"Milion nowych chwil" Katherine Center 7/10
Życie
bywa usłane różami, otoczone materacami łagodzącymi każdy upadek,
skonstruowane z wydarzeń będących spełnieniem marzeń, wypełnione ludźmi,
którzy przychylają nam nieba. Albo nie.
Czasem brakuje tylko jednego z tych elementów a wtedy, z pomocą ludzi i łaskawego losu, wszystko wraca na swoje tory a my otrzymujemy kolejną, wartą zapamiętania lekcję. Albo nie.
"Milion nowych chwil" zawdzięcza swój tytuł nowemu początkowi, życiowym zmianom, które sugerowane od pierwszych stron powieści, jak i przez kolejne wydarzenia, stanowiły będą nie koniec, ale początek dojrzałości, samostanowienia, akceptacji poniesionych strat. Nim jednak do nich dojdzie, Katherine Center obarczy swoja bohaterkę trudnościami, które momentami nawet trudno jest nam sobie wyobrazić.
Gdy spada się ze schodków, często kończy się potłuczeniami, które czas, jak to czas, szybko zagoi nie pozostawiając śladu. Natomiast gdy spada się z wysokiej drabiny, a taką jest punkt wyjściowy opowieści, wtedy upadek bywa traumatyczny, ogromnie bolesny, zamykający drogi ku wymarzonej przyszłości. I dokładnie tak Margaret odczuwa to, co zdarza się w środku jednego z najwspanialszych dni jej życia.
Przed nią wyśnione, wycięte z reklamy życie pięknej i bogatej żony, spełniającej się także na polu zawodowym, żyjącej w kochającej się, choć nie pozbawionej wad rodzinie. Tak myśli jeszcze chwilę przed wypadkiem. Jeszcze sekundę przed nim.
"...poraziła mnie myśl, że wszystko na co czekałam, skończyło się, zanim zdarzyło się zacząć." (str.31)
Autorka dostarcza swej bohaterce wrażeń, które wystarczyłyby dla kilku żywotów. Daje jej strach, ból fizyczny, bawi się jej nadzieją, wreszcie, odbiera wsparcie ukochanego i stawia na przeszkodzie rodzinne problemy.
"Teraz stać mnie było, i to z trudem, tylko na oddychanie. Oddech po oddechu. Jedno dni lepsze, drugie gorsze. Ale powiedzmy sobie otwarcie: nie miałam niczego, niczego, na co mogłabym czekać." (str.216)
Na szczęście, obdarza ja także cechami, które pozwalają Margaret wybrnąć z każdej, najbardziej dramatycznej sytuacji. Nie odbiera jej poczucia humoru, determinacji, woli walki i umiejętności przyjmowania nowych uczuć.
Cóż... niektóre z sytuacji wygładzonych przez autorkę budziły mój sprzeciw, jako że tak silne osoby są omalże niespotykane, a niektóre zwroty akcji, banalne i przewidywalne, zostały wyjęte z krainy "dziewczyńskiego" pojmowania świata i miłości. Ale przecież wiedziałam po jaki sięgam gatunek. Powieść obyczajowa, skłaniająca się po walecznej pierwszej części w stronę typowego romansu, musiała mi zaoferować całuski, cukiereczki i ciasteczka. Z tym, że tutaj należy oddać Pani Center, że wiedziała, która łyżeczka cukru przesłodzi danie i który stworzony przez nią obraz każe nam patrzeć w tęczę o jedną chwilę za długo.
W prostej opowieści o tym, że warto wierzyć, że w życiu możliwe jest
wszystko, że nie można tracić nadziei, że najważniejsza jest miłość,
autorka pokazała nam, jak cenna jest w dramatycznych chwilach rodzina,
jak miałkie są powody naszej rozpaczy w porównaniu z tym, z jakimi
tragediami może przyjść się mierzyć człowiekowi.
Książka mówi o sile miłości ale i o sile własnych marzeń, o odwadze w dążeniu do celu, o akceptowaniu tego co nieuniknione.
Banalne? Oczywiście. Przecież to taki gatunek. Ale jeśli mam komuś, kto rzadko sięga po obyczajówki polecić książkę, która nie utwierdzi go w przekonaniu, że ten gatunek należy do "marnowaczy czasu", to chyba zaryzykowałabym z "Milionem nowych chwil". Może tak jak ja, zapamiętałby zdanie, tyleż proste co optymistyczne: "Są różne rodzaje szczęśliwych zakończeń".
Wydawnictwo Muza, 2019
Tytuł oryginału: How to Walk Away
Tłumaczenie: Anna Rajca-Salata
Liczba stron: 416
Dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.
Czasem brakuje tylko jednego z tych elementów a wtedy, z pomocą ludzi i łaskawego losu, wszystko wraca na swoje tory a my otrzymujemy kolejną, wartą zapamiętania lekcję. Albo nie.
"Milion nowych chwil" zawdzięcza swój tytuł nowemu początkowi, życiowym zmianom, które sugerowane od pierwszych stron powieści, jak i przez kolejne wydarzenia, stanowiły będą nie koniec, ale początek dojrzałości, samostanowienia, akceptacji poniesionych strat. Nim jednak do nich dojdzie, Katherine Center obarczy swoja bohaterkę trudnościami, które momentami nawet trudno jest nam sobie wyobrazić.
Gdy spada się ze schodków, często kończy się potłuczeniami, które czas, jak to czas, szybko zagoi nie pozostawiając śladu. Natomiast gdy spada się z wysokiej drabiny, a taką jest punkt wyjściowy opowieści, wtedy upadek bywa traumatyczny, ogromnie bolesny, zamykający drogi ku wymarzonej przyszłości. I dokładnie tak Margaret odczuwa to, co zdarza się w środku jednego z najwspanialszych dni jej życia.
Przed nią wyśnione, wycięte z reklamy życie pięknej i bogatej żony, spełniającej się także na polu zawodowym, żyjącej w kochającej się, choć nie pozbawionej wad rodzinie. Tak myśli jeszcze chwilę przed wypadkiem. Jeszcze sekundę przed nim.

Autorka dostarcza swej bohaterce wrażeń, które wystarczyłyby dla kilku żywotów. Daje jej strach, ból fizyczny, bawi się jej nadzieją, wreszcie, odbiera wsparcie ukochanego i stawia na przeszkodzie rodzinne problemy.
"Teraz stać mnie było, i to z trudem, tylko na oddychanie. Oddech po oddechu. Jedno dni lepsze, drugie gorsze. Ale powiedzmy sobie otwarcie: nie miałam niczego, niczego, na co mogłabym czekać." (str.216)
Na szczęście, obdarza ja także cechami, które pozwalają Margaret wybrnąć z każdej, najbardziej dramatycznej sytuacji. Nie odbiera jej poczucia humoru, determinacji, woli walki i umiejętności przyjmowania nowych uczuć.
Cóż... niektóre z sytuacji wygładzonych przez autorkę budziły mój sprzeciw, jako że tak silne osoby są omalże niespotykane, a niektóre zwroty akcji, banalne i przewidywalne, zostały wyjęte z krainy "dziewczyńskiego" pojmowania świata i miłości. Ale przecież wiedziałam po jaki sięgam gatunek. Powieść obyczajowa, skłaniająca się po walecznej pierwszej części w stronę typowego romansu, musiała mi zaoferować całuski, cukiereczki i ciasteczka. Z tym, że tutaj należy oddać Pani Center, że wiedziała, która łyżeczka cukru przesłodzi danie i który stworzony przez nią obraz każe nam patrzeć w tęczę o jedną chwilę za długo.

Książka mówi o sile miłości ale i o sile własnych marzeń, o odwadze w dążeniu do celu, o akceptowaniu tego co nieuniknione.
Banalne? Oczywiście. Przecież to taki gatunek. Ale jeśli mam komuś, kto rzadko sięga po obyczajówki polecić książkę, która nie utwierdzi go w przekonaniu, że ten gatunek należy do "marnowaczy czasu", to chyba zaryzykowałabym z "Milionem nowych chwil". Może tak jak ja, zapamiętałby zdanie, tyleż proste co optymistyczne: "Są różne rodzaje szczęśliwych zakończeń".
Wydawnictwo Muza, 2019
Tytuł oryginału: How to Walk Away
Tłumaczenie: Anna Rajca-Salata
Liczba stron: 416
Dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki.