Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

piątek, 19 lipca 2019

O sile, uporze i (oczywiście) miłości.


"Milion nowych chwil" Katherine Center  7/10



Życie bywa usłane różami, otoczone materacami łagodzącymi każdy upadek, skonstruowane z wydarzeń będących spełnieniem marzeń, wypełnione ludźmi, którzy przychylają nam nieba. Albo nie.
Czasem brakuje tylko jednego z tych elementów a wtedy, z pomocą ludzi i łaskawego losu, wszystko wraca na swoje tory a my otrzymujemy kolejną, wartą zapamiętania lekcję. Albo nie.

"Milion nowych chwil" zawdzięcza swój tytuł nowemu początkowi, życiowym zmianom, które sugerowane od pierwszych stron powieści, jak i przez kolejne wydarzenia, stanowiły będą nie koniec, ale początek dojrzałości, samostanowienia, akceptacji poniesionych strat. Nim jednak do nich dojdzie, Katherine Center obarczy swoja bohaterkę trudnościami, które momentami nawet trudno jest nam sobie wyobrazić.


Gdy spada się ze schodków, często kończy się potłuczeniami, które czas, jak to czas, szybko zagoi nie pozostawiając śladu. Natomiast gdy spada się z wysokiej drabiny, a taką jest punkt wyjściowy opowieści, wtedy upadek bywa traumatyczny, ogromnie bolesny, zamykający drogi ku wymarzonej przyszłości. I dokładnie tak Margaret odczuwa to, co zdarza się w środku jednego z najwspanialszych dni jej życia.

Przed nią wyśnione, wycięte z reklamy życie pięknej i  bogatej żony, spełniającej się także na polu zawodowym, żyjącej w kochającej się, choć nie pozbawionej wad rodzinie. Tak myśli jeszcze chwilę przed wypadkiem. Jeszcze sekundę przed nim.
"...poraziła mnie myśl, że wszystko na co czekałam, skończyło się, zanim zdarzyło się zacząć." (str.31)

Autorka dostarcza swej bohaterce wrażeń, które wystarczyłyby dla kilku żywotów. Daje jej strach, ból fizyczny, bawi się jej nadzieją, wreszcie, odbiera wsparcie ukochanego i stawia na przeszkodzie rodzinne problemy. 

"Teraz stać mnie było, i to z trudem, tylko na oddychanie. Oddech po oddechu. Jedno dni lepsze, drugie gorsze. Ale powiedzmy sobie otwarcie: nie miałam niczego, niczego, na co mogłabym czekać." (str.216)
Na szczęście, obdarza ja także cechami, które pozwalają Margaret wybrnąć z każdej, najbardziej dramatycznej sytuacji. Nie odbiera jej poczucia humoru, determinacji, woli walki i umiejętności przyjmowania nowych uczuć.

Cóż... niektóre z sytuacji wygładzonych przez autorkę budziły mój sprzeciw, jako że tak silne osoby są omalże niespotykane, a niektóre zwroty akcji, banalne i przewidywalne, zostały wyjęte z krainy "dziewczyńskiego" pojmowania świata i miłości. Ale przecież wiedziałam po jaki sięgam gatunek. Powieść obyczajowa, skłaniająca się po walecznej pierwszej części w stronę typowego romansu, musiała mi zaoferować całuski, cukiereczki i ciasteczka. Z tym, że tutaj należy oddać Pani Center, że wiedziała, która łyżeczka cukru przesłodzi danie i który stworzony przez nią obraz każe nam patrzeć w tęczę o jedną chwilę za długo.
W prostej opowieści o tym, że warto wierzyć, że w życiu możliwe jest wszystko, że nie można tracić nadziei, że najważniejsza jest miłość, autorka pokazała nam, jak cenna jest w dramatycznych chwilach rodzina, jak miałkie są powody naszej rozpaczy w porównaniu z tym, z jakimi tragediami może przyjść się mierzyć człowiekowi.
Książka mówi o sile miłości ale i o sile własnych marzeń, o odwadze w dążeniu do celu, o akceptowaniu tego co nieuniknione.
Banalne? Oczywiście. Przecież to taki gatunek. Ale jeśli mam komuś, kto rzadko sięga po obyczajówki polecić książkę, która nie utwierdzi go w przekonaniu, że ten gatunek należy do "marnowaczy czasu", to chyba zaryzykowałabym z "Milionem nowych chwil". Może tak jak ja, zapamiętałby zdanie, tyleż proste co optymistyczne: "Są różne rodzaje szczęśliwych zakończeń". 


Wydawnictwo Muza, 2019 
Tytuł oryginału: How to Walk Away
Tłumaczenie: Anna Rajca-Salata
Liczba stron: 416

Dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki. 
 

środa, 10 lipca 2019

O artystach wśród oszustów.

 "Szwindel" Jakub Ćwiek  8/10


To dobry rok dla kryminału. Już drugi raz przychodzi mi pisać o książce, która wymyka się powszechnym opiniom na temat tego, co rządzi tym gatunkiem literackim, która zadziwia niezwykłością i daje powód do rozszerzenia pojęcia kryminał na pola mniej i bardziej sensacyjne.
To dobry rok dla polskiego kryminału. Miałam już szansę kilka razy popłynąć mrocznym, dusznym nurtem pełnym krwi, ciał i psychopatycznych zbrodniarzy, podanych w wysmakowany, wynikły z wielkiego talentu sposób. A teraz dostaję relację z poletka, które choć mniej krwawe, mniej unurzane w chorych pragnieniach, okazuje się być równie niebezpieczne, zbierające równie tragiczne żniwo. Proszę Państwa - parada oszustów od Jakuba Ćwieka.

"...czy nie jest tak, że dajemy się oszukiwać każdego dnia? Politycy, sprzedawcy w sklepach z fałszywymi wyprzedażami, dostarczyciele usług. Gdyby pan tylko zliczył te wszystkie małe przekręty i naciągnięcia, zdziwiłby się, o jakich kwotach mówimy." (str.197)"
Kiedy pierwszy raz, w moim przepełnionym anglicyzmami życiu, natknęłam się na określenie "con-artist" uznałam je za oburzające. Tak wielkie słowo, pełne piękna, odniesienia do sztuki, dla określenia zwykłych złodziei? "Szwindel" jest doskonałym przykładem na to, że moje oburzenie było bezpodstawne.
Jak widać na przykładzie bohaterów książki, potrzeba niebywałego talentu, wyśmienitej gry aktorskiej, umiejętności 'przepoczwarzania się', by ów świat oszustów pozostawał pod naszymi rządami, a nie my pod jego władzą. Wplecione w tekst zajęcia aktorskie, jak i postać osobistości znanej ze scen, są nieprzypadkowe, a nawet celowe. Bo obraz gry aktorskiej autor utożsamia z oszustwami, przez samych jego bohaterów określanymi jako "piękne".

Mikołaj przypadkiem dowiaduje się o śmierci kogoś, kto podawał się przez ostatnie dni życia za jego ojca. W liście jaki do niego trafia, znajduje się opis osoby, która wraz w ojcem stanowić miała parę najbardziej znanych gwiazd świata oszustów. Po konsultacji z partnerką, decyduje się zwrócić do owego człowieka i uzyskać spadek obiecany przez ojca. Nie będzie to jednak takie proste. Warunkiem uzyskania pieniędzy jest bowiem uczestnictwo w kolejnym 'pięknym' występie 'artystów'.
"...czy taką sytuację, gdy niespodziewanie dostaje się ogromną schedę po kimś, kogo w zasadzie się nie znało i nie czuło się z nim emocjonalnej więzi, można nazwać łutem szczęścia" (str.152)
Decyzja Mikołaja będzie miała na zawsze odmienić jego życie. Albo nie...


Puszczam oko do miłośników filmów "Iluzja", uśmiecham się do miłośników Houdiniego, bo jak wiadomo, w świecie podanym nam w "Szwindlu" nic nie jest jasne, nic nie jest jednoznaczne. Oszustwo kryje się pod oszustwem, a najbardziej uczciwe osoby okazują się być tylko sprawnymi aktorami.

Jakub Ćwiek, będąc już przecież doświadczonym pisarzem, nie ograniczył swojej książki do opowiedzenia pewnej zawikłanej historii. Między wierszami zgrabnej opowieści o oszustach, przestrzega nas przed banalnością drobnych ale i wielkich kłamstw, łatwością z jaką wprawny oszust mógłby wtargnąć w nasze życie.
Dołączona do książki zaślepka na kamerkę laptopa to zwrócenie uwagi na tylko jedną z naszych codziennych nieostrożności. Okładka i odniesienia do niej przez kolejnymi częściami książki, stanowiącymi etapy oszustwa, to obraz tego, czym naprawdę jesteśmy w świecie ogólnego dostępu do informacji - zwyczajną rybką, która sama siebie nabija na haczyk. To co robi con-artist to tylko odpowiednia manipulacja. 
"Jeśli coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to znaczy, że... nie jest prawdziwe."(posłowie, str.397)

Sami oszuści nie prowadzą u Ćwieka żywota płynącego szampanem i pachnącego różami. Życie, które toczą poza 'pracą', często przegrywa z agresją, ciągłym stresem, współzawodnictwem czy zazdrością. Pozornie spokojni, bawiący się światem młodzi ludzie, także podlegają prawom, które rujnują ich związki, rodziny, czasem odbierają nawet życie. Bo czy oszust, nawet artysta oszust, może być pewien, że któregoś dnia ktoś nie zechce się zemścić? Albo czy sami nie padną ofiarą zdolniejszego gracza? Życie to nie bajka, Proszę Państwa... Nawet życie artysty...

Wydawnictwo Marginesy, 2019
Liczba stron: 400
dziękuję portalowi czytampierwszy.pl

niedziela, 7 lipca 2019

O chłopcu i szpiegu.

"Fox" Frederick Forsyth 7/10

 

Czy prawdą jest, że osoby odmienne, z innym postrzeganiem świata, zmagające się z autyzmem, chorobą Aspergera, bywają geniuszami przeczącymi lekarskim diagnozom?
Trudno zliczyć, w ilu już książkach i filmach podążaliśmy z niedowierzaniem za "pięknymi umysłami".

Oto kolejna taka opowieść, dla której tło stanowi krótki epizod z życia niebywałego nastolatka o pseudonimie "Fox". Śmiem nazwać ten, nota bene główny wątek tłem, bowiem to, co serwuje nam w najnowszej książce Frederick Forsyth, to wedle moich odczuć zbiór niezwykle cennych, porywających informacji o świecie agencji wywiadowczych. 
"W branży szpiegowskiej wszyscy się znają. A przynajmniej słyszeli o sobie nawzajem. Studiują posunięcia przeciwników, tak jak mistrzowie szachowi analizują taktykę i charakter graczy, z którymi się zmierzą przy stoliku, gdzie bronią będą królowe i pionki." (str.300)
 

Prawdziwą politykę uprawia się w zaciszu gabinetów. Prawdziwe konflikty rozwiązuję się nocnym szukaniem kompromisów. Prawdziwe zagrożenia likwiduje się z pomocą snajperów lub umysłów, które pokonają każdą barierę. Takim umysłem dysponuje zamknięty w swoim świecie Luke, odmienny emocjonalnie brytyjski nastolatek. Okaże się on bronią o nieocenionej celności i skuteczności. Pieczę nad nim pełnić będzie wybitny emerytowany agent MI6 i inny wybitny znawca cyberprzestrzeni. Razem stworzą niezwykle delikatną, subtelną metodę wnikania w najgroźniejsze systemy komputerowe.
"... doktor jako jedyny potrafi zbudować pomost pomiędzy wrażliwym osiemnastolatkiem, który doskonale rozumie wirtualną rzeczywistość, lecz nie ma pojęcia o prawdziwym świecie, a znacznie starszym asem wywiadu, który zna i czasami stosuje sztuczki i sztuczki tego podstępnego świata, lecz cyberprzestrzeń jest dla niego czarną magią." (str.259-260)

Każde odniesienie do krajów sprzymierzonych, jak USA i Izrael oraz wrogich, jak Rosja czy Korea Północna, jest dla Forsytha doskonałą okazją do ukazania ogromu swej wiedzy na ich temat. Szpiegowski świat, podany punkt po punkcie, odsłania tajniki, które niekoniecznie znajdujemy w Wikipedii. Niektóre z tych, pisanych reporterskim językiem faktów imponują, inne omalże przerażają.
"Zapomnijcie o demokracji. To pozory i oszustwo, a Rosjanie tak naprawdę wcale jej nie chcą. Trzy filary władzy to rząd z tajna policją, wielkie pieniądze oraz świat przestępczy. Ten, komu uda się zawrzeć sojusz z cała trójką, może rządzić Rosja na wieki." (str.87)
 
Czytałam tę nowość od twórcy "Dnia szakala" czy "Akt Odessy" z zapartym tchem. Nie polecam jej wszystkim, ale miłośnikom polityki, dyplomacji, tajnych działań (do których i ja należę) polecam z pełnym przekonaniem!

 
Ps. Wydawnictwo Albatros, któremu dziękuję za egzemplarz recenzencki, ma w ofercie, równie efektownie wydane, poprzednie bestsellery Autora. Koniecznie do nich wróćcie, jeśli F.F. zdołał Was porwać znakomitym researchem, omalże reporterską drobiazgowością i poczuciem zaglądania w teczki, niedostępne dla zwykłych śmiertelników.

Wydawnictwo Albatros, 2019
Tytuł oryginału: The Fox
Tłumaczenie: Robert Waliś
Liczba stron: 352
 

czwartek, 4 lipca 2019

O czarach i zachłanności.

"Karmazynowy brzeg" Douglas Preston, Lincoln Child 8/10


"Niektórzy ludzie zwyczajnie wymykają się prostym wyjaśnieniom. Podobnie bywa ze zbrodniami. To właśnie jedna z takich zbrodni."(str.132) 

Mordercy pchani do czynów chciwością, nie zważający na niewinne, przypadkowe osoby, niszczący cenne zbiory dla zachowania pozorów. Oszalały demon, więziony latami przez ludzi pielęgnujących absurdalne wierzenia, oszalały z chęci ujrzenia spełnionej obietnicy, dokonujący rzezi na oprawcach i niewinnych. Która z tych postaci budzi większy lęk, większy niesmak i oburzenie? Decyzja może sprawić ogromny problem. Chyba, że nie musimy jej podejmować. Chyba, że dostaniemy jedno i drugie w jednej powieści. Panie i Panowie, Douglas Preston i Lincoln Child zapraszają do tańca w zmiennym rytmie kryminału, thrillera i horroru.

"Karmazynowy brzeg" to tytuł książki wydanej w 2015 roku, ale właśnie wznowionej przez wydawnictwo Agora ze względu na ścisłe powiązanie z właśnie sprezentowana nam premierą sprzed zaledwie kilku dni. Zatem jeśli niebawem opowiem o "Obsydianowej komnacie", będzie to zjawisko jak najbardziej naturalne. Zanim jednak wyruszę ku wspomnianej komnacie, właśnie zamykam pobyt na niebywałym brzegu w prowincjonalnym amerykańskim miasteczku.

Znany z licznych, wcześniejszych tomów przygód Agent Pendergast, pojawił się w Exmouth w celu omalże rozrywkowym. Miał on bowiem, w towarzystwie tyleż niezastąpionej co tajemniczej Constance Green, rozwiązać zagadkę kradzieży kolekcji cennych win. Owo dalekie od nowojorskich dramatów zadanie, pełne niespodzianek, zawiłości i nagłych, rodzinnych odkryć, począwszy od trupa w ścianie, będzie przywodziło na myśl systematyczną, bardzo logiczna pracę Sherlocka Holmesa. 
Wrażenie wspierać będzie jeszcze niekonwencjonalny sposób ubierania się, wysławiania oraz reagowania tej niezwykłej pary. Ze stoickim spokojem przejętym od dwojga przyjezdnych będziemy wyciągali logiczne wnioski i wiązali odległe końce sznurka. W dwóch trzecich powieści stwierdzimy, że oto dostaliśmy w dłonie bardzo porządny, zgodny z prawami klasycznej twórczości kryminał, z lekka domieszką thrillera.
Nic bardziej mylnego.

Celebrując omalże zwycięstwo, agent i jego asystentka wrócą do kilku rzuconych mimochodem uwag, wspomnianych legend, do ruin położonego niegdyś nieopodal miasteczka Oldham. A potem już, jak twierdzą autorzy, "niezbadane są wyroki Lucyfera". Kryminał zmienia się w horror, akcja nabiera tempa, które omalże zapiera dech, a za plecami czają się czarownice, miejsca kultu i ogony przedziwnych stworzeń.

Wydaje się niespójne? Owszem, początkowo jest. Ale gdy przychodzi łączyć zamiłowanie do faktów Prestona z horrorem, wszechobecnym w prozie Childa, bywa że potkniemy się o próg między nimi. Jednak stanie się to tylko po to, by na łeb na szyję pognać za wywołaną nagle tajemnicą. Dostrzegamy wcześniejsze napomknienia, słowa rzucone mimochodem, wywołane z przeszłości wierzenia zbyte machnięciem ręki, i właściwie sami siebie pytamy, jak mogliśmy sami nie ulec wątpliwościom, które skłoniły Constance do wywołania ciągu dalszego opowieści.
"I wiedziała, że tym razem jej opiekun się mylił - w miasteczku Exmouth działo się coś jeszcze, coś mrocznego, dziwnego, niepoddającego się racjonalnemu wytłumaczeniu, co wciąż pozostawało niewyjaśnione." (str.302)

To lektura zapewniająca doskonała rozrywkę. Można jej zarzucić wspomnianą, chwilową niespójność, gwałtowne zmiany gatunkowe czy nagromadzenie na ostatnich stronach zbyt wielu drastycznych opisów, dających wrażenie sięgnięcia po inną książkę. Ale ponad wszelakimi marudnymi słowami będzie stał fakt, że autorzy zadbali o to, by zakończyć opowieść w sposób tak nieoczywisty, pozostawiający tak wiele pytań i niedopowiedzeń, że nie sposób nie sięgnąć po kolejny tom. A ten na szczęście, dzięki temu niezwykłemu, jednoczesnemu wznowieniu i premierowemu wydaniu dwóch tomów, czeka już na półce. I zapewniam, że jeśli zaczniecie się raczyć tym dwupakiem, druga porcja nie będzie czekała długo. 

Wydawnictwo: Agora SA, 2019 (2015)
Tytuł oryginału:Crimson Shore
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Cykl: Pendergast (tom15)
Liczba stron: 420
 
dziękuję Wydawnictwu Agora za egzemplarz recenzencki

niedziela, 23 czerwca 2019

O kroku w chmury.

"Historie podniebne" Jakub Małecki  8,5/10


Pod moim nieba skrawkiem, co od krawędzi dachu do krawędzi, i od lewej przeszłej strony do prawej przyszłej, pod tym dzisiaj niebieskim jak oczy ufnego dziecka, zasiadł Jakub Małecki i opowiada. I nie jest w jego opowiadaniach ani niebiesko, ani leniwie czerwcowo, ani ufnie. Boleśnie jest, cicho i głośno, na wdechu jest, duszno, prosto przecież, a skrzywiona wychodzę z każdej ostatniej kropki.

Podniebny lot z umierającym ojcem, któremu radość przyniesie słodka wywrotka. 
"Oprócz zajmowanie się domem mama wychowywała dwóch synów: tatę i mnie. Tata był z nas dwóch tym młodszym." (str.10)
Pęd trzykołowcem przez Manilę, w której próżno szukać pocieszenia w kolekcjonowaniu światów i zadawanych w głowie śmierci. 
Fantastyczne Pająki, które rodzinnie rozpleniają głód i szaleństwo. 
"Potem wariowali. Kilka dni i nie dało się już z nimi zamienić ani słowa. Bełkotali tylko i gestykulowali, jakby coraz bardziej wściekli na samych siebie, jakby zakneblowani od środka." (str.35)
Apokaliptyczna, zapętlona wędrówka z zapachem rabarbaru w tle. 
Podzielone na osoby, z samotności zapraszanie w swój świat postaci zupełnie niezrozumiałych, martwych nawet. 
I jeszcze inne opowieści o wierze i niewierze w cuda, o synach, o ojcach, miłościach nieporadnych i straconych. I o listach do nieba.

Te "Historie podniebne" to siedem etiud z Małeckiego i jego wyobraźni. Niezdecydowania co do formy, gatunku, poszarpanej, puentowanej treści. Opowiadania, które ustępują dla mnie emocjonalnością długim formom, ale stanowią, przed kolejnym daniem głównym, niby drobne, ale jednak niezwykle smakowite pokuszenie. Opowieść po opowieści, te krótkie, bardzo odmienne wzloty, każą zbierać puzzle w jedno, niezmienne wrażenie, że talent Autora to rzecz od boga, od losu, a czasem i od manilskich strachów nie na lachy.


..."Tymczasem czuję, że się od samego siebie odrywam, i że się już z powrotem z tym wszystkim, co przeżyłem, nie zdołam skleić, że ta pustka w głowie już się nie wypełni, a skóra wokół wenflonu nie zabarwi z powrotem na kolor żyjącego człowieka."... (str.99)

Różnorodność, typowa dla Małeckiego prostota przechodząca w niebywale wnioski, zakończenia, zamykające sceny. I tak, miałam zostawić sobie "Historie Podniebne" na kiedyś, na letnie wieczory, podzielić może na przesmaczne, odrębne fragmenciki. No tak, miałam...

Wydawnictwo Sine Qua Non, 2019
Cykl: SQN Originals
Liczba stron: 160

środa, 19 czerwca 2019

O Polsce naszej powszedniej.

"Teoria opanowywania trwogi" Tomasz Organek  8/10




"Dobry kamuflaż to obietnica dostatniego życia oraz powszechnego szacunku." (str.24)

Czy tylko ja zauważam wśród czytelników niepohamowana niechęć do oświeceniowej wszechstronności? Zdajemy się przypisywać osobom z artystycznego świata konkretne, związane z początkiem ich medialnego istnienia miejsce, i z wytrwałością krytykujemy jakiekolwiek próby wtargnięcia na inne twórcze poletko. Wychodzimy z założenia, że po muzyku należy spodziewać się rozrywki współmiernej do jego brzmienia i koncertowej energii.
Tymczasem tutaj zamiast Organka - muzyka, dostajemy Tomasza Organka - znakomitego debiutanta literackiego. I będę, Drodzy Państwo, broniła jego "Teorii opanowywania trwogi" całym czytelniczym sercem.

Drogi pogodzonego z szarością codzienności, zrezygnowanego Borysa, i cholerycznie niegodzącej się na życiowe porażki Anety, krzyżują się już po raz drugi. Z platonicznej, szkolnej miłości, która kazała nazwać ją wiele mówiącym zdrobnieniem Nieta, Aneta stała się niespodziewanie, na kilka dni, całodobową towarzyszką bohatera. Osobą, która wyrywa go z codziennego marazmu prosząc, by towarzyszył jej w powrocie na rodzinny Wolin. Nie jest to powrót miło sentymentalny, wracają tam by kobieta mogła zamknąć pewien, nie przywołujący dobrych wspomnień okres w życiu.
"Rażące niedopatrzenie sprzed lat, okrutna niesprawiedliwość, zaniedbanie czy tak zwane zwykłe zrządzenie losu, stawiające matkę i córkę na rozbieżnych krańcach zdrowego rozsądku." (str.218)
Po drodze stanie się dramatycznie, będą pościgi, broń i gangsterzy, ale nazwanie tej książki kryminałem byłoby zdecydowanym nieporozumieniem. Jest to bowiem - pełna wewnętrznych rozterek, niechęci do współczesności i walki z samym sobą - powieść drogi, miłości i nieszczęsnego zatopienia się we śnie, który nie ma szans na przetrwanie na jawie. 
"Szła zima i było ciemno. Sny o miłości, sny niespełnione, sny dzienne, niedospane w nocy, niedostępne na jawie sny o sensie lub świętym spokoju, zdrowiu, pomyślności i dla dzieci, i dla siebie, i żeby to jakoś miedzy nami było, i żeby się powodziło, wszystkie one wymykały się z okolicznych domów zimn.a mgłą." (str.343)

Organek pisze znakomicie. Przeskakuje z zadumy w euforię, piętnuje językiem, który najlepiej oddaje krytykowane miejsca, stany, osoby, zaś o miłości, czy może nadziei na nią, pisze subtelnie, najpiękniej. Znajduje miejsce na zacytowanie lub wspomnienie Bukowskiego, Kerouaca czy Stachury. W zależności od rozdrapywanej rany obleka ją w nazwiska i obrazy z wielkiej sztuki, bawi się muzyką (a jakże) i literaturą. Będąc znakomitym obserwatorem naszej nieco gnuśnej, polskiej rzeczywistości ( jak w częściach "Święto" i "Niedziela") ma czas na wzburzony sarkazm, dojrzałe choć pełne żółci postrzeganie rzeczywistości.


Wypada powiedzieć zdanie, którym niektórzy bywają urażeni. To nie jest powieść dla wszystkich. To nie jest książka, jakiej mogliby spodziewać się fani muzycznej twórczości Organka. Nie będzie tutaj opowieści o celebryckim świecie ani chwalenia się dokonaniami płytowymi. Chociaż... dla osób, które z uwagą słuchają tekstów piosenek, oczywistym będzie połączenie głębi przekazu autora zarówno w krótkich, wyśpiewanych formach jak i w premierowej powieści.
Nie jest to też książka dla szerokich mas. To książka dla poszukujących Organka w Organku. Tych, którzy chcą rozwinięcia jego myśli w formie innej od dotychczasowych. I dla tych, którym nieobce jest zniechęcenie korpoświatem, współczesnością mającą nas - Anety i Borysów za nic, wieczna udręka niespełnionych planów rodzinnych czy uczuciowych. I pozwolę sobie wysnuć wniosek, że najbardziej jest dla osób, które jak ja dzielą z Tomaszem Organkiem lata urodzenia, rozumieją każdy cytat i odwołanie, a dodatkowo, jak pisze autor, wiecznie odbierają bolesne "lekcje etyki i moralności od dwudziestolatków". 
"Doświadczenie wprowadza niepotrzebny zamęt, każe babrać się w czymś tak nieprzyzwoicie ludzkim jak rozdarcie, niepewność, natura, dylemat, niuans, a na to przecież nikt nie ma czasu." (str.31)
Proszę o następną książkę Panie Tomaszu, to było znakomite doświadczenie.

Wydawnictwo W.A.B. (GW Foksal), 2019
Liczba stron: 352

dziękuję za egzemplarz Wydawnictwu W.A.B.

sobota, 15 czerwca 2019

O Alicji w krainie magii.

"Księżyc będzie pierwszym umarłym" Karina Bonowicz  8/10

Recenzja przedpremierowa.
Premiera: 19 czerwca 2019.

To książka, która pozwoliła mi przekroczyć kolejny czytelniczy próg. Ba, śmiem twierdzić, że nawet dwa progi jednocześnie. Jest to bowiem literatura młodzieżowa, której zwykle, moje zepsute doświadczeniem serce, z ironią pokazuje plecy. Co więcej, jest to fantasy, z którym każde poprzednie spotkanie kończyłam po zaledwie kilku stronach. A tutaj niespodzianka jakich mało. Czytając pierwszy tom serii "Gdzie diabeł mówi dobranoc" Kariny Bonowicz, bawiłam się znakomicie. I jeśli mam dla relaksu wybrać po stokroć powielane thrillery, oparte na znoszonych, obyczajowych, sztucznie pompowanych problemach albo tego typu sympatyczną i znakomicie napisaną opowieść z krainy przyległej czarom, ja wybieram "Gdzie diabeł mówi dobranoc".

Młodziutka Alicja
, trafia pod skrzydła nieco szalonej ciotki, zamieszkującej miejsce o frapującej nazwie Czarcisław, w rok po tragicznej śmierci rodziców. Śmierci, która okaże się nienadzwyczajna, wręcz typowa dla wybranych mieszkańców miasteczka, w którym przyjdzie jej odtąd mieszkać i chodzić do szkoły. Bardzo współczesna, daleka od wszelkiego rodzaju wierzeń, zawierzeń i religii nastolatka, z rezerwą podejdzie do rewelacji głoszonych przez znaczną ilość mieszkańców, w tym ciotkę.

To lekkie podejście zmieni Czarci Okrąg, bezwiednie narysowany na początku książki przez bohaterkę. Pozwoli on zatrzymać się, zastanowić nad zasłyszanymi rewelacjami, a potem stopniowo odkryć swoje pochodzenie, uwierzyć w moce, które wykpiwała i podążyć drogą, którą zgotował dla niej los. Ów los połączył w XI wieku przodków Alicji i jej czworga kolegów z klasy, tajemnym czarcim zaklęciem, którego przez wieki nie dane było odwołać kolejnym pokoleniom. 
"Jeżeli czwórka potomków założycieli pochodząca z jednego pokolenia opowie się przeciwko diabłu i odwoła rytuał odwołujący, klątwa zostanie złamana. Potomkowie zostaną pozbawieni magicznych mocy, a następne pokolenia będą już wolne od tego brzemienia." (str.61)
Tego, czy Alicja i pozostali 17-latkowie zdołają dokonać tego, co nie udało się przez poprzednie wieki, nie dowiemy się w właśnie czytanym pierwszym tomie, zatytułowanym "Księżyc będzie pierwszym umarłym", niemniej autorka rozbudzi w nas tak wielkie zainteresowanie, że podążymy z ochotą za kolejnymi częściami.

To, co tak przyciąga do tej czytelniczej nowości, to fenomenalne zgranie fantasy opartej na naszych, słowiańskich wierzeniach z poczuciem humoru i kpiną z traktowanych tutaj jako pokrewne, światowych romansów 'wampiro/strzygo/wilkołakopodobnych'. Kiedy tylko łapiemy się na chęci porównania, autorka zbija nas z pantałyku żartem, ironią, wyśmianiem owych podobieństw. Co zaś do wspomnianej słowiańszczyzny, to autorka bardzo rzetelnie posiłkuje sie innymi opracowaniami, sprytnie przemycanymi w rozmowach, listach, w momentach, gdy Alicja potrzebuje wyjaśnienia niejasnych dla niej sytuacji. Pojawiają się zatem wyjątki z "Religii Słowian" A. Szyjewskiego czy "Polskiej demonologii ludowej" L. Pełki.
Znakomicie zredagowany tekst rozbija na zdania momenty trwogi, budząc grozę i niepewność. Jest tu zatem miejsce dla każdego z uczuć, które czynią książkę porywającą lekturą.
"Alicja zacisnęła powieki.
Zaraz coś się wydarzy...
Zaraz...
Już za chwilę..." (str.560)

To naprawdę wyjątkowo dobrze napisana literatura rozrywkowa, idealna na letnie, pełne relaksu wieczory. Polecam spragnionym uśmiechu, bystrego żartu, lekkiego puszczenia oczka w stronę "Zmierzchu" i jemu podobnych, oraz odniesień do wierzeń, które nie są obce znawcom podań słowiańskich. I oczywiście zapraszam do sięgnięcia wraz ze mną po kolejne tomy. Mimo, że nadal pozostaję zaskoczona tak świetnym wrażeniem, jaką pozostawiła we mnie literatura zupełnie obcego mi gatunku.

Wydawnictwo Initium, 2019
Cykl: Gdzie diabeł mówi dobranoc. tom1
Liczba stron: 571

Dziękuję Wydawnictwu Initium za egzemplarz książki.
 
 

niedziela, 9 czerwca 2019

O ludzkiej przedziwności.

"Opowiadanie bizarne" Olga Tokarczuk 6/10 

 

Olga Tokarczuk zdobyła międzynarodowe uznanie dzięki pięknemu językowi, tworzącemu rozbudowane, kwieciste zdania, dzięki ciekawym formom opowieści oraz skupieniu się na uniwersalnych, szeroko pojętych ludzkich problemach. Nie jest inaczej w opowiadaniach, po które sięgnęłam w formie audiobooka.

Skoro opowiadania zostały nazwane "bizarnymi" należało spodziewać się czegoś innego, niezwykłego, odmiennego i odrębnego. I faktycznie tak jest. Opowiadania podane zostały w różnorodnych formach a ich treść daleka jest od obyczajowości powszechnie spotykanych krótkich form literackich. Przemierzamy z autorką ścieżki czasowe od dalekiej przeszłości, przez teraźniejszość, po wyimaginowaną przyszłość, futurystyczne wizje świata i społeczeństw.

Wspomniana już forma zaskakuje różnorodnością - od króciutkich, omalże kilkuakapitowych opowiastek, wręcz przypowieści, jak na przykład "Szwy" czy "Przetwory", przez opowieści snute nieco archaizowanych językiem w formie dziennika, relacji, jak "Zielone dzieci", aż po dłuższe opowieści skupione na, nie tyle wydarzeniach, co odczuciach bohaterów, jak w dwóch ostatnich opowiadaniach - "Góra wszystkich świętych" i "Kalendarz ludzkich świąt".

Wydawać by się mogło, że opowiadania autorki skupione
będą na treściach bliskich jej samej, miejscach jej znanych, doświadczeniach życiowych. I pomimo, że tak nie jest, że Olga Tokarczuk mocno odbiega od potocznie przyjętej normalności i powszedniości, najbardziej charakterystyczną cechą opowiadań znów zdaje się być uniwersalizm. 

Podobnie jak w innych nagrodzonych, czy nominowanych do nagród utworach autorki, esencję stanowi stawianie pytań, które są równie istotne dla całej ludzkości. Każdy naród, każdy pojedynczy człowiek, każda jednostka bez względu na wiek czy pochodzenie, mogłaby poczuć się zobrazowana, dotknięta, poruszona "Opowiadaniami bizarnymi". Tłumaczenia na inne języki nie odebrałyby im wartości i z pewnością zapewniłyby zrozumienie poruszanych w nich kwestii.


Opowiadania nie kończą się żadnymi wnioskami. Tu nie ma puent, nie ma morałów. Tutaj każdy zostanie zawieszony w zakończonym nagle finałowym punkcie opowieści. Sami sobie stawiamy pytania co dalej, co my i co bohaterowie zrobiliby w tej sytuacji, jaki byłby nasz następny krok, co wyniknęłoby z rozważenia takiego a nie innego rozwiązania problemu. Podoba mi się to niedopowiedzenie.
 
Podoba mi się też zupełna nieprzystawalność jednego opowiadania do drugiego. Natomiast przyznać muszę, że styl opowieści może wprowadzać niejakie zamieszanie w przyswajanie słuchanych czy czytanych opowiadań. To nie jest mój ulubiony styl, ciężko przychodzi mi przejście od dość prozaicznych dialogów do filozoficznych wywodów, akapitów wysyłających nas w całkowicie inne rejony pojmowania. Dygresje często wyrzucają nas z rytmu a ponowny powrót do narracji opisującej elementy zwykłego życia wymaga cofania się do poprzednich części, akapitów, które poruszały przerwane w pół myśli rzeczywiste życie postaci. Bardzo lubię książki skłaniające do refleksji, książki, które na obyczajowym tle opisują zanik wartości, odczłowieczenie, rozterki bohaterów, ich przemijanie. Niemniej sposób oraz proporcje w jakich Olga Tokarczuk łączy owe zastanowienia z obrazowaniem realiów, niekoniecznie sprawiają literacką przyjemność, wynikłą zwykle z płynności i łagodnego podążania za treścią. 

Forma audiobukoowa, gdzie każde opowiadanie czytane jest przez innego autora, jest zdecydowanie godna polecenia. Takie nagranie podkreśla brak powiązania pomiędzy poszczególnymi opowieściami a zmiana lektora powoduje to, co w tym zbiorze jest konieczne - zmianę nastawienia i nastroju odbiorcy. Dzięki temu, po odsłuchaniu wszystkich opowiadań ma się wrażenia, że przebrnęło się przez dziesięć dobrych, odrębnych opowieści nie zaś przez wielostronicowy zlepek niepowiązanych form literackich. Polecam wielbicielom autorki. 

Wydawnictwo Literackie, 2018
Wersja: audiobook, 6h 43min
Czytają: Kamila Kuboth-Schuchardt, Wiktor Zborowski, Mariusz Bonaszewski, Kamilla Baar-Kochacińska, Maciej Kowalik, Robert Jarociński, Danuta Stenka, Magdalena Cielecka, Filip Kosior oraz Olga Tokarczuk