której jej zależało. Zabrał jej pieniądze, samodzielność i wolność."(str.61)
Tę faktyczną, fizyczną ucieczkę autor poda nam w swoim typowym szybkim tempie, przeplatając błyskotliwe ale i wulgarne dialogi opisami działań, przy którym nie można zapomnieć o tym, że ów kryminał nie bez kozery został nazwany "Krew".

Wielu recenzentów utyskuje na zmianę klimatu, na spowolnienie akcji, a mnie właśnie owa mieszanina ognia i mętnej czarnej wody spodobała się najbardziej. Dodając do tego, uwielbiany przeze mnie czarny humor autora, który o zgrozo, powoduje parsknięcia śmiechem w najbardziej dramatycznych momentach; nie zapominając też o szpilach wbijanych w polityczne plecy naszych elit i napędzaną fanatyzmem skłonność do odnajdywania cudy we wszystkim co trudno wytłumaczalne, nie można uciec od wrażenia, że czyta się niezwykle inteligentny wyrób kryminalny.

Nie znudziła mnie tu żadna strona, właśnie dzięki tej przemyślanej nierównomierności, o jaką Pan Szczygielski pokusił się w "Krwi". Zabawa została odtańczona w dwóch rytmach. W szalonym tempie zabijania, tortur, rozpaczy i wpadania nie tyle z deszczu pod rynnę, ale w najgłębsze możliwe bagno. I w wolnym tempie dziwnego opętanego tańca, w którym spotykamy nieistniejące postacie, gdzie dobre, wspierające osoby okazują się być połączone koszmarnymi zobowiązaniami i nie są de facto ani dobre ani nawet żywe. 

Przez karty powieści przewijają się osoby, które łagodzą paranoję życia w Tworkach. Jest wściekła ale nadal pomocna Monika, inna, twarda, trzymająca w ryzach wątpiącego komisarza.
"Coraz bardziej ją podziwiał. Jemu wyrobienie sobie twardej skóry zajęło lata, a i tak czasami miał wrażenie, że pod powierzchnią się nadal gotuje. Pamiętał, że Monika jeszcze całkiem niedawno zachowywała się zupełnie inaczej. Entuzjazm mieszał się u niej z przerażeniem, nad którym nie potrafiła zapanować. Teraz stała się psem, którego należy się bać." (str.302)
Jest ksiądz o wyglądzie amanta, jest Pani Stasia, do której żywi się wyjątkowo ciepłe uczucia. 

Autor dba o to by humor, ironia, zjadliwie dowcipne komentarze równoważyły bardzo obrazowe opisy z przewagą czerwieni w tle. Zaś na powiązanie historii Gabriela i Kaśki przychodzi nam czekać prawie do samego końca. I nie ubolewam nad tym, bo takim, może mniej drastycznym niż w "Aorcie" ale zdecydowanie pozostawiającym więcej niedopowiedzeń zakończeniem, autor wymusza na nas postawę wyczekiwania na ciąg dalszy. Cóż więc, jesteśmy gotowi, Panie Bartoszu. Na szczęście to już prawie pora na "Serce". 

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Cykl: Gabriel Byś (tom2)
Seria: Mroczna seria
Liczba stron: 400

środa, 16 stycznia 2019

O godnej pracy dla godnej starości.

"Perły rzucone przed damy" Barbara Bereżańska  8/10


Fikcja literacka potrafi opowiadać o trudach, chorobach i tragediach w sposób sugestywny, poruszający najczulsze struny, wzruszający. Tylko, czy zawsze opowieść ubrana w kwieciste słowa i opisy, wyrastająca ponad zwyczajność, okraszona barwnymi przymiotnikami, oddaje prawdziwą istotę problemu? Czy nie jest tak, że dopiero "dotknięcie" owego problemu stanowi bazę dla pełnego jego zrozumienia?
Książka "Perły rzucone przed damy" daje nam właśnie taki dokumentalny, potwierdzony przeżyciami autorki i jej doświadczeniem, obraz tematów często pomijanych - pracy polskich opiekunek w Niemczech i często związanego z życiem ich pracodawców problemu chorobowego, jakim jest demencja.


Barbara Bereżańska oddaje nam w ręce podwójnie pożyteczna lekturę. Początek to wsparcie radami, fachowymi wskazówkami, określeniami, listami potrzeb. Wsparcie idealne dla osób, które albo o tego typu pracy myślą albo gubią się w zawiłościach opiekuńczej pracy podjętej zbyt pochopnie. Nie ma tutaj moralizatorstwa, nie ma nakazów i zakazów. jest świetnie podzielony na podrozdziały, bardzo czytelny poradnik doświadczonego mistrza, który ubolewając nad nieświadomością i złym traktowanie polskich "perełek", chce ustrzec je od błędów, które doprowadzić mogą nawet do zniechęcenia, a nawet do dramatów.
"Zlecenie nie jest tak męczące, gdy zachowane są moje prawa, dzięki czemu mogę zarabiać i odkładać. Cieszy mnie ta sytuacja. Ale jednocześnie zauważyłam, że od chwili, gdy jestem świadomą opiekunką, z żadną rodziną nie powstały więzi tak dobre, jak na pierwszym zleceniu. To cena tego, że człowiek wywalczył swoje prawa." (str.67)
Jak nie dać się oszukać, jak żądać dla siebie szacunku i godnych warunków pracy, jak bez wstydu upominać się o swoje.
Jest w nas - Polakach, jakaś stała pokora i nieśmiałość proszenia o swoje. Może dzięki Barbarze Bereżańskiej zrobimy krok ku podniesieniu poczucia własnej wartości i uniknięciu rozgoryczenia pracą, po której obiecywaliśmy sobie znacznie więcej niż przypływ gotówki o większej wartości niż polskie złotówki.


Esencję książki stanowią pracownicze doświadczenia autorki. I przyznać trzeba, że nie brak Pani Bereżańskiej zdolności literackich, dzięki którym owe opisy nabierają płynności i trącają czułe struny.
Poczynając od trudnej decyzji o wyjeździe, poprzez kolejne niewiarygodne - czasem wspominane z wielką czułością do dziś, czasem wymazane z pamięci na tyle, na ile pozwala ludzki umysł przeżycia i doświadczenia, aż po ostatnie zdania, kierujące nas ku budowanej zmęczeniem, głownie psychicznym refleksji, autorka wpuszcza nas do świata, który był dla mnie zupełnie obcy, znany z opowiadań, mało klarowny.
"Coraz częściej zastanawiałam się, czy nie spróbować pracy na niemieckich salonach. W końcu postanowiłam wyjechać jako polska perełka do niemieckiej Dame (pani). Polska Perła. Tak mówią o opiekunkach wdzięczni seniorzy." (str.14)


Kolejne "przygody" w nowych miejscach pracy pochłaniamy niczym najlepszą fikcję. Autorka okrasza je ciepłymi uczuciami skierowanymi w stronę starszych, dręczonych demencją pacjentów, zrozumieniem i współczuciem dla ich zdezorientowanych rodzin, a nawet humorem, bez którego chyba ciężko byłoby przeżyć kolejny dzień, zapętlony wokół pacjenta o wyjątkowo trudnej dla nich samych, jak i dla ich opiekunów przypadłości.
"(...) muszę zwracać uwagę na to, jakie schorzenia mają podopieczni, i nie pracować z ludźmi cierpiącymi na choroby, o których nie mam zielonego pojęcia. Pierwsze kroki w świecie demencji to była ciężka przeprawa i gdyby nie pomoc córki Helgi, być może byłoby to moje pierwsze i ostatnie zlecenie." (str.93)

"Perły rzucone przed damy" to nie jest lekka opowieść. To gorzka prawda o niezwykle trudnej pracy, niejednokrotnie ciężkiej fizycznie, zawsze wymagającej ogromnej odporności psychicznej. Nigdy nie pracowałam w takim charakterze, nigdy nie musiałam walczyć o szacunek dla mojej pracy za granicą. Ale dzięki Barbarze Bereżańskiej nabrałam podziwu dla ludzi, którzy poświęcają się tej pracy, potrafią oddać serce i wysiłek osobom, które pragną w swych własnych domach, godnie doczekać ostatnich chwil.
 Nabrałam też pokory wobec starości. Zawsze żyłam ze świadomością, że to okres niezwykle "nieudany", trudny, obfitujący w troski, bezsilność i potrzebę wyciągania ręki po pomoc innych ludzi. Teraz doszło do tego pewne zdanie, którego mądrość jest niepodważalna: "Naoglądałam się starości w bogactwie, która mnie przeraża. O starości w ubóstwie boję się myśleć." (str.254)

Wydawnictwo: Poligraf, 2018
Liczba stron 254

Bardzo dziękuję Autorce,  Barbarze Bereżańskiej, za egzemplarz recenzencki. 

niedziela, 13 stycznia 2019

O podróży przez fotografie.

"Papierowe duchy" Julia Heaberlin  9/10


Recenzja przedpremierowa 
premiera książki: 16 stycznia 2019.

"(...) zawsze uważałem, że każde zrobione przeze mnie zdjęcie jest jak małe morderstwo."(str.173)

Czasami droga, którą obieramy w podróży, prowadzi nas ku zupełnie innym miejscom i rejonom, niż te zaplanowane. Niekoniecznie są to miejsca oznaczone na mapie większymi czy mniejszymi napisami, albo czerwonymi kropkami związanymi z planowanymi miejscami postoju, choć i to może ulec zmianom - czasu, kolejności, nawet zniknąć z planu zupełnie. Częściej są to inne, nieplanowane miejsca w naszej duszy, w obolałym sercu, w rozognionej gniewem głowie. Droga chłodzi emocje, sprawia że nabieramy głęboko powietrza i spoglądamy na swój poprzedni plan z innej, szerszej perspektywy. Droga sprzyja zastanowieniu się, przemyśleniem i podsumowaniom. W taką niezwykła podróż, pełną zmian, zaskoczeń, przepięknych przemyśleń, zabiera nas Julia Heaberlin w swojej najnowszej powieści "Papierowe duchy", której premierę wydawnictwo W.A.B zaplanowało już na 16 stycznia. 

To wspaniałe, kiedy czytelnika witają doznania wzrokowe, kiedy dostajemy przedsmak tego, co czeka nas w opowieści w innej formie, niż zapewni sama książka. Spomiędzy kart wysypały się na moje biurko zdjęcia bliźniaczek. Moja ukochana forma - czarno-białe nieoczywiste fotografie, ich nastrój wywołujący niepokój, dodatkowo wsparte dwoma kartkami z notatników - jedna z notatnika młodszej wersji naszej bohaterki i druga - z pamiętnika jej towarzysza podróży, fotografa i domniemanego zabójcy spowodowały, że od razu poczułam się mocno zaciekawiona opowieścią, niemal skłonna wniknąć w nią, by poszukać odpowiedzi, by dowiedzieć się czemu posłużyć miała taka forma reklamy. Wniknęłam... i przepadłam. Dawno bowiem nie czytałam thrillera napisanego tak pięknym językiem i dawno też nie spotkałam opowieści drogi tak fantastycznie wspartej  opisami wydarzeń, które nie pozwalają się nudzić ani przez sekundę.

Bohaterka o imieniu innym, niż sama podaje, jest dziewczyną różniącą się od reszty. Żyje żałobą po zaginięciu ukochanej starszej siostry, planem znalezienia jej porywacza, może zabójcy. Tworzy listy podejrzanych, plany pomszczenia siostry. Gdy wreszcie znajduje w domu ukryte pod schodami zdjęcie bliźniaczek i precyzuje nazwisko jego twórcy, jest gotowa do działania. 
"Jestem dublerką, Carl. Jej skorupą, wypełnioną dynamitem i nastawioną na zemstę. Stremowaną aktorką za kulisami, która lada moment ma wyjść na scenę. Ty i ja będziemy grali razem." (str.14)
Trenuje ciało, duszę a przede wszystkim odwagę, by wreszcie pojawić się w tzw. domu przechodnim i tam usiąść przy fotelu pewnego dręczonego demencją sławnego fotografa i przedstawić się jako jego córka. Ile jest prawdy w jej domniemaniach, czy faktycznie związana jest z fotografem i jaki jest jego udział w zniknięciu Rachel, wreszcie, czy młoda dziewczyna pełna podejrzeń może okazać się sprytniejsza od rozkładającej bezradnie ręce policji, o tym opowie podróż, droga, którą przemierzą oboje wzdłuż szlaku wspomnień, zdjęć, podejrzeń. 

Nie będę ukrywała, że dla mnie opowieść, w której mogę odkrywać kolejne wizje Ameryki, jest z racji wykształcenia i pasji wyjątkowo kusząca. Jak pisze sama autorka: "Wszystkie moje thrillery są odą do Teksasu" (str.412 Podziękowania). I to widać doskonale w miejscach, które autorka każe odwiedzać bohaterom. Ich wybór to wielkie teksańskie tragedie, to ruina, w jaką popadają kiedyś piękne i podziwiane miejsca, to pochwała lub przygana ludzkich teksańskich zachowań, stylu życia, niepoprawnych acz typowych dla nich reakcji.
Kolejna rzecz, czyniąca owa powieść wyjątkową to niezwykłe umiłowanie fotografii, hołd dla jej twórców, przepięknie opisane odczucia ludzi, którzy zamykają w kadrach świat i uczucia. Ludzi, którzy na kawałku papieru umieszczają życie i śmierć. 
"Są zarówno lustrami jak i oknami. Historia, którą opowiada fotograf i nieskończone interpretacje obcych ludzi. Idealne ujęcie żyje. Oddycha. Rozwija się. Ludziom się wydaje, że to muzyka jest uniwersalnym językiem. Nie. Jest nim fotografia." (str.218)
Tak pięknych opisów miłości do pracy, wartości fotografii jako sztuki ale i powołania, nie spotkałam jeszcze nigdy. I one, wraz z poprzednio wspomnianymi opisami teksańskiego świata, budują mój zachwyt.

Naprzeciw pięknu amerykańskiego stanu oraz chwil zatrzymanych w kadrze, autorka stawia złodzieja czasu i pamięci - demencję. Wedle jej słów: "Demencja jest jak bezkarny seryjny zabójca. Przynajmniej na razie bezkarny" (str.410 Podziękowania). Z jej powodu Carl, uniewinniony od zarzutów zabójstwa, trafił do przechodniego domu, to ona nie pozwala mu nigdy być pewnym tego, co sam opowiada, to ona wreszcie czyni z niego tak ciekawą postać w tej niezwykle obrazowej, namalowanej pięknymi opisami książce.
"Demencja to przecież nie piękne wieczorne niebo, tylko ocean mgły, niekończący się bieg po plaży o północy, odgłos kroków prześladowcy na piasku. Biegnij dalej albo rzuć się w czarne fale." (str.42) 

Można mnożyć zalety, które spowodowały moje oczarowanie i postawienie tej książce tak wysokiej oceny. Nie wolno jednak zapomnieć, że autorka tworzyła thriller, nie zaś opis do albumu fotograficznego. Bez obaw, z tego zadania także wywiązała się wyśmienicie. Bywa, że lekko straszy, bywa, że niepokoi faktem, że sam czytelnik nie potrafi znaleźć wyjaśnienia pewnych zjawisk, wreszcie, znajduje miejsce na próby zabójstwa, na ciemne, wrogie pomieszczenia, na krew i lęk. Co więcej, nawet miłość romantyczna dostaje tutaj dla siebie trudne, niekoniecznie szczęśliwe ale prowadzące do spełnienia poletko.  

Książka jest moim zdaniem wyśmienita. Zarówno forma, która mieszając gatunki nie traci nic z założeń thrillera psychologicznego, jak i treść zachwycająca opisami, emocjami, współodczuwaniem,dostarczająca momentów, w których mamy ochotę spojrzeć za siebie powodują, że odkłada się ją z żalem. Oby więcej takich książek, które zabierają nas w inny świat, czarno-biały w radościach, smutkach i ilustracjach ale jakże barwny emocjonalnie. 

Wydawnictwo: W.A.B., 2019
Tytuł oryginału: paper Ghosts
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Liczba stron: 416
 
dziękuję wydawnictwu W.A.B. za przedpremierowy egzemplarz recenzencki

piątek, 11 stycznia 2019

O karze za grzechy. Czasem własne.

"Pokuta" Max Czornyj  7,5/10



"(...) W księdze Izajasza napisano
'Przygotujcie rzeź dla jego synów
z powodu niegodziwości ich ojca'"(str.243) 

Każdy grzech, który pociągał za sobą ofiarę, czy to złożoną w hołdzie złemu, czy też poniesioną przez dotkniętych działaniami mordercy, powinien być okupiony pokutą. Na tyle adekwatną do popełnionych czynów, by porażony działaniami psychopaty czytelnik odniósł wrażenie, że sprawiedliwości stało się zadość. A co, jeśli pokutujący morderca okaże się odpowiadać za nie swoje czyny? A co, jeśli chora krew doprowadzi do tego, że w pokucie najczynniej uczestniczył będzie człowiek, który przywiódł za kraty mordercę? A co, jeśli grzesznik, w ostatnim przypływie świadomości uczyni z pokuty szlachetny uczynek? Nie ma oczywistości u Maxa Czornyja, to co uznajemy za zadośćuczynienie, zostanie przykryte mieszanymi uczuciami, zaskoczeniem, zupełnie odmiennym od spodziewanego zachowaniem. I dlatego "Pokuta" nie pozwala się nudzić i zasługuje na miano dobrej książki. 

Przez wszystkie części cyklu Eryk Deryło poświęca czas, upór, zdrowie, czasem prawie życie, by zakończyć serię porwań i morderstw dokonywanych głównie na kobietach. Początek "Pokuty" to moment, w którym wszystko wydaje się zmierzać ku szczęśliwemu zakończeniu. Winny czeka w szpitalu psychiatrycznym na orzeczenie lekarskie, policjanci oddychają z ulgą, znika z ulic strach przed psychopatycznym porywaczem. Zaś sam komisarz Deryło może snuć plany zasłużonego odpoczynku w gronie rodzinnym, po okupionym ranami ciała i duszy ujęciu psychopatycznego Cztery Iksa. I jeśli chodzi o spokój i ukojenie to tyle Proszę Państwa. Przecież to kryminał Maxa Czornyja. 

Podobnie jak w poprzednich tomach, tutaj także autor wsadza czytelnika na kolejkę górską, która pędzi bez opamiętania, nie pozwalając na głębszy oddech. Spodziewający się odpoczynku bohater zostaje natychmiast postawiony pod ścianą czujności i mobilizacji do dalszej wytężonej pracy. Sprawa bowiem bynajmniej nie okazuje się zamknięta ba, nawet lekkie przymknięcie byłoby eufemizmem. 

"W jednej chwili pracowicie układana kostka Rubika znowu się rozjechała. najchętniej wyrwałby jej poszczególne elementy i zdeptał. (...) Dziewczyna, którą widział, ponoć nie istniała. Dycz, z którym stał twarzą w twarz, ponoć nie mógł być Dyczem. W podziemiach bunkra trafiają na istny gabinet doktora Frankensteina, a do tego ktoś bawi się zapałkami. Czy to możliwe, żeby Iks... " (str.184-185)
Pojawiają się nowe morderstwa popełnione z wyjątkowym okrucieństwem, znikają kolejne kobiety, także związane ze śledztwem, z niektórych, mało spójnych wypowiedzi osadzonego, wysnuwane są wnioski, które wskazują miejsca kolejnych niewiarygodnych tortur. 
Jeśli zatem pościg został zakończony, to kto odpowiada za to co się dzieje w zewnętrznym świecie?
Kim naprawdę jest Józef D., co steruje jego myślami, czy kolejne wydarzenia to sprawka naśladowców, równie chorych krewnych czy telepatii? 
Ile osób, umysłów, chorych wyobrażeń tworzy zamknięty obraz psychopaty?

W książce, zapowiadanej jako ostatnia część cyklu, choć moim zdaniem zakończenie na to nie wskazuje, autor pozostaje wierny swojemu stylowi pisania. Rozszarpuje opowieść na rozdziały, które kończą się omalże w środku zdania, zatem nie kontynuowanie czytania jest zupełnie niemożliwe. Nadal wylewa na czytelnika wiadra krwi i organów, wskazując przy tym ze stoickim spokojem, krok po kroku, jak dokonywano tortur i okrutnych mordów. Dla mnie jest już tego nieco za dużo, poczułam przesyt, momentami odnosiłam wrażenie, że zapętliłam się w jakimś dziwnym świecie wyobraźni testującej na czytelniku kolejne pomysły z najbardziej chorych snów psychopaty. 

Na szczęście autor pozwala na ucieczkę w stronę psychologii i psychiatrii, obdarza bohatera wieloraką osobowością, nakazuje profilerom, śledczym, lekarzom poznawać krok po kroku tajniki zachowań osoby zupełnie dla nich niezrozumiałej. 

"Zmiany podświadomości były jak gra w piłkę z samym sobą. Raz rzucał jeden, zaraz drugi, a potem kolejny i tak w kółko. Bez końca. Tylko że niektórzy cicho siedzieli na trybunach i czekali na swoja kolejkę, inni w ogóle nie mieli ochoty na grę, a jeszcze inni cały czas krzyczeli, dopingując pozostałych lub żądając oddania im piłki." (str.84)
Szkoda tylko, że czasami pojawiają się błędy merytoryczne, które osobom znającym wspomniane nauki, brzmią niczym zgrzyt w dobrze naoliwionej maszynie. 
Nie rozumiem też wprowadzenia wątku brata. Czy ma on opowiedzieć o Deryle jako o, jednak wrażliwym i dręczonym jak inni traumami z przeszłości, słabym człowieku? Przecież dostajemy to w każdym słowie troski o córkę i żonę, w każdej z jego emocjonalnych wypowiedzi i w momentach, gdy i on traci panowanie nad pozornie stalowymi nerwami. O ile dzieciństwo Cztery Iksa to dla mnie strzał w dziesiątkę (ależ to jest mocne!), o ile też wyprowadzenie Deryły poza komisariat na ciepły, domowy fotel bardzo służy atmosferze i nagłym zmianom akcji, o tyle problemy małżeńskie Brzeskiego i suche, oparte na wzajemnych oskarżeniach kontakty z matką komisarza zdają się być albo zbędne albo źle osadzone w kontekście. Bo być może tytułowa pokuta byłaby niepełna bez powiązania tych wszystkich aspektów, może to tylko ich pomieszanie odpowiednio maluje końcowe sceny? Być może chodzi o ból, który szarpiąc wnętrzem nie pozwala bohaterowi na poczucie spełnienia i satysfakcji. Bo przecież "Nawet najbardziej racjonalny człowiek przegrywa walkę z własnymi demonami." (str.382)
Mogę się domyślać intencji autora, a pewność byłaby chyba tutaj bardziej wskazana. 

Można powiedzieć, że nie jest to traktat naukowy lecz fikcja. Że nie o idealnie logiczne połączenia tutaj chodzi, ale o bardzo cierpką ale wytrawna rozrywkę. I pozwolę sobie przychylić się do tego stanowiska, bowiem autor, swoim płynnym językiem, wartkością akcji, nagromadzeniem potrzebnej tutaj brutalności i realizmem opisów, zasługuje na taki bilecik ulgowy. Nie ulega bowiem wątpliwości, że "Pokuta" czyta się bardzo dobrze a zakończenie... Na miłość boską panie Czornyj! 

Wydawnictwo: Filia, 2018

Cykl: Komisarz Eryk Deryło (tom3)
Seria: Mroczna strona
Liczba stron: 448

czwartek, 10 stycznia 2019

O wielkich sercach.

"Psierociniec. Niepiesek. Tom 3" Agata Widzowska  9/10


Pod koniec ubiegłego roku, wydawnictwo Wilga sprezentowało najmłodszym czytelnikom trzeci tom opowieści o "Psierocińcu". Jest to urocza opowieść o psie... kocie..., w każdym razie o "Niepiesku".

Każda ze zwierzęcych opowieści tej serii uczy młodych czytelników dobra, życzliwości i prowadzi przez świat nowych zjawisk.
Tym razem autorka tekstu, Agata Widzowska, kładzie nacisk na poszukiwanie tożsamości. Piesek, wychowany w kociej rodzinie, odkrywa przypadkiem prawdę o swoim pochodzeniu. Na dalszych stronach książki będzie chciał za wszelką cenę udowodnić, że zasługuje na miano prawdziwego psa. 
"Byłem gotów poddać się operacji i przyjąć serię bolesnych zastrzyków, byleby tylko poczuć się kimś, kimkolwiek." (str.23)
Czy zdoła tego dokonać? Czy będzie szczęśliwy w psiej rodzinie? A może w ogóle tej rodziny nie pozna lub nie zaakceptuje? 
"To bardzo ważne czuć, że ma się coś wspólnego z innymi i nie jest się samotnym ziarnkiem piasku na pustyni albo stokrotką pośród róż." (str.15)

Pod lekką formułą i pięknymi ilustracjami Marty Krzywickiej, rysowanymi prostą, przyjazną dzieciom kreską, autorka przemyca złote myśli i rady. Piętnuje wyśmiewanie się z innych, ocenianie po pozorach, chwaląc odwagę, tolerancję i zarzucenie niesnasek w chwilach, gdy konieczne jest wspólne działanie. Pochwala adopcję, gani zbędne rozrywki, takie jak myślistwo... tematyka przelewa się różnorodnością przez strony tej uroczej, świetnie napisanej książki.
"Pochodzisz z psiego rodu, ale wychowałeś się z kotami, dlatego czujesz się kotem i zachowujesz si ę jak kot. Kochamy Cię z całego serca, więc jesteś jednym z nas." (str.9)
Ponad rasami i gatunkami treść książki rysuje obraz dobrych serc, zmian poglądów na takie, które w pełni odzwierciedlają prawdę, zamykają zaś za sobą drzwi do stereotypów. Taka... bardzo polska ta piękna opowieść ze świata zwierząt. Bardzo skupiona na przywarach, które dla mnie stanowią esencję polskich wad narodowych. Może to przypadek? A może tak naprawdę to człowiek z natury takie właśnie cechy, i pozytywne i negatywne w sobie nosi?
"Jestem psem, mam kocia mamę, kociego tatę, ale najważniejsze jest to, że należę do jednej wielkiej rodziny zwierząt. Ludzie na całym świecie też są jedna rodzina, ale często o tym zapominają." (str.52)

Mądra, idealnie operująca językiem odpowiednim dla dziecka, pełna wierszyków, przy których logopeda uśmiecha się od ucha do ucha, kolorowana prosto i z wyobraźnią, urocza.
"Dzik zakupił dwa budziki, 
które dźwięk wydaja dziki.
W leśnej dziczy dzik się budzi:
- Cóż za dziki dźwięk ma budzik!
Lecz lwia część dzikiego zwierza
dźwięków słuchać nie zamierza
i w szał zaraz wpada dziki:
- Precz budziki! Precz budziki!" (str.17) - 
(nie mogłam sobie odmówić, przecież to o mnie ; )

Jeśli chcecie zrobić prezent zapalonemu młodziutkiemu czytelnikowi (sam wydawca określa książkę jako odpowiednią dla 6-12 lat), nie wahajcie się. Polecam z ciepłym uśmiechem.


Wydawnictwo: Wilga, GW Foksal, 2018
Seria: Psierociniec. Tom 3.
Ilustracje: Marta Krzywicka
Ilość stron: 56

dziękuję wydawnictwu Wilga za egzemplarz recenzencki


niedziela, 6 stycznia 2019

O "Mrocznych wiekach" i jasnym rycerzu.

"Gdzie jest prezydent" Bill Clinton, James Patterson  6/10


Recenzja przedpremierowa
Premiera książki: 30 stycznia 2019

Współczesny świat z ironicznym uśmieszkiem przygląda się pielęgnowanej przez ludzi miłości własnej. Samouwielbieniu, prowadzącemu do negowania ideałów, odrzucenia wiary w wiedzę i wartość nauki, pomniejszeniu znaczenia wybitnych jednostek. A człowiek potrzebuje autorytetów. Bez nich, z rykiem na ustach, sami zaczynamy ustalać własne pojęcia patriotyzmu, sami decydujemy, co jest naszym obowiązkiem a co należną swobodą. Bez wzorców nie wierzymy w bohaterów. Łatwiej uczynić nam bohatera z siebie samego, niż z człowieka, który pochwalić się może odpowiednimi predyspozycjami. Autorytet, podany w wersji "superhero", prezentuje nam, nie po raz pierwszy, niewątpliwy ekspert od tego typu zadań - James Patterson.

Jakiś czas temu otrzymałam do rąk dyplom wydziału amerykanistyki, zatem tytuły takie jak "Gdzie jest prezydent" interesują mnie w szczególny sposób. Także dlatego, że współautorem książki, napisanej przez giganta ilościowego fikcji politycznej, jest były prezydent Stanów Zjednoczonych - Bill Clinton, mniej znany z zasług dla kraju, bardziej z efektownego romansu ze stażystką oraz konieczności zmierzenia się z groźbą zrzucenia z urzędu, zwanego przez Amerykanów impeachmentem.

Tutaj nie ma przekłamania i przesady, patriotyzm w wydaniu amerykańskim jest właśnie taki, jak ten z powieści Pattersona. Nadęty, pompatyczny, nie znajdujący skazy w człowieku, którego naród namaścił na swojego lidera. Nie należy zatem ze zbytnią zaciętością piętnować propagandowej, miałkiej służalczości autora, pisze on bowiem tak a nie inaczej, ponieważ prawdopodobnie, jak miliony innych Amerykanów, szczerze w ten obraz miłości do kraju wierzy. Oni tak mają, tak mówią i myślą, tak okazują, i dla żadnego obywatela USA obraz prezydenta-zbawiciela świata nie będzie stanowił zaskoczenia. Gorzej z czytelnikiem polskim, u którego każda próba stworzenia ideału absolutnego, spotka się ze sprzeciwem. I myślę, że jedną z najistotniejszych kwestii decydujących o odbiorze i ocenie tej powieści będzie to, czy będziemy postrzegali opisaną postać jako "marvellowskiego superbohatera", czy też postawimy sobie bardzo realne i precyzyjne pytania o sens powielanych przez Pana Pattersona wzorców amerykańskiego ideału.

Temat nie jest odkrywczy. Niestety, chce się powiedzieć, że to wszystko już było. O wirusach komputerowych, o zagrożeniu techno terrorystycznym właśnie w takim, nieco innym od powszechnego wydaniu, o nieustannym zagrożeniu ze strony wielkich i mocarnych krajów.
"Jednym z największych paradoksów współczesności(...) jest to, że dzięki kolejnym postępom cywilizacyjnym ludzie są coraz bardziej potężni, lecz równocześnie coraz bardziej bezradni. Im większa potęgą, tym bardziej jest się wrażliwym i narażonym na ataki.(...) Nasze społeczeństwo stało się stało się całkowicie uzależnione od technologii." (str.292)
Linia dobrych i podejrzanych (złych): Stany Zjednoczone-Rosja-Chiny-Korea Północna, została już wielokrotnie opisana w formie dokumentalnej jak i fikcyjnej. Każdy z nas widział też choć jeden film o nieustannie panującym miedzy mocarstwami napięciu i o tym jednym bohaterze, który z ranami postrzałowymi, będącymi w stanie powalić byka, bądź umierając na śmiertelną chorobę, uratuje od nieszczęścia zagrożony kraj, nawet świat. Uratuje i będzie z tego czerpał chwałę, wciągając w ostatniej scenie na maszt flagę i odśpiewując z ręką na sercu znany w każdym zakątku świata hymn. Rzecz jasna treść, w każdej odsłonie zostaje nieco zmieniona, skorygowana, narysowana inną kreska i w nieco innych kolorach ale temu, że faktem pozostaje jego wtórność i nużąca przewidywalność, niestety zaprzeczyć nie można.

Byłabym niesprawiedliwa gdybym orzekła, że powieść "Gdzie jest prezydent" należy do nie wartej uwagi popularnej papki. Dostajemy tu bowiem mnóstwo wyjątkowo ciekawych informacji, które zwykle owiane są leciutką mgiełką tajemnicy, czy choćby niedopowiedzenia. To niewątpliwie zasługa współpracy z Billem Clintonem, który musiał posłużyć jako źródło informacji. To jego prezydencka przeszłość dostarcza nam tej rzadkiej wiedzy: począwszy od próbnych przesłuchań przed senacką komisją opisanych na początku książki, poprzez szczegółowe opisy naginania prawa, podejmowania decyzji i forsowania zmian niezbędnych do obrony lub ataku, aż po bardzo ludzki, ale też zdecydowanie precyzyjnie ukazany świat służb specjalnych, osób stanowiących "przyboczną" straż i doradców prezydenta, czy też po nazwanie miejsc, o których istnieniu mogą nie wiedzieć nawet zainteresowani polityką obywatele USA. 
"Nigdy dość nie podkreśla się ogromnych zasług agentów Secret Service, którzy codziennie narażają - lub tracą - własne życie, by mnie chronić. Robią to, czego normalnie nie zrobiłby nikt zdrowy na umyśle: nie uciekają przed kulami, tylko wręcz wchodzą w ich tor. (...) w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto wykonują swoją pracę wzorowo i nigdy się ich za to nie chwali". (str.202)

Akcja powieści Pattersona nie pozwala też na permanentna nudę. Nie wiadomo kim są terroryści, nie wiadomo jak daleko się posuną, i czy w ogóle są terrorystami. Rozdział po rozdziale zastanawiamy się, czy bohaterowie podołają zagrożeniu "Wiekami ciemnymi", czy niezwykle inteligentne kobiety z otoczenia prezydenta pokonają upór i "buraczaną" prostotę polityków gotowych ściąć wiele głów dla kolejnej kadencji w parlamencie. Wreszcie, czy walczący z własnym organizmem prezydent będzie w stanie dodatkowo pokonać także złych, zagrażających jego ukochanemu krajowi ludzi? 
"To walka, którą toczymy od początku świata. 'My' kontra 'oni'. W każdym miejscu i czasie jednostki, rodziny, klany i całe narody zmagały się zn problemem 'inni'."(str.137)

Niewątpliwym plusem jest znakomite zbalansowanie tego thrillera politycznego, w którym polityki nie traktuje się ani po macoszemu, czyniąc z niej jedynie mało istotne, relacjonowane tło, ani też nie czyni z niej ciężaru leksykalnego, nie pozwalającego czytelnikowi przebrnąć przez dialogi skupione na funkcjonowaniu państwa w momencie, gdy rozchwiana polityka wewnętrzna niebezpiecznie splata się w czasie z zewnętrznym zagrożeniem.

Nie można powieści Pattersona zarzucić braku rytmu, ciekawej akcji, szybkości równej miarowemu truchtowi. Nie można językowi odmówić plastyczności, świetnego słownictwa i znakomicie łączących się w całość sprawnie prowadzonych dialogów i nie nużących opisów. Niestety, nie da się też w trakcie lektury pozbyć wrażenia wtórności, zniechęcenia nagromadzeniem czołobitności w stosunku do ludzi z samej góry władzy, poczucia propagandowości fragmentów, w których służba ojczyźnie wynoszona jest do poziomu boskiego namaszczenia.

Warto przeczytać "Gdzie jest prezydent" dla ciekawych informacji, zapoznania się ze światem bocznych uliczek polityki, także dla momentów, w których empatia każe nam współczuć ale i mocno wspierać bohaterów, walczących zarówno z zagrożeniem, jak i własnymi słabościami oraz przepełnionych chęcią rozwinięcia nad ukochanym narodem parasola ochronnego.
Ale czy tę powieść czytać trzeba? Czy ktoś, podobnie jak ja, nie zacznie po 200-300 stronach sarkać na hymny pochwalne oraz przegadanie wątków, które powinny nas nieść akcją a nie domniemaniem jej nastąpienia? Tego nie wiem.
Dla mnie jest to rzemiosło. Solidnie wykonana usługa na dobrym poziomie, zawsze gwarantowanym nazwiskiem Patterson.


Wydawnictwo: Znak, 2019
Tytuł oryginały: The President Is Missing
Tłumaczenie: Karolina Rybicka
Liczba stron: 539

Dziękuję wydawnictwu Znak za przedpremierowy egzemplarz recenzencki.

czwartek, 3 stycznia 2019

O kłębowisku podejrzeń.

"Żmijowisko" Wojciech Chmielarz  8/10


Ból potrafi bawić się człowiekiem jak marionetką. Potrafi zmienić jego czyny w niepojęte zachowania. Potrafi wdeptać go w ziemię i pozbawić tchu. Potrafi nałożyć mu maskę obojętności, a wnętrze rozpalić do czerwoności. Ból do zdradzie, kłamstwie, oszustwie. Ból po wykpieniu. Ból po własnych czynach godnych srogiej pokuty. Ból bo niekochaniu i byciu niekochanym. Po przedwczesnych decyzjach. Ból po poczuciu zmarnowania życia i uczuć. Wreszcie ból po stracie dziecka... i ból po własnym bólu... "Żmijowisko" daje nam wszystkie jego odmiany zamknięte w jednym sercu, jednej osobie. A na deser, dokłada wszystkie możliwe boleści ludzkie, nie ujęte w tej jednej postaci głównego bohatera w osobach mu towarzyszących, tworzących tło, zmieniających postrzeganie. Tak jak nazwa maleńkiego siedliska, jak nazwa miejsca gdzie kotłują się niczym żmije niedobre emocje, tak "Żmijowisko" stanowi kłębowisko stereotypów, nietolerancji, prostactwa w osądzaniu. Ot, agroturystyka okiem Wojciecha Chmielarza.

Ojciec, który traci dziecko może pracować nad zapomnieniem. Może uznać, ze jego rola jest skończona, gdy ostatnie podpisy składają policjanci, świadkowie i prokuratorzy. Gdy padają słowa, że na odnalezienie córki żywej, szanse są już bardzo nikłe. Może też nie ustawać w poszukiwaniach, lub choćby pielęgnowaniu dawno przygasłą nadzieję. A najczęściej będzie tracił zmysły, kilogramy, i drobina po drobinie, poprzednie życie. W ramach poszukiwań, w ramach fizycznej zapłaty za ludzkie chęci i życzliwość, w ramach niezgody na pustkę. A może jeszcze w ramach wielkiej tajemnicy, w ramach niepojętych, głęboko ukrytych niedopowiedzeń?
"Nagle, zupełnie nieoczekiwanie dla samego siebie, zaczął wrzeszczeć. Wrzeszczeć z całych sił. Najgłośniej, jak potrafił. Tyle, ile miał powietrza w płucach. I wrzeszczał. Wrzeszczał tak długo, aż jego struny gardłowo odmówiły posłuszeństwa i wrzask zmienił się w ciche, pełne żałości i smutku rzężenie." (str.323)
Matka, która traci dziecko chce wiedzieć. Chce ująć jego głowę w ręce i jeszcze raz usłyszeć jego oddech. Albo nie usłyszeć. Ale przynajmniej zamknąć mu oczy, pochować. Powiedzieć swej córce: dobranoc. Matka traci zmysły, nie widzi innych dzieci, mężowi wierzy a potem już nie... bo i on kłamie, z bólu lub niespełnienia. Ze zmartwienia lub braku sił. 

Gdy do maleńkiego Żmijowiska, w rok od zaginięcia córki wraca Arek, łączymy się z nim w cierpieniu i kibicujemy mu całym sercem w poszukiwaniach, ale i w pokonywaniu niechęci innych letników. Ta niechęć to pokłosie wypadków, które wydarzyły się w rodzinie Arka w ciągu minionego roku. Podobnie jak jego znajoma z poprzedniego pobytu - egzotyczna modelka i dziennikarka Adaome, zaczynamy wspierać go w dążeniu do odkrycia tajemnic, które pominięto, odszukujemy detale, które zbyto milczeniem lub przegapiono, ruszamy w leśny świat, zanurzamy się w błotniste dni jeziora. 
"Gdyby był kobietą, podeszłaby do niego i uściskała. Ale nie był, a ona nie miała pojęcia, jak zareagować, jakim gestem go pocieszyć, jakie słowa wypowiedzieć. Żeńską żałobę zawsze przeżywa się wspólnie, całą rodziną - z siostrami, córkami, ciotkami. Kobiety wiedzą, że w takich chwilach trzeba być razem, że czas może leczy rany, jednak tylko wspólna troska pozwala się im ostatecznie zabliźnić. Męską żałobę kwituje się suchymi kondolencjami i krótkim uściskiem dłoni. Później pozostaje samotność."

Wojciech Chmielarz proponuje nam podróż przez domysły i zaskakujące rozwiązania aż trzema torami. Prócz typowych Wtedy i Teraz, dopuszcza nas do rozmów, wydarzeń, tajemnic i walk, które rozegrały się Pomiędzy, które ukształtowały moment, od którego autor zaczyna snucie opowieści. 
Znajduje też sposób na wpuszczenie nas bocznymi drzwiami, w sposób nienachalny, nie pozbawiający prozy płynności i wartkości, w życie innych bohaterów. Jest czas by zrozumieć postępowanie rozczarowanej Michaliny, by przyjrzeć się powodom uporu starego Szuwara, są momenty bo pochylić się nad dobrem Gospodyni i dać się zaskoczyć skrywaną agresja Gospodarza. 
Jest wreszcie czas na nastolatków, na ich krnąbrność, histerię, pomysły przekraczające nasze wyobrażenie, łatwowierność. Czas na uleganie podszeptom zepsutej dziewczyny, by wyjść poza stereotyp 'wieśniaka', czas na spełnianie zachcianek, ale i na koszmarnie typowe dla nastoletniej naiwności przyznawanie się do czynów niepopełnionych. 
"Czy tak naprawdę na tym ma polegać dorosłe życie? Na ciągłym poprawianiu wszystkiego i nieustających rozczarowaniach..."

Autor posiadł niezwykły dar kręcenia literackich piruetów w sposób nie pozwalający na zastanowienie, na nadążanie za własnymi podejrzeniami. Zanim zdążymy się upewnić, kto jest winny, zanim sami sobie przytakniemy, autor już znajduje dla niego alibi albo... co jest dla mnie zabiegiem fenomenalnym, każe nam wątpić we własne, wysnute wcześniej osądy. Językiem codziennego życia, slangiem młodzieżowym, pijackimi okrzykami i babskimi pogaduszkami, autor nie pozwala ani na chwilę wyjść poza ramy kreowanej przez niego rzeczywistości. Przerzucając nas ponad trzema czasoprzestrzeniami, zmusza nas do nieustannej uwagi, czytania inteligentnego i skupionego na detalach. Niezwykle sprawne jest pisarstwo  Wojciecha Chmielarza, niezwykle równe, znakomite językowo i przykuwające uwagę w stopniu niemal drażniącym momentami, gdy trzeba książkę na chwilę odłożyć. 
Rewelacyjna, pełna zwrotów akcji ale też wielkiej elegancji proza. Co w przypadku Pana Chmielarza, który już jakiś czas temu wyniósł kryminał ponad pewien utarty, zwarty stereotyp, przestaje powoli dziwić. Pozostaje czekać na kolejną rewelacyjną powieść. Tymczasem szczerze polecam "Żmijowisko". 

Wydawnictwo: Marginesy, 2018
Liczba stron: 480 (ebook w formacie EPUB: 371)