Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

wtorek, 12 lutego 2019

O dorastaniu do Wiednia.

"Trafikant" Robert Seethaler 9/10 

 

Recenzja przedpremierowa.
Premiera książki 27 lutego 2019.


"Żmudnie wymacujemy drogę przez ciemność, żeby przynajmniej tu i ówdzie natrafić na coś przydatnego." (str.158)

Ile światów, ile odcieni kryje w sobie proste, ludzkie życie. Nawet, gdy należy do siedemnastolatka, który niewiele jeszcze wie o otaczającej go rzeczywistości. I zwłaszcza wtedy, gdy nagle rzucone jest w inne mury, ulice, a przede wszystkim inne od niedawnych czasy.

Świat Franza, bohatera książki Roberta Seethalera, był niczym niezmącona troskami dziecięca bajka. Pozbawiony obowiązków, konieczności dbania o przyszłość, troski o siebie, matkę i ich wspólne chwile, spędzane w pięknej austriackiej miejscowości położonej nad jeziorem. Kiedy jednak nieszczególnie moralnie poprawna "opieka" miejscowego magnata kończy się wraz z jego nagłą śmiercią, chłopak zmuszony jest wyjechać do stolicy. Kuszącego wielkością, tłumem i sławą Wiednia okresu przedwojennego.

I to właśnie tutaj, na progu sklepiku znajomego matki, rozpoczyna się prawdziwa opowieść pod tytułem "Trafikant". Opowieść o dojrzewaniu, odwadze, rozczarowaniach i nadziejach - zwykła ludzka droga. Opowieść barwiona w niektórych momentach niezwykłymi odcieniami - psychoanalizą, nazizmem, niepokojem, terrorem, tchórzostwem. A wszystko to w formie prostej niczym nasze ścieżki, a jednocześnie obfitujące w utrudniające spacer owymi ścieżkami, kamienie losu.

Pierwsza praca - najdziwniejsza z dziwnych, gdzie czytanie, obserwowanie, tkwienie w ciszy zdaje się wydawać większe plony niż fizyczne zadania. Pierwsza miłość ubrana w tyle zawirowań, ile tylko owo pierwsze zauroczenie może przynieść.
"Na skałach kobiecości roztrzaskują się nawet najlepsi z nas!" (str.88)
Pierwsze zderzenia ze złymi ludźmi, stereotypami i uprzedzeniami. I pierwszy strach przetkany brawurową odwagą, gdy staje się naprzeciw przytłaczającym, głośnym wulgaryzmem nazizmu, faszyzmu, szkalowania, wbijania w więzienne mury, oskarżania dla zasady, z zawiści.
"Obecne wydarzenia na świecie nie są niczym innym jak nowotworem, wrzodem ropiejących, śmierdzącym guzem dymieniczym, który wkrótce pęknie i wyleje swą odrażającą zawartość na całą zachodnia cywilizację." (str.157)

Franzowi będzie dane poznać dobro i zło, radość i strach, szaloną miłość i jej utratę, spokój uporządkowanej pracy i niezwykłość rozmów z człowiekiem obdarzonym największym ze współczesnych umysłów. Czeszka zawładnie jego wyobraźnią, by potem pokazać, jak miałkie są nadzieje młodego chłopca w zderzeniu z interesownością międzyludzkich związków. Wspaniały, godny podziwu i naśladowania pracodawca - Otto Trsnjek - pokaże mu jak wiele można zdziałać kilkoma słowami i z jaką dumą można obnosić kikut nogi "oddanej za wolność ojczyzny". Wreszcie, mieszkający po sąsiedzku Profesor Freud wciągnie młodego mężczyznę w zadumę i filozoficzne rozważania, o jakie młodzian sam siebie jeszcze całkiem niedawno nawet nie podejrzewał. 
"Mówią przecież, że p r a w d a  t o  p r a w d a  i  t y l e. Ale ja mówię, że właśnie tak nie jest! Przynajmniej u nas, w naszym błogosławionym mieście Wiedniu, jest tyle prawd, ile okien, za którymi siedzą ludzie, którzy w ich przekonaniu coś widzieli albo słyszeli, albo wywęszyli, albo jakoś o tym czy o tamtym wiedzieli. A co dla jednego jest słuszne, to dla drugiego największa głupota na tym bożym świecie i na odwrót." (str.272)

Tyle w tej książce tematów, tyle różnych odcieni, że aż rodzi się obawa o nadużywanie wyobraźni, o popychanie czytelnika w kierunku rozbudowanych, zawiłych rozważań. Otóż nic bardziej mylnego. Robert Seethaler, znany już polskim czytelnikom z fenomenalnego "Całego życia", jest bowiem mistrzem umiaru. Z prostotą, która nie ujmuje książce inteligencji ani obrazowości, autor opowiada niczym spotkany na ulicy Wiednia przechodzień, który chce podzielić się pewnym przeszłym doświadczeniem. Ze swadą, lekkością, ale też uderzając w czułe struny i wbijając w szpilki w najbardziej drażliwe miejsca, wskazuje dobro i niewinność i postawione naprzeciw nim cierpienie i niesprawiedliwość. Tyle tu stron, przy których uśmiech nie schodzi z ust, ile wykrzywionych grymasem niedowierzania akapitów. Prostota w formie zupełnie niezwykłej. 

"Trafikant" to dla mnie kolejny dowód na to, że Robert Seethaler należy do autorów wyjątkowo przeze mnie ukochanych - pisarzy, którzy obierają za cel zwykłe ludzkie życie, po czym rozbierając je na atomy wskazują jak bardzo one zwykłe nie jest.
 


Wydawnictwo: Otwarte, 2019
Tytuł oryginału: Der Trafikant
Tłumaczenie: Ewa Kochanowska
Liczba stron: 288

Dziękuję wydawnictwu Otwarte za przedpremierowy egzemplarz recenzencki.

poniedziałek, 4 lutego 2019

O parach luster.

"W odbiciu" Jakub Małecki 9.5/10

 

"Myślę sobie, że nawet jeśli każda historia ma wiele odbić, zawsze można wybrać to, w które się uwierzy." (str.299)


Dość nieśmiało sięga się na półkę "wstecz" jednego z ulubionych pisarzy. Trudno i z motywacją do pamiętania, że minęło 8 lat. Że pisarz, jak adept każdego innego zawodu dojrzewa, rozwija warsztat, doskonali się na własnych błędach. Uzbrojona w świadomość powyższych potencjalnych niedoskonałości sięgnęłam po "W Odbiciu". Dozuję sobie prozę Jakuba Małeckiego w momentach niespodziewanych, z nieco szaloną chronologią i nic. Proszę Państwa, nie mam na co utyskiwać, nie mam czego ganić. Mogę jedynie opowiedzieć, dlaczego znów uległam zachwytowi.

Mała ojczyzna, oddech zamknięty w czterech ścianach, wiosce nie większej niż kilkuminutowa jazda rowerem, ulicy, kilku przecznicach do przejechania dwoma zakrętami Słupi, czy wreszcie osiedlowe "pomieszczenie" Warszawy. To wszystko poletka, na których Jakub Małecki uprawia zadumę nad człowiekiem. Głownie nad jego słabościami, nad padaniem na kolana, gdy nie wystarcza już sił, nad proszeniem o pomoc tych, którzy sami owej pomocy oczekują. Świat, w którym straszne, nawet wiejące grozą jest tak realne, że płynie pomiędzy nami a kartkami niczym magia. Tak samo prawdziwe jak nieprawdziwe, tak samo ludzkie i spoza postrzegania. W "W odbiciu" - tak samo niewiarygodne jak oczywiste, tak samo pijane jak trzeźwe, tak samo sprawiedliwe w osądach zdrady i zaufania, jak w nich ułomne.

Ułożył nam autor opowieść w pary. Karola i Natalię zdusił korporacją naprzeciw niemocy zawodowej niespokojnego ducha motocyklisty. Pielgrzyma - "Króla Wódki" i jego dziewczyny - Kasie i Darię, zmierzył z alkoholizmem i walką z nałogiem, której prawie nigdy wygrać nie sposób. Potem, tego samego Pielgrzyma układa w porzucony tobołek z Gurlagą, by przywieźć ich ku granicy szaleństwa w trakcie takiego przecież zwykłego włamania... Panią Gienię i jej Romana obarczył chorobą, która w nazwie zaklętą ma śmierć.

I choćby nie wiem ile egoizmu wypływało z zachowań bohaterów, nawet gdyby z ich opętanych dusz wypełzała agresywna niechęć do miłości to właśnie ona - miłość, ratuje świat przed końcem, ratuje ulicę Długosza przed zapadnięciem się w nicość, a Polskę przez samobójstwem. Nawet kosztem odepchnięcia tej ratunkowej, miłosnej szalupy.

"Wydaje się wam, że wiecie, jak żyć i że znacie wszystkie odpowiedzi.
Nie wiecie i nie znacie. 
Wystarczy jedna bezsenna noc,
a umysł podpowiada wam to, co wyparliście z głów(...)" (str.122)
Zło w obrazkach, niedbałych rysunkach długopisem. Zło w wódce i "mordercy" pianisty. Zło, które zobaczyć mogą nieliczni, ci inni, ci patrzący inaczej, widzący dłonie zwisające z sufitu i śmierć najbliższego przyjaciela wbitego w barierkę. Ci cudem unikający śmierci, składani na powrót z kawałeczków kości i wiary we własną moc. I ci, którzy zasiądą na miejscu tamtego nieżyjącego przy pianinie, by snuć nutami nitki, na których resztką sił wisi strzępek poczciwego, ludzkiego życia.

Przeczytałam gdzieś, że ta książka jest o pijaku. O mój boże... jak bardzo ona o pijaku nie jest. Jak wiele zrozumienia dla pijaka w niej jest i jak wobec niego wiele zarzutów. Podobnie jak dla każdej innej ludzkiej istoty - zbyt pochopnej, zbyt drażliwej, zbyt łatwowiernej. Nie umiem opisać o czym jest książka, bo w przypadku powieści Jakuba Małeckiego nigdy tego uczynić nie umiem. Mogę jedynie ponownie powiedzieć, że życie w jego wydaniu jest ponownie tak samo straszne jak piękne, tak samo proste jak skomplikowane, tak samo zwyczajne i podobne do naszego, jak kompletnie do naszych wizji nieprzystające.


Spośród autorów wyjętych z ostatniej, sporej paczki, właściwie każdy mógłby poczekać, pomieszkać chwilę na półce. Niezbyt długo... dzień, tydzień. Ale nie On. Nie Jakub. Nie Małecki. Bo to nieważne, czy po przejściu ośmiu lat wstecz napiszę recenzję na trzy, siedem, czy poza skalę. Ważne, że kilkanaście minut po otwarciu książki przeczytałam: "Starzy ludzie uśmiechają się pięknie, podobnie jak dzieci. Ułomność ciała i ułomność umysłu powoduje, że uśmiech staje się szczery - ci zdrowi, w sile wieku, nie potrafią uśmiechać się w taki sposób. Ja też nie umiem". (str.17)
Powiedziałam na głos: ... przecież to jest niewiarygodne. I już wiem.
Proszę Państwa. Jakub Małecki. "W odbiciu". 2011. Dla mnie 2019. I zawsze.

Wydawnictwo: Powergraph, 2011
Seria: Kontrapunkty
Liczba stron: 304

sobota, 2 lutego 2019

O ratunku niesionym przyjaźnią.

"Podniebna pieśń" Abi Elphinstone  6/10


"Gdyby nadzieję można było rozpisać na nuty, pewnie brzmiałaby właśnie tak." (str.281)

Dzieci nie pragną ze sobą walczyć, chcą się ze sobą bawić, razem poznawać świat, wierzyć w magię, dobro, wybuchać razem śmiechem. Dzieci nie chcą walczyć z dorosłymi, chyba że wśród nich znajdzie się ktoś, kto pozbawi ich poczucia bezpieczeństwa, ochrony i bezwarunkowej miłości; chyba, że ktoś odbierze im rodziców. Dzieci nigdy nie są szczęśliwe w świecie, w którym zapomina się o magii, w którym stopniowo zanika "Podniebna pieśń", w którym nikt już nie wierzy w możliwość pokonania Królowej Lodu i podległego jej Plemienia Kłów.  

W świecie podzielonym na rozgniewane, wrogo nastawione plemiona, których członkowie to sami młodziutcy ludzie, trzeba uczyć się przetrwania, zbyt wcześnie dorosnąć i tęsknić. Trzeba ukrywać, jak młody Flint, wiarę w zdolności, wynalazki, w które tchnąć można magię, w przewagę myśli nad siłą. Wspinając się do swego kawałka ojczyzny wewnątrz drzewa, trzeba głęboko chować w sobie tęsknotę za uprowadzonymi przez złą królową przyjaciółmi i rodzinami. Nie ma dorosłych, pozamykani w zimnych murach zamku 'karmią' oni okrutną królową swoimi głosami. Przydają jej każdym dźwiękiem władzy, bardziej umacniają jej lodowe panowanie nad piękną krainą Erkenwald.
W głównej sali, zaklęta w pozytywkę, mała Essa zapomina czym jest świat, zapomina jak to jest decydować o zrobieniu kroku. Podświadomie jednak milczy, sprzeciwia się żądaniom królowej i jej szamana, podświadomie broni swego cennego głosu, choć sama nie do końca rozumie, na czym jego wyjątkowość polega. 
"W melodię tę Bogowie wlali najwspanialszą z możliwych magii, a ciebie, dziecko, wybrali abyś pewnego dnia, gdy nadejdzie mrok, odnalazła tę Pieśń i ją zagrała. Królowa Lodu natomiast chce wykorzystać Twój głos w służbie innej pieśni, pełnej czarnej magii, dzięki której zdobędzie władzę(...) a następnie pokona Bogów Niebios." (str.148)

Drogi dwojga młodych bohaterów, stworzonych przez Abi
Elphinstone, przetną się nagle, niespodziewanie i bynajmniej nie szczęśliwie. Rozejdą się ponownie w zderzeniu z wolą większości tylko po to, by poprowadzić młodych ludzi w dalszą, zupełnie już inną podróż. Nie sposób nie zacząć podążać wraz z nimi, ściskając palce za powodzenie wyprawy, w której zjednoczone siły ludzi, zwierząt i natury pozwolą autorce przypomnieć jak ważne jest współdziałanie, zaufanie, wiara w dobro. Jak ważna jest przyjaźń.

Autorka "Podniebnej pieści" rozciąga słowo przyjaźń na odmienne gatunki, typy ludzkie i zwierzęce, zachowania i sposoby wyrażania uczuć. Wiąże chłopca z liskiem i zależną od niego, niepełnosprawną siostrzyczką, łączy subtelną, delikatna dziewczynkę z dumną, waleczna orlicą, a na drodze obojga stawia człowieka-niedźwiedzia o sile ciała i woli nieporównywalnej z innymi. 
"Być może na tym polega istota bycia łowcą: nie na pokazie siły i zdolności, ale na cierpliwości i umiejętności słuchania natury oraz dostrzegania wszystkiego tego, czego ludzie w ogóle nie widzą." (str.109)
Nietypowa grupa przyjaciół będzie się mierzyła z niezwykłymi przygodami z pogranicza rzeczywistości i świata magii. Troska, tęsknota i żal przeplotą się z chęcią walki i uporem godnym największych wojowników.

Pani Elphinstone oddaje nam do rąk piękną ale i (za) długą, (za) drobiazgową opowieść o sile młodych ludzi, o sile dobra, o sile wiary w magię wspomagającą wielką przyjaźń. W długich opisach, powtórzeniach, rozciągniętych zdaniach skupionych na emocjach, gubi się nieco przesłanie - przestajemy czytać o czynach, by wrócić do nich w atrakcyjnej końcówce. Literatura dla dzieci nie powinna moim zdaniem aż tyle miejsca poświęcać samej pochwale wspaniałych cech, w zamian powinna ukazywać młodym czytelnikom do czego owa szlachetność prowadzi, co prócz fizycznej walki poprowadzić może ku zwycięstwu.

Czytam wiele książek dla dzieci i ta na pewno należy do napisanych najładniejszym, odpowiednim dla dzieci, płynnym i melodyjnym językiem. Gdy ułożymy na poduszkach siebie, naszą 'młodszą wersję genetyczną' i "Podniebną pieśń", otrzymamy w darze kilka niewątpliwie uroczych wieczorów. Jeśli zaś sam dziesięciolatek otworzy piękną okładkę, może nie podołać zbyt obszernej formie, pozbawionej zupełnie ilustracji, i mimo pięknej literacko formy i ciepłej, pełnej magii opowieści, odłożyć książkę. Jeśli nie z powodu znudzenia, to z powodu zwykłej, dziecięcej niecierpliwości. A może się mylę?

Wydawnictwo: Wilga, GW Foksal, 2019
Tytuł oryginału: Sky Song
Tłumaczenie: Agnieszka i Karol Stefańczykowie
Liczba stron: 318

Dziękuję wydawnictwu Wilga za egzemplarz recenzencki.

wtorek, 29 stycznia 2019

O duszy niepokornej.

"Grzesznik" Artur Urbanowicz  8/10



Człowiek to istota niepokorna, nawet wobec samego siebie. Poznawszy swoje słabości będzie się na nie narażał z nadzieją, że a nuż tym razem uda mu się uskoczyć przed niebezpieczeństwem. Znając swoje słabe strony, będzie rozwijał zdolności machając ręką na to, co kolejny raz może nieprzyjemnie go zaskoczyć... A przechodząc koło luster, które przyprawiają go o irracjonalny lęk, prawie zawsze w nie spojrzy. 
Oczywiście bywa, ze cały swój trud wkłada w opanowanie tego, co go niszczy, w pokonanie tego, co przed samym sobą czyni go niedoskonałym. Ale co wygra? Walka nad sobą czy poprzednie przyzwyczajenie dające spełnienie, moc, rozkosz, władzę?

Beztroski, bezkarny i bezlitosny - taki jest Suchy, szef suwalskiego podziemia. Gdy po latach nieobecności, wychodzi z więzienia jego poprzednik, bohater staje przed niezgodą na ustąpienie miejsca w hierarchii.
"Nic tak nie boli dumnego, pewnego siebie, uchodzącego za ważnego człowieka, jak umniejszenie go do roli mrówki. Jak brutalne ukazanie mu, że nikomu już na nim nie zależy. Zdegradowanie go do pozycji nic nie znaczącego śmiecia." (str.427)
Równocześnie staje przed ogromna obawa o zdrowie bliskich. Jeśli zaś chodzi o jego własne zdrowie, to pod znakiem zapytania staje przede wszystkim równowaga psychiczna.

Drażniąca obecność ludzi niedoskonałych miota nim na
równi z poczuciem obowiązku. Kocha rodzinę mimo utyskiwania, dba o swoich pracowników, spędza z nimi czas niczym z kolegami z biura. Pierwsze sto stron książki zdaje się być apelem do czytelnika: zobaczcie we mnie człowieka, sąsiada, samego siebie. Nieco rozwlekły wstęp nie sprawia bowiem wrażenia braku umiejętności zawiązania akcji, ale raczej pozwala nam na rozleniwienie, na wyobrażenie sobie, ze życie gangstera też może być nie tak złe jak sobie to wyobrażamy. Krok po kroku dochodzimy do momentu, w którym zaczynamy Suchockiemu kibicować, popierać jego irytację narzekającą matką czy wiecznie wpatrzoną w smartfona żoną. A gdy na polu bitwy pojawia się przeciwnik, który chce przywrócić porządki sprzed lat, niczym na meczu bokserskim krzyczymy dodając otuchy upartemu i ciągle pełnemu dumy bohaterowi.
Wreszcie, gdy na drodze Suchego pojawiają się demony, zjawy i wizje spoza tego świata także i my, wraz z nim, chcemy by okazało się to niczym, zwykłym powypadkowym zaburzeniem normalnego postrzegania świata.

Zaplątany między dobrem i złem, grzechem i pokutą, niebem a piekłem, mrokiem i ciemnością, Suchy przeżywa, jak to w horrorze, spotkania, od których włos jeży się na głowie a my ściskamy kciuki do krwi, kibicując temu, jakby nie było gangsterowi, którego podłe wyczyny to nic w porównaniu z tym, co właśnie go spotyka. 
"Nie potrzebował pocieszenia. Nie potrzebował klepania po plecach i zapewniania, że wszystko będzie dobrze. Nie potrzebował zrozumienia. Nie potrzebował ani nie chciał już niczego poza jednym - by cały ten koszmar wreszcie się skończył. By mógł się wreszcie zatrzymać, uspokoić i odpocząć. Wyłączyć się. Przestać się bać. By przestało go boleć coś, na co nie działał żaden lek przeciwbólowy. Dusza we własnej, niewidzialnej osobie." (str.245)
Wyobraźni autorowi odmówić nie można, nawet nie wolno!

Książka jest horrorem, ale osadzonym w gangsterskim świecie, sensacja przenika grozę, lekkie, prostackie wręcz, z racji środowiska w jakim się obracamy dialogi, łamane są wypowiedziami niezwykle elokwentnego mężczyzny w czerni. Człowiek w młodzieżowym, czarnym kapeluszu, który jak pisze sam auror "zamienił się na mózgi z Einsteinem", wyrzuca z siebie potoki informacji z pola psychologii, stosuje mnóstwo form manipulacji, ucieka się do przytaczania przykładów, którym zaprzeczyć nie sposób i które wciągają człowieka w wir zaciekawienia,nie opuszczającego i samego Suchego. 
"Każdy z nas jest tylko człowiekiem. Każdy z nas ma swoje słabości, czułe punkty, w które można uderzyć. Niewzbudzające zaufania, delikatne filary w konstrukcji jego osobowości, które można złamać zaledwie pchnięciem. Wbrew pozorom, ważne filary. Podtrzymujące wszystko w ryzach. I to takie, z których najczęściej nie zdajemy sobie sprawy.
Każdy z nas się czegoś boi. " (str.466)
Czy mężczyzna z przeszłości przekona Suchego do zmiany nastawienia i czy faktycznie chce powrotu do starych porządków?

Po zbyt może długim, skręcającym w obyczajowość wstępie, dostajemy dość emocji by oddzielić trzy inne dzieła. Co więcej, podane są one tak inteligentnie, tak zgrabnymi akapitami, że mknie się przez książkę bez tchu. A na koniec Drodzy Państwo dostajemy morał. Jednych ucieszy, innych nieco zrazi. Ja sama, należąca do osób sceptycznych, poczułam lekkie zażenowanie, gdy książka zaczęła zmierzać ku lukrowanemu, szczęśliwemu zakończenie. Ale... hola, hola! By zostawić furtkę dla lubiących morały, jak i dla tych, którzy w ich siłę nie wierzą, autor bezlitośnie wciska w to radosne, finałowe kwiecie cierń. Bardzo bolesny ale i bardzo trafny.
Polecam, dla mnie była to diabelnie dobra rozrywka na niebiańskim poziomie.

Wydawnictwo: GMORK, 2017
Liczba stron: 473

Bardzo dziękuję Autorowi za egzemplarz recenzencki.

czwartek, 24 stycznia 2019

O rasowej służbie.

"Bezpański. Ballada o byłym gliniarzu." Jakub Ćwiek, Adam Bigaj  7/10


Stereotypy każą nam powtarzać prawdy, półprawdy i nieprawdy. Także o mało nam znanych ludziach, zawodach, charakterach. Czasem u podstaw owych powtarzanych opinii leży ślad historii odbity na rodzinie, znajomych albo na nas samych. Czasem jest to zlepek drobnych szkiełek, tworzących bardzo krzywe lustro. Czasem są to zniekształcenia wynikłe, nie bójmy się tego przyznać, z zawiści, zazdrości, a może i wydumanej, zgodnej jedynie z aktualnymi trendami nienawiści?

Nie lubimy służb. Wprawdzie "za mundurem panny sznurem" ale niekoniecznie we współczesnej Polsce. Szczególnie za niebieskim. I tym z pamiętanym przeze mnie, nadal zgrzytającym w zębach piachem historii, napisem milicja, jak i tym z policyjnymi, bardziej współczesnymi oznaczeniami. Jakub Ćwiek, dzięki lekkości pióra, otwarciu na prawdę podaną z innej strony oraz umiejętność snucia opowieści na bazie... opowieści, powoduje, że zamknięte w "Bezpańskim" życie zawodowe (i nie tylko) Adama Bigaja - zasłużonej postaci wrocławskiej milicji i policji, bardziej nas przyciąga niż odpycha, bardziej interesuje niż kreuje w głowie inwektywy.

Człowiek, który całe życie związał ze służbą, postanowił już po wymuszonym zmianami politycznymi zakończeniu pracy, opowiedzieć o niej niczym o wielkiej przygodzie ale i przyczynku wielu przemyśleń. I postanowił uczynić to w formie spisanej "Ballady o byłym gliniarzu". Jakub Ćwiek, jak zwykle zapewniający niezwykłą lekkość i przyjemność czytania, był najlepszym z wyborów. To on uczynił z owego para pamiętnika książkę zbierającą niemal same pochlebne opinie.
Bo można o policjancie pisać jako o psie groźnym, wymagającym kagańca, krnąbrnym i niestałym w uczuciach, gryzącym rękę karmiącego, i można pisać o psie pracującym, służebnym, który w końcowym momencie życia jest jak ten wakacyjnie porzucony pies przy drodze, u sosny, sam - "Bezpański".

Adam Bigaj całe życie poświęcił pracy w organach mało lubianych, kiepsko opłacanych i regularnie opluwanych. Nie są te niepochlebne słowa ani typowo polskie ani jedynie dla owych służb zarezerwowane. Niemniej, odnosząc się do naszej ojczystej historii owych organów, trzeba zauważyć, że one same przez lata zapracowały sobie na taki a nie inny wizerunek pielęgnowany przez większość z nas. Tylko wstępując do milicji dziesiątki lat temu, można się było łudzić, że pociągnie to za sobą jakikolwiek szacunek społeczny i strach nieposłusznych prawu obywateli.
Adam to właśnie ten milicjant z czasów, gdy kundel z podwórka szedł pod mur posterunku, by tam pozostać dla swojego dobra, by uniknąć zła, by nie skończyć w rynsztoku.
"(...) ludzie z dawnego podwórka traktowali mnie teraz z dystansem, właśnie jak takiego bezdomnego dużego kundla, co siedzi na dzielnicy już od dawna, więc ludzie przyzwyczaili się do widoku. Czasem ktoś rzucił mu jakiś kąsek, ale na wszelki wypadek wszyscy omijali go, przechodząc na druga stronę ulicy, bo wie człowiek, co takiemu nagle odwali?" (str.87)
To potem ten milicjant, który wzorcowo się upijał, wykonywał porządnie obowiązki, żył w zgodnym stadzie i służył, podkreślam, służył dobru kraju i nas, prostaczków narażonych na złą, agresywna krew. Ten sam Adam to później policjant pnący się po szczeblach kariery, dokształcający się, oddany swojej pracy. Mamy bowiem w tej książce psa wprawdzie bezpańskiego ale rasowego, nie przypadkowego i nie nawykłego do spijania miody z trupów przeciwników politycznych, zawodowych czy światopoglądowych.

Opowieść początkowo brzmi niczym zlepek wspomnień okraszonych anegdotami, zabawnymi epizodami i spokojnymi relacjami ze znaczących wydarzeń i osiągnięć - wszak forma ballady zobowiązuje. Pan Ćwiek jednak umiejętnie łączy je z przemyconymi między codziennością a świętami, uczuciami autora opowieści. Jest tu miejsce na okazanie niechęci do pewnych osób sprawujących władzę, jest łagodne acz stanowcze odżegnanie się od Służby Bezpieczeństwa, jest subtelna pokora wobec osób powszechnie szanowanych jak Papież czy szefowie nie poddający się politycznym dyktatom. 
"(...)nie lubiliśmy się specjalnie z kolegami ze Służby Bezpieczeństwa. Podzielaliśmy w tym trochę pogląd narodu, choć nasze powody do tej niechęci były zgoła inne. W swoim przekonaniu esbecy byli od nas lepsi. Więcej, oni jedyni wykonywali ważną dla kraju służbę, my wszyscy mogliśmy dla nich jedynie warować, aportować, i gdy trzeba, dawać głos." (str.112)
Jest i żal, który spokojnie, zdawałoby się neutralnie opisuje niedocenienie, niesłuszne oskarżenia, brak zaufania czy szacunku.

Kłóci się powieść obu Panów z moim postrzeganiem polskich służb mundurowych z opisanych lat. Znam, także z doświadczenia i opowieści znajomych, ludzi mi bardzo bliskich, jak i samych policjantów i ich rodzin, specyfikę owego zawodu. Nie jest mi zatem łatwo przyjąć bez zarzutu opowieść Adama Bigaja. Zastanawia mnie, czy swobodę, miękkość i znakomitą łatwość czytania, przydaną temu "pamiętnikowi" przez Jakuba Ćwieka, poczytać za zaletę czy wadę.
Są takie książki, których ocenić obiektywnie nie sposób, bo historie w nich opowiedziane są nam zbyt bliskie lub zbyt mocno nie zgadzają się z naszymi przeżyciami czy przekonaniami. Ale jest to książka niewątpliwie dobra. A największą zaletą wydaje mi się być to, że po jej odłożeniu czytelnik zamyśli się na chwilę i zada sobie pytanie: Czyżby pies tez człowiek?
"(...) zacząłem się coraz bardziej frustrować, męczyć, i doszedłem do wniosku, że może wystarczy. Może już czas pójść śladem kolegów na zasłużoną emeryturę i odetchnąć trochę od czasem dławiącej obroży?" (str.407)
Polecam, ta inna strona medalu, daleka od psychologii tłumu, warta jest poznania. Czyta się ją z przyjemnością i lekkością pomimo że, jestem o tym przekonana, zawarte w niej drobiny polskiej srogiej historii z pewnością zapadną w pamięć. Jak i odważne zakończenie, które powie o służbie prawdę prawdziwszą niż wcześniejsze 400 stron.

Wydawnictwo: Marginesy, 2018
Liczba stron: 416 
(fot. w tle Marcin Polak)

wtorek, 22 stycznia 2019

O młynie z Syberią w tle.

"Powieść bez O" Judith W. Taschler  9/10


Dwa światy i ich bohaterki. Kobiety silne, często zdane na radzenie sobie z losem, który jawnie z nich kpi. Mężczyźni dwóch światów. Tego gdzie ból i cierpienie odbierają jakąkolwiek godność i tego, w którym lojalność wobec rodziny walczy z zapatrzeniem w siebie i nową miłością. Świat zmagania się z wychowaniem czwórki dzieci i fanaberiami męża. I ten, który przyjmujemy jedynie na kartach pamiętnika, bo wyobraźni brakuje na objęcie go rozumem.
"Jak je opisać, te godziny, tygodnie nędzy i całkowitej rozpaczy? jak wyrazić, że zmieniają się w miesiące i lata? 
Nie ma takich słów. Wszystko co tu piszę, brzmi banalnie". (str.256)
Współczesna nam Katharina to kobieta matka, żona, piękna gospodyni domowa. Rozpaczająca nad kolejnymi ciążami, a potem z nich dumna i szczęśliwa niepospolitością. Żona wierna i naiwna, niedostrzegająca, zbyt mocno ufająca. Wreszcie przejęta wielką tragedią, która według Judith W. Taschler wydarzyła się w najbardziej odpowiednim z niewłaściwych momentów. Dziwne, prawda? A jednak nie do końca, bo jako wielbicielka teorii efektu motyla sama twierdzę, że każdy z naszych dni zależy od jednej przeszłej chwili, jednego oddechu.

Do rąk Kathariny trafia przypadkiem, a może celowo, pewien rękopis i dalszą część opowieści piszącego, utrwalona na CD. To opis części życia, który oszałamia ją opisaną tragedią, bólem, fizycznym cierpieniem i mieszającą zmysły tęsknotą. 
"Maszyna do pisania działa jeszcze bez zarzutu. Tylko O stroi fochy. (...) 
Potrzebuję tego O. Bez O sie nie da.
Nawet Rosja nie da się napisać bez O. Rosja, która połknęła mnie na prawie dwadzieścia lat. Połknęła tez nie mógłbym napisać bez O. (...) Nawet twojego imienia nie mógłbym napisać: Ludovica." (str.52)
Rękopis spisany na maszynie z zepsutym klawiszem i zgrana z wywiadu opowieść, będą snuły się nutami wygranymi na fortepianie transportowanym przez Syberię, będę odbijały się od ścian kopalni uranu, będą przeprawiać się łódką i wpław w kierunku Alaski. Będą rozczarowywać sprzedajnością pozornych wybawicieli, będą uczyć tego jak zrozumieć dwadzieścia syberyjskich lat z dala od domu, bliskich i nadziei. Wreszcie, oszołomią także śmiercią.

Autorka nie uczyniła wyrwy pomiędzy współczesnym życiem Kathariny a relacją z Syberii spisaną przez Thomasa po powrocie do domu ojców. Poprzetykała je ciekawymi, czasem nieco zaskakującymi, czasem wstrząsającymi wyjątkami z życia pozostałych bohaterów. Wszak oboje mieli krewnych, przodków, bliskich znajomych. Wszak żyli życiem sprzed i po ich największych tragediach. Każda z tych opowieści to dodatkowy element układanki, który, jak łatwo się domyślić połączy Katharinę i piękną powojenna pianistkę Ludovicę, połączy Thomasa szaleńczo wyrzucającego wspomnienia z serca na klawisze starej maszyny z zepsutym klawiszem i niepokornego, egoistycznego męża Juliusa, którego śmierć okaże się, jak rzekła sama autorka, dobrze ulokowana w czasie.


Pani Taschler pisze pięknym językiem, dba o szczegóły, o obrazowość tego co okrutne i tego co zachwyca niespodziewanym pięknem i czułością. Pokazuje jak można ubierać kłamstwo w czułość, jak zazdrość potrafi doprowadzić do czynów godnych nienawiści. Doskonale zmienia styl opowieści dobierając go do autorów, słownictwo zaś przyklejając do czasów, miejsc i płci opowiadających. 
Wprowadzając kolejnych bohaterów dba o to, by czytelnik nie musiał podróżować wstecz odwracając kartki, wystarczy, że znów wyobraźnia poniesie go wraz z człowiekiem w odpowiednie miejsce. 

Jest tu syberyjska, niewyobrażalna tragedia młodych ludzi karanych za nic, jest pochylenie się nad losem młodych Austriaczek o żydowskich korzeniach, w tym tej, której muzyka będzie nam towarzyszyła w najsroższym mrozie i jest bardzo współczesne spojrzenie na codzienne troski. Wszystko zaś łączy pewien młyn, żółty domek namalowany na niewielkim obrazku wręczonym wraz z rękopisem.
Piękna historia, polecam.

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Tytuł oryginału: Roman ohne U
Tłumaczenie: Aldona Zaniewska
Liczba stron: 382

piątek, 18 stycznia 2019

O psach na uwięzi.

"Krew" Bartosz Szczygielski  8/10  

 

Odpoczynek bywa często ułudą, prowadzi nas na skraj tęsknoty za tym, od czego pozornie chcieliśmy odpocząć. Przy najmniejszej iskrze kojarzącej się z pracą, rodziną, miejscem pracy czy innym powodem, który przywiódł nas w miejsce odosobnienia, zaczynamy automatycznie oddawać się na powrót rozkoszy tego co znane, co schematyczne, dające pewność ruchów i myśli. I nawet, gdy odpoczywamy od traumatycznych przeżyć, coś zdaje się śmiać nam prosto w twarz i pokazywać, że wcale nie uciekamy, tylko oswajamy tęsknotę. By wrócić? 

Gdy po wstrząsającym zakończeniu pierwszej części cyklu, autor zdecydował się umieścić komisarza Gabriela Bysia w szpitalu psychiatrycznym, łatwo było ulec wrażeniu, że Bartosz Szczygielski chce nieco odsunąć od niego akcję, zwolni tempo, pozwoli sobie na wgląd w zbolałą duszę bohatera. I co zaskakujące, na początku wszystkie powyższe warunki wydają się być spełnione.
Wątek Bysia jest bowiem prowadzony leniwie, z wrażeniem snucia się nisko przy ziemi. Przytłaczająca seria opisów podana jest tak, by wzbudzić w nas wątpliwość, czy aby dziwne wydarzenia spotykające komisarza w tworkowskich ścianach i ich okolicach, nie są tylko wymysłem udręczonego, otumanionego lekami umysłu. 
"(...) Była dokładnie w tym samym miejscu co Gabriel, ale ona przynajmniej nie widziała, nie rozmawiała i nie biła nieistniejących osób. Byś wszedł na wyższy poziom." (str.367)
Wprawdzie to, co wydarza się teoretycznie przypadkiem, co stanowi aberrację w spokojnym rytmie życia pacjenta Bysia - koszmarne znalezisko, niewyjaśnione zdarzenia określane przez łatwowiernych mianem cudu, zaszyte usta, spływające krwią kolumny - nie pozwala nam do końca pozostać w psychicznym półśnie, ale mimo wszystko powolne tempo uspokaja nas na tyle, byśmy nie szaleli z niepokoju, jak zdarzało się to w poprzedniej części.

Budzi nas za to, z gwałtowna regularnością, opowieść o
pruszkowskiej prostytutce Kaśce, która nadal pozostaje pod władzą okrutnego gangstera, od którego ucieczka może wieść tylko do dawno odsuniętego w niepamięć świata.
"Czuła się jak dziecko. Wyciągnięte ze schowka pod schodami, gdzie przez całe życie udawało czarodzieja. Dzierga powoli i z zegarmistrzowska precyzją obdzierał ją z każdej rzeczy, na której jej zależało. Zabrał jej pieniądze, samodzielność i wolność."(str.61)
Tę faktyczną, fizyczną ucieczkę autor poda nam w swoim typowym szybkim tempie, przeplatając błyskotliwe ale i wulgarne dialogi opisami działań, przy którym nie można zapomnieć o tym, że ów kryminał nie bez kozery został nazwany "Krew".

Wielu recenzentów utyskuje na zmianę klimatu, na spowolnienie akcji, a mnie właśnie owa mieszanina ognia i mętnej czarnej wody spodobała się najbardziej. Dodając do tego, uwielbiany przeze mnie czarny humor autora, który o zgrozo, powoduje parsknięcia śmiechem w najbardziej dramatycznych momentach; nie zapominając też o szpilach wbijanych w polityczne plecy naszych elit i napędzaną fanatyzmem skłonność do odnajdywania cudy we wszystkim co trudno wytłumaczalne, nie można uciec od wrażenia, że czyta się niezwykle inteligentny wyrób kryminalny.

Nie znudziła mnie tu żadna strona, właśnie dzięki tej przemyślanej nierównomierności, o jaką Pan Szczygielski pokusił się w "Krwi". Zabawa została odtańczona w dwóch rytmach. W szalonym tempie zabijania, tortur, rozpaczy i wpadania nie tyle z deszczu pod rynnę, ale w najgłębsze możliwe bagno. I w wolnym tempie dziwnego opętanego tańca, w którym spotykamy nieistniejące postacie, gdzie dobre, wspierające osoby okazują się być połączone koszmarnymi zobowiązaniami i nie są de facto ani dobre ani nawet żywe. 

Przez karty powieści przewijają się osoby, które łagodzą paranoję życia w Tworkach. Jest wściekła ale nadal pomocna Monika, inna, twarda, trzymająca w ryzach wątpiącego komisarza.
"Coraz bardziej ją podziwiał. Jemu wyrobienie sobie twardej skóry zajęło lata, a i tak czasami miał wrażenie, że pod powierzchnią się nadal gotuje. Pamiętał, że Monika jeszcze całkiem niedawno zachowywała się zupełnie inaczej. Entuzjazm mieszał się u niej z przerażeniem, nad którym nie potrafiła zapanować. Teraz stała się psem, którego należy się bać." (str.302)
Jest ksiądz o wyglądzie amanta, jest Pani Stasia, do której żywi się wyjątkowo ciepłe uczucia. 

Autor dba o to by humor, ironia, zjadliwie dowcipne komentarze równoważyły bardzo obrazowe opisy z przewagą czerwieni w tle. Zaś na powiązanie historii Gabriela i Kaśki przychodzi nam czekać prawie do samego końca. I nie ubolewam nad tym, bo takim, może mniej drastycznym niż w "Aorcie" ale zdecydowanie pozostawiającym więcej niedopowiedzeń zakończeniem, autor wymusza na nas postawę wyczekiwania na ciąg dalszy. Cóż więc, jesteśmy gotowi, Panie Bartoszu. Na szczęście to już prawie pora na "Serce". 

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Cykl: Gabriel Byś (tom2)
Seria: Mroczna seria
Liczba stron: 400

środa, 16 stycznia 2019

O godnej pracy dla godnej starości.

"Perły rzucone przed damy" Barbara Bereżańska  8/10


Fikcja literacka potrafi opowiadać o trudach, chorobach i tragediach w sposób sugestywny, poruszający najczulsze struny, wzruszający. Tylko, czy zawsze opowieść ubrana w kwieciste słowa i opisy, wyrastająca ponad zwyczajność, okraszona barwnymi przymiotnikami, oddaje prawdziwą istotę problemu? Czy nie jest tak, że dopiero "dotknięcie" owego problemu stanowi bazę dla pełnego jego zrozumienia?
Książka "Perły rzucone przed damy" daje nam właśnie taki dokumentalny, potwierdzony przeżyciami autorki i jej doświadczeniem, obraz tematów często pomijanych - pracy polskich opiekunek w Niemczech i często związanego z życiem ich pracodawców problemu chorobowego, jakim jest demencja.


Barbara Bereżańska oddaje nam w ręce podwójnie pożyteczna lekturę. Początek to wsparcie radami, fachowymi wskazówkami, określeniami, listami potrzeb. Wsparcie idealne dla osób, które albo o tego typu pracy myślą albo gubią się w zawiłościach opiekuńczej pracy podjętej zbyt pochopnie. Nie ma tutaj moralizatorstwa, nie ma nakazów i zakazów. jest świetnie podzielony na podrozdziały, bardzo czytelny poradnik doświadczonego mistrza, który ubolewając nad nieświadomością i złym traktowanie polskich "perełek", chce ustrzec je od błędów, które doprowadzić mogą nawet do zniechęcenia, a nawet do dramatów.
"Zlecenie nie jest tak męczące, gdy zachowane są moje prawa, dzięki czemu mogę zarabiać i odkładać. Cieszy mnie ta sytuacja. Ale jednocześnie zauważyłam, że od chwili, gdy jestem świadomą opiekunką, z żadną rodziną nie powstały więzi tak dobre, jak na pierwszym zleceniu. To cena tego, że człowiek wywalczył swoje prawa." (str.67)
Jak nie dać się oszukać, jak żądać dla siebie szacunku i godnych warunków pracy, jak bez wstydu upominać się o swoje.
Jest w nas - Polakach, jakaś stała pokora i nieśmiałość proszenia o swoje. Może dzięki Barbarze Bereżańskiej zrobimy krok ku podniesieniu poczucia własnej wartości i uniknięciu rozgoryczenia pracą, po której obiecywaliśmy sobie znacznie więcej niż przypływ gotówki o większej wartości niż polskie złotówki.


Esencję książki stanowią pracownicze doświadczenia autorki. I przyznać trzeba, że nie brak Pani Bereżańskiej zdolności literackich, dzięki którym owe opisy nabierają płynności i trącają czułe struny.
Poczynając od trudnej decyzji o wyjeździe, poprzez kolejne niewiarygodne - czasem wspominane z wielką czułością do dziś, czasem wymazane z pamięci na tyle, na ile pozwala ludzki umysł przeżycia i doświadczenia, aż po ostatnie zdania, kierujące nas ku budowanej zmęczeniem, głownie psychicznym refleksji, autorka wpuszcza nas do świata, który był dla mnie zupełnie obcy, znany z opowiadań, mało klarowny.
"Coraz częściej zastanawiałam się, czy nie spróbować pracy na niemieckich salonach. W końcu postanowiłam wyjechać jako polska perełka do niemieckiej Dame (pani). Polska Perła. Tak mówią o opiekunkach wdzięczni seniorzy." (str.14)


Kolejne "przygody" w nowych miejscach pracy pochłaniamy niczym najlepszą fikcję. Autorka okrasza je ciepłymi uczuciami skierowanymi w stronę starszych, dręczonych demencją pacjentów, zrozumieniem i współczuciem dla ich zdezorientowanych rodzin, a nawet humorem, bez którego chyba ciężko byłoby przeżyć kolejny dzień, zapętlony wokół pacjenta o wyjątkowo trudnej dla nich samych, jak i dla ich opiekunów przypadłości.
"(...) muszę zwracać uwagę na to, jakie schorzenia mają podopieczni, i nie pracować z ludźmi cierpiącymi na choroby, o których nie mam zielonego pojęcia. Pierwsze kroki w świecie demencji to była ciężka przeprawa i gdyby nie pomoc córki Helgi, być może byłoby to moje pierwsze i ostatnie zlecenie." (str.93)

"Perły rzucone przed damy" to nie jest lekka opowieść. To gorzka prawda o niezwykle trudnej pracy, niejednokrotnie ciężkiej fizycznie, zawsze wymagającej ogromnej odporności psychicznej. Nigdy nie pracowałam w takim charakterze, nigdy nie musiałam walczyć o szacunek dla mojej pracy za granicą. Ale dzięki Barbarze Bereżańskiej nabrałam podziwu dla ludzi, którzy poświęcają się tej pracy, potrafią oddać serce i wysiłek osobom, które pragną w swych własnych domach, godnie doczekać ostatnich chwil.
 Nabrałam też pokory wobec starości. Zawsze żyłam ze świadomością, że to okres niezwykle "nieudany", trudny, obfitujący w troski, bezsilność i potrzebę wyciągania ręki po pomoc innych ludzi. Teraz doszło do tego pewne zdanie, którego mądrość jest niepodważalna: "Naoglądałam się starości w bogactwie, która mnie przeraża. O starości w ubóstwie boję się myśleć." (str.254)

Wydawnictwo: Poligraf, 2018
Liczba stron 254

Bardzo dziękuję Autorce,  Barbarze Bereżańskiej, za egzemplarz recenzencki.