Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

środa, 21 sierpnia 2019

O kobiecym gniewie i pokucie.

"Obsydianowa komnata"  Douglas Preston&Lincoln Child  6,5/10



Czy jeśli miłość wybaczy wszystko, to z czasem, spod powierzchni owego wybaczenia, nie wychynie rąbek poczucia krzywdy, nie wrócą demony znieważenia i bólu, nie odezwie się chęć zemsty? To jedno z pytań, jakie stawia "Obsydianowa komnata". Drugie, to czy po niezwykłym, trzymającym w napięciu, tragicznym zakończeniu poprzedniego tomu, wreszcie, po kilku latach, autorzy nagrodzą nasze oczekiwanie spełnieniem nadziei na dalsze życie Agenta Pendergasta?

Gdy kilka lat temu fani serii spod pióra znakomitego duetu - Douglasa Prestona i Lincolna Childa - dobrnęli do finału "Karmazynowego brzegu", pozostali tam oniemiali, zaskoczeni, ubolewający nad stratą jednego z najbardziej ekscentrycznych, niesamowitych bohaterów. Niemniej, jako że autorzy nie zapowiadali zakończenia serii, zaś sama książka zadawała na końcowym etapie mnóstwo pytań, na które odpowiedzi zostały gdzieś daleko w sferze domysłów, należało spodziewać się kontynuacji. I to ściśle związanej z poprzednim tomem.
Kim bowiem był mężczyzna obserwujący pojedynek Pendergasta ze złoczyńcą? Co stało się z Constance? I wreszcie, czy Aloysius zaczerpnął jeszcze jednego tchu, tego na miarę życia?

W "Obsydianową komnatę" autorzy wprowadzają nas w cichym, pełnym żalu nastroju. W retrospekcjach, prowadzących do wyjaśnienia niezwykłego zachowania bohaterki, otacza nas wizja śmierci Agenta Pendergasta i jego niecnego brata Diogenesa. W wielkim domu panuje atmosfera żałoby, wzmocniona jeszcze wycofaniem się Constance do podziemi w których, wracając bezwiednie do przeszłości, oddaje się rozmyślaniom i rozpaczy.
Wszystko do czasu, gdy kobieta niespodziewanie znika w sposób tak dziwny, że pędzący na jej ratunek wierny pomocnik, żołnierz i opiekun - Proctor, pokonuje niewyobrażalne przeszkody i znosi niebywały ból.
 
Począwszy od tej samej sceny, która kończyła poprzedni tom, autorzy prowadzą nas przez zawirowania, pochopne decyzje i miszmasz emocjonalno-uczuciowy Constance. Stawiają na jej drodze wielbiciela, który okaże się kimś bardzo dobrze jej znanych, niemniej zupełnie odmienionym. Gdzieś pomiędzy nadzieją na jego pomoc w ponownym zdobyciu stanowiącego o jej życiu eliksiru a nienawiścią powodowaną perfidną zdrada sprzed lat, kobieta wpadnie w spiralę zaskoczenia i nieufności.
"Nagle przyszła jej do głowy pewna myśl, myśl bardzo mroczna. Czy to kolejna maskarada? (...) Może jego miłość to tylko blaga? Może w ten obłąkany, jakże zawiły sposób, chce wprowadzić do jej żył coś trującego albo deformującego? Ale myśl przeszła i natychmiast odeszła (...)."(str.260)

Tymczasem drugi wątek przenosi nas na statek zachłannych piratów, wietrzących zarobek w każdej dostrzeżonej oznace napotkanej i zniewolonej władzy. Zachłanność, wiara w perfekcję wymyślonych planów, kpiące lekceważenie przeciwnika odbije się tragicznie na porywaczach jak i samym statku. Dlaczego zginą? Kiedy przekroczą linię, której podległa im osoba nie zniesie? I kim właściwie jest ten człowiek o lodowatych, spokojnych oczach spoglądających z wymizerowanej twarzy? 

Tytuł powieści nie wziął się znikąd. Owszem, trafimy do niezwykłego miejsca, które twórca opisuje: "Oto moja obsydianowa komnata, ta prawdziwa. Oto moja świątynia, jeśli można nazwać tak coś, co mieści cały ból i wstyd. Oto świątynia mojej przeszłości." (str.382). Oczywiście, jak zwykle u tego, zmierzającego do celu pokrętnymi ścieżkami duetu pisarskiego, nie możemy być ani w minimalnym stopniu pewni prawdziwości i szczerości owych słów. Na zrewidowanie przypuszczeń i wiary, przyjdzie czas na ostatnich, bynajmniej nie otulających nas poczuciem szczęścia, stronach książki.


"Obsydianowa komnata" mimo, że jak zwykle ukazuje kunszt pisarski, wstrzymuje oddech świetnie opisanymi scenami walki, dokłada z autorskich wyobraźni przygód przeczących racjonalizmowi, jest moim zdaniem powieścią zdecydowanie inną od poprzednich piętnastu tomów. Dużo tutaj rozważań, miłosnych rozterek, trudnych moralnych decyzji i retrospekcji snutych wolno, z rozmysłem. To zwolnienie, które mocno odczułam, ma prawdopodobnie na celu bardzo dokładne zaklejenie powstałych przez lata dziur. Tych w naszej pamięci i tych w stworzonej poprzednio opowieści. 

Dzięki Wydawcy dostaliśmy do rąk jednocześnie premierę i wznowienie ale i to nie pomaga, może wręcz przeszkadza. Bo o ile "Karmazynowy brzeg" sprzed czterech lat zachłannie zagarnął mój czas i wyobraźnię, rewelacyjnie spoił gwałtowne akcje i chwile wytchnienia i zostawił mnie z poczuciem spełnienia czytelniczego, o tyle nowości nie udało się tego dokonać.

Owszem, to nadal jest bardzo dobra książka, ale jej ciężar emocjonalny pogubił gdzieś rytm, tempo. I choć to niewątpliwie warsztatowo nieskazitelna książka, to jej treść i sposób narracji wymknął się zwykle rewelacyjnej, wybitnej wręcz zręczności pisarstwa panów Prestona i Childa.
Pozostaje mi wierzyć, że ten tom, mimo że sprawia wrażenie ostatniego, to jednak tylko głęboki oddech przed powrotem do poprzedniej zrywnej, pełnej akcji i zaskoczeń opowieści, snutej przez tomy z udziałem niepowtarzalnego Agenta Pendergasta. Wydawnictwo wspomina szeptem o jesieni. Oczywiście czekam!

Wydawnictwo Agora, 2019
Tytuł oryginału: The Obsidian Chamber
Tłumaczenie: Jak Kraśko 
Cykl: Pendergast (tom 16)
Liczba stron: 380

dziękuję Wydawnictwu Agora za egzemplarz recenzencki
 

niedziela, 11 sierpnia 2019

O szmaragdowym koszmarze.

"Zbrodnia po irlandzku" Aleksandra Rumin 8/10


Recenzja przedpremierowa
Premiera: 12 sierpnia 
 

Kiedy po roku pełnym zaległych terminów, gonitwy za realizacją planów, odpowiedzialności za siebie, rodzinę i współpracowników, wreszcie stajemy przed kalendarzem i z uśmiechem odhaczamy urlop, chcemy by były to dni przygody, odpoczynku i beztroski. Owszem, planujemy podróżować, ale niech będzie to podróż nie wymagająca naszych zabiegów. Owszem, chcemy sypiać i jadać w dobrych miejscach, ale niech nam to będzie zagwarantowane. Chcemy przeżywać emocje, ale niech to będą emocje po wielokroć sprawdzone i zapewnione przez ludzi, którzy na ten czas staną się naszymi opiekunami i przewodnikami.

Rozpoczynająca przygodę z książką Aleksandry Rumin, nowa oferta biura podróży "Hej wakacje", nie tylko olśniewała nowością i nietypową destynacją ale też kusiła konkursem, który mógł zabrać w podróż zupełnie za darmo. Piękna, zielona Irlandia zapraszała na dziesięciodniową eskapadę przez wieki. Nic zatem dziwnego, że grupka zwycięskich szczęśliwców pałała żądzą przygody i spodziewała się spokojnego, acz bardzo ciekawego wypoczynku. Wszak zorganizowane wycieczki objazdowe to gwarancja atrakcyjności i opiekuńczości. Nic złego nie może się stać. Czyżby?

Każdy rozdział najnowszej książki Aleksandry Rumin to kolejny dzień wyprawy. Kartka z programu zapowiada kolejny etap zwiedzania, poznawania kultury, podziwiania zapierających dech widoków. Nie zapowiada zaś perypetii, które powodują, że czytelnik na zmianę parska śmiechem i otwiera usta ze zdziwienia. Co gorsze, nie przygotowuje też na wydarzenia, które stawiają włos na głowie i krok po kroku zbliżają do stwierdzenie, że już nigdy, nigdy w życiu nie skorzystamy z tego rodzaju wypoczynku. 
"To nie jest mój pierwszy nieboszczyk, a przecież nie zajmuje się niebezpiecznymi kierunkami. W każdym sezonie do biura napływają informacje o utonięciach, uduszeniach, zadławieniach, potrąceniach, upadkach z dużej wysokości, zatruciach, pogryzieniach, ukąszeniach, infekcjach i zakażeniach, no i o pożarciach przez dzikie zwierzęta." (str.76)

Tomek, nasz główny bohater, przewodnik "z łapanki" i jego równie przypadkowy kierowca bynajmniej nie turystycznego rzęcha - Alan, sprawiają wrażenie zupełnie otumanionych zaistniałymi sytuacjami. Tomek, walczący po każdym wypadku z chęcią powrotu do kraju i do... nałogu, nie sypiający lub śpiący za długo, omalże przypłaca ten niepozorny wyjazd utratą zdrowia psychicznego. Co i tak stanowi maleńką niedogodność w porównaniu z wracającymi w trumnie turystami. Alan traci samochód, odzyskuje go, mierzy się z oszustami, walczy wręcz i karmi oszalałego z niepokoju Tomka darami irlandzkich ziem i wód. A turyści, jeśli nadal żyją, stanowią menażerię, której nie powstydziłaby się Agata Christie tworząc obsadę swych opowieści o Orient Expressie czy pewnej wyspie, na której dziesięcioro...
"Gdyby w Wikipedii znalazło się hasło największy koszmar pilota wycieczek, ilustrowałoby je zdjęcie Baronowej Raszpli. Nic jej nie pasowało, poczynając od koloru trawy, a na pogodzie kończąc." (str.31)

Tytuł "Zbrodnia po irlandzku" zobowiązuje. Nie mniej obiecuje określenie z okładki: komedia kryminalna. I tak, mamy zbrodnię. Nawet niejedną. Skoro jest zbrodnia jest i kryminał. A czy jest komedia? Oczywiście! Co do tego moja skromna osoba, nieskora do wybuchów śmiechu w trakcie czytania, nie ma najmniejszych wątpliwości. Sprytne, bardzo inteligentne łączenie mordu z czarnym humorem, żałobna niemalże rozpacz przewodnika sąsiadująca z kpiącymi z każdej sytuacji komentarzami innych bohaterów, bardzo obrazowe opisywanie gwałtownych, śmiertelnych wypadków z następującymi po nich, wywołującymi parsknięcia śmiechem wydarzeniami - wszystko to sprawia, że książka bawi i przeraża w wyjątkowo smakowitym stylu.

 
Aleksandra Rumin pojechała ze mną w podróż. Prawdziwą. Zabrałam bowiem "Zbrodnię po irlandzku" na inną objazdową wycieczkę, na której, dzięki owej książce, żadna przygoda, żadne potknięcie i żadna niedogodność nie była w stanie zepsuć mi humoru. Raz, dlatego że przewracając kartki tej fantastycznej książki bawiłam się przednie, uśmiechałam się, kiwałam głową i komentowałam pod nosem niesamowitą wyobraźnię autorki. Dwa, ponieważ dostawałam rozdział po rozdziale coraz ciekawsze informacje o kraju, o którym sporo się u nas mówi ale najwyraźniej słabo się go zna, ograniczając często skojarzenia do samego Dublina. Trzy, bo przecież wszystko co mogło spotkać mnie tam i wtedy było niczym w porównaniu z przygodami, jakie zaserwowała grupce turystów szmaragdowa wyspa. 

Oczywiście wszystko ma w tej opowieści sens, motyw i znaczenie. Oczywiście ta (czarna) komedia bazuje na czymś, co zwróci naszą uwagę na przeszłość bohaterów ale i każe spojrzeć w ich przyszłość. Nie jest to bowiem komedyjka omyłek, która nie niesie za sobą przemyśleń a jedynie umila czas. Dotrzemy tutaj do morału, do zakończenia które upewni nas w przekonaniu, że autorka, prócz żartów i kpin ku uciesze gawiedzi, miała nam coś do przekazania. O miłości, o zdradzie, o nagrodzie, o przyjaźni. A przede wszystkim o tym, że w krzywym zwierciadle obraz polskich turystów przechodzi wszelkie pojęcie!  
"Kto nigdy nie spojrzał w oczy rozszalałego turysty, który chce zrobić zdjęcie, nie ma pojęcia, czym jest prawdziwy strach." (str.134)
Polecam gorąco.


Ps. Ach! Konieczne jest jeszcze wspomnienie o tym, że poczucie humoru autorki pozwala jej na stałą autoironiczną autopromocję, czynioną poprzez nieustanne wykpiwanie pewnej niepozornej, zakupionej przez Tomka na dworcu za 2,99zł, nieprawdopodobnej pozycji książkowej z gatunku: komedia kryminalna ; )

Wydawnictwo Initium, 2019
Liczba stron: 320

dziękuję Wydawnictwu Initium za egzemplarz książki

 

sobota, 3 sierpnia 2019

O żałobnym powrocie.

"Zniknięcie Annie Thorne" C.J. Tudor  7.5/10

 

Nie lubimy zostawiać za sobą niedokończonych spraw. Straty, które ponieśliśmy bez zrozumienia przyczyny, dręczą nas latami i nie pozwalają ułożyć nowego życia. Pożegnanych ukochanych nigdy nie zapominamy, a jeśli owo pożegnanie było nagłe, żałoba po nich trwa latami, żądając od nas sprawiedliwości, zadośćuczynienia, bądź przynajmniej wyjaśnienia niegdysiejszych, zaskakujących wydarzeń. Takich właśnie wyjaśnień poszukuje bohater najnowszej książki C.J. Tudor, który pragnie odpowiedzieć na pytanie, co właściwie działo się z jego siostrą, gdy zniknęła na dwa dni ćwierć wieku temu. 
"Ludzie twierdzą, że czas leczy rany. Nie mają racji. Czas tylko zamazuje pamięć. Płynie bezustannie, podmywając nasze wspomnienia, i odkrywa kawałki ciężkich głazów niedoli, dopóki nie zamienią się w ostre kawałki, wciąż sprawiające nam ból, lecz na tyle małe, że da się z nimi żyć." (str.61)

"Zniknięcie Annie Thorn" każe nam wrócić, wraz ze starszym bratem tytułowej Annie, do podupadłego górniczego miasteczka pełnego wspomnień, zaszłych nieporozumień i ludzi, którzy nieustannie kojarzyli się będą z historią sprzed lat. Z historią, która w przedziwny sposób zdaje się wiązać z niedawną samobójczą śmiercią nauczycielki i zabójstwem jej syna.
Joe zamieszkuje w domu skalanym krwią tej dwójki w nadziei, że właśnie to miejsce najlepiej przyczyni się do poznania prawdy i pozwoli mu ocenić, dlaczego Annie wróciła do domu tak odmieniona, że on sam nie tylko momentami jej nie poznawał, ale wręcz się jej bał.
 
Małe górnicze miasteczka żyją marazmem, wspomnieniem wszechobecnego pyłu i ciężkiej pracy. Żyją ruinami budynków fabrycznych i starymi włazami do kopalń, dziś ukrytymi przed oczami ciekawskich zwałami ziemi i kamieni, często za przyczyną wywołanych przez samych ludzi wybuchów. Ludzie pozostają tam niezmiennie tacy sami: skłonni do plotek, nie wybaczający porażek sprzed lat, mający swe własne wersje wydarzeń, które doprowadziły do dramatów.

Małe miasteczka żyją odwieczną walką dobra ze złem, i o ile dobro to oni, ich praca i osiągnięcia, dzieci, zajęcia i sposób życia, o tyle zło jest nienazwane. Zło czai się w mroku, czerpie siłę z dawnych śmierci, karmi się krwią i kośćmi zmarłych, których próżno szukać na miejscowym cmentarzu.
"Miejsce takie jak to nie chce zostać ponownie zagospodarowane. Lubi być opuszczone, uśpione i martwe. Cmentarzysko ludzkich losów, straconych nadziei, pełne węglowego pyłu i kości. Musnęliśmy tylko jego powierzchnię, ale pod spodem kryje się wiele warstw. A czasami lepiej nie kopać zbyt głęboko." (str.344)

Co wie Joe, czego sama tak naprawdę nie jest świadomy? Gdzie znajdują się wskazówki do wypartej prawdy, do tego co zostało zatarte nową wersją samego siebie? Bez strachu ale i bez nadziei Joe szuka owych odpowiedzi. Odpowiedzi, które najbardziej będą zaskakiwały jego samego.

C.J. Tudor mocno bazuje na stylu wypracowanym przez Stephena Kinga ale go nie naśladuje, nie powiela. Jej pomysły na rozwój akcji, sposób prowadzenia narracji, dają nadzieję na coraz lepsze książki. Jest bowiem w obu wydanych przez nią thrillerach niebywały talent literacki, który prowadzi czytelnika przez strach i niedowierzanie, przymyka oczy gdy autorka prowadzi nas w mroczne miejsca pełne cieni, robactwa, a może i duchów, ale i bawi, gdy świetnie skrojony bohater pozwala sobie na sarkazm godny intelektualisty.

Nauczyciel, hazardzista, uciekinier. Dostający po twarzy i wstający z uporem by wtykać znów nos w sprawy, które w miasteczku dawno uznano za zamknięte. Pozwalający sobie na komentarze, które zapewne znów pozbawią go spokojnego snu. Rozrywany emocjami, gdy przychodzi do starć pomiędzy teraźniejszością i przeszłością, jawą i snem, dobrem i złem. Pamiętający przeszłość swoją, Annie i innych, których darem i przekleństwem była wrażliwość.
"Kolejne nieśmiałe, odstające od rówieśników dziecko. Kolejna ofiara. A jednak czasem to właśnie one widzą najwięcej. Przez nikogo niezauważone, chłoną wszystko co się wokół nich dzieje - historie, plotki, pozostałości szkolnego życia - i zbierają to niby polano unoszące się w rwącym nurcie rzeki. Nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, jak wiele wiedzą. Bo nikt ich o to nie pyta." (str.227)

Taki właśnie jest bohater "Zniknięcia Annie Thorn". Wyrazisty, pełen sprzeczności, wlokący nas przez lepsze i gorsze dni ku finałowi, który... No właśnie.
Zachwycając się konstrukcją książki i fenomenalnym oddaniem uczuć i skrajnych emocji, pozostaje mi życzyć sobie i innym, by Pani Tudor zaskoczyła nas kiedyś zakończeniem, które będzie miało większy sens. Bo o ile trzeba przyznać, że finał jest tutaj zdecydowanie nieprzewidywalny, o tyle ta jego odrębność, niespójność z głównym wątkiem, szerokie rozwarstwienie na historie nagle wypływające spomiędzy zakurzonych kart historii miasteczka, wydaje się zostawiać czytelnika z pytaniem: no ale jak to? A Annie? Choć może po wszystkim, co przeżyliśmy z Joe nawet to traci na znaczeniu? Wszak bez względu na rozwiązanie, żałoby nie da się zdusić żadną zemstą, żadną prawdą ani sprawiedliwością. 
  
Wydawnictwo Czarna Owca, 2019
Tytuł oryginału: The Taking of Annie Thorne
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Liczba stron: 416

dziękuję Wydawnictwu Czarna Owca za egzemplarz książki

czwartek, 1 sierpnia 2019

O niebanalnej kobiecości.

"Gdzie jesteś Bernadette?" Maria Semple  7,5/10

Recenzja premierowa
Premiera książki: 31 lipca


Niektórzy lubią stawać przed gotowymi obrazami, podziwiać kunszt twórcy, wydawać opinie, dzielić się odczuciami na temat gotowej pracy. Inni lubią świat niedopowiedzeń, zagadek i puzzli, z których mozolnie powstaje ostateczny obraz, poddawać się zaskoczeniu i z niedowierzaniem kręcić głową nad pojawiającymi się fragmentami. To właśnie drugi typ opowieści zgotowała nam w swojej książce Maria Semple. I muszę przyznać, że moja potrzeba zabawy formą, innowacji, eksperymentowania ze sposobem dążenia do puenty, została przez autorkę zaspokojona.

Tytułowa Bernadette ukazana jest czytelnikowi w tak różnobarwnych wersjach, że początkowo trudno zdefiniować jej charakter. 
"(...) nie sposób precyzyjnie określić, kim naprawdę była - architektem, artystką z pogranicza sztuki, zwykłą kobietą, która lubiła robótki ręczne czy legendarnym kloszardem." (str.132)

W oczach uwielbiającej matkę, nastoletniej Bee, która jest narratorką opowieści, jest to postać wyjątkowa, omalże idealna. I nie o ideał społecznie kalkowany przez super matki tutaj chodzi, ale o rozumienie córki w sposób, który nie pozostawia nawet chwili na niezadowolenie czy rozczarowanie. Bee podziwia niewątpliwie nieco szaloną osobowość Bernnadette dlatego, że takie postępowanie, taki rodzaj walki o rodzinę, wydaje jej się doskonały. I słusznie. Bo o ile na co dzień bohaterka stara się unikać konfrontacji, co po części wynika z jej agarofobii i niechęci do obcych ludzi, po części zaś z poczucia bycia niezrozumianą artystką, o tyle, gdy przyjdzie stanąć po stronie córki, bronić jej czy wskazywać właściwy sposób postępowania, Bernadette jest nieprzejednana i waleczna niczym lwica.

Prawie cała książka to patchwork korespondencji mailowej, notatek, listów, sprawozdań i dziesiątek innych paradokumentów, które strona po stronie składają się na obraz niezwykle ciekawej osoby. 
Genialna architektka, prekursorka dostrzegania możliwości w obrębie najbliższej okolicy, systematyczna i drobiazgowa w swojej pracy. Taka była Bernadette zdobywająca nagrody i sławę w LA. Ta obecna, mieszkanka nieco zaściankowego jej zdaniem Seattle, nosi w sobie urazę do świata. Nie chce marnować życia na czcze pogawędki, na nic nie wnoszące spotkania. Żyje życiem swoim i malutkiej rodziny, która tworzy z mężem i Bee. Powoduje katastrofy, czasem obojętnością doprowadza niemalże do zamieszek, wypłaca odszkodowania, naiwnie zaprzyjaźnia się z wirtualną asystentką z Indii. Ta kobieta to cały witraż cech charakteru, postępowania i wychodzenia z przedziwnych sytuacji.

Choć nie ciesząca się dobra opinią, nie posiadająca przyjaciółek, nieskora do wtapiania się w środowisko lokalne, Bernadette wydaje się pogodzona z życiem jakie wiedzie. Sarka na nie, ale znosi z coraz większym spokojem i zadowoleniem. 
"Niebo nad Seattle jest tak nisko, jakby Bóg rozpostarł nad nami jedwabny spadochron. Są w nim wszystkie emocje jakie znam. Migotliwe, radosne promienie; nonszalanckie, chichoczące strzępki chmur; oślepiające kolumny słońca. Złote, różowe, cieliste bańki, tak nasycone światłem, że aż kiczowate.(...) No i smugi deszczu, które zalewają świat niczym smutne nieszczęście." (str.361)
Gdy więc jej córka przypomina o obietnicy, że jej doskonałe oceny zostaną przekute w wyprawę na Antarktydę, w myśli Bernadette wkrada się chaos. Nie jest to nowość ale tym razem do zwykłego niepokoju dochodzi jeszcze panika związana z opuszczeniem domu. I choć wydawać się może, że kryzys zostanie zażegnany, Bernadette znika. Dlaczego? Gdzie? I czy prawdą okaże się przypuszczenie, że nie żyje?

Książka o założeniu bardzo obyczajowym nie skupia się na płytko potraktowanym życiu codziennym, nie omiata postaci, pozbawiając ich głębi. Bernadette to bohaterka bardzo wyrazista, budząca skrajne emocje, rzucająca nami od zniecierpliwienia marudnym charakterem i powodowaną przeszłymi wydarzeniami zrzędliwością, po szczery podziw i mocne poparcie gwałtownych reakcji.
Maria Semple nie opowiada, ona głęboko wnika w postacie swoich bohaterów. 
"(...) Bee połączyła w literacką całość materiały otrzymane w kopercie. Są wśród nich: materiały FBI dotyczące obserwacji Pańskiej żony, e-maile Pana i Pańskiej administratorki, odręczna korespondencja pewnej kobiety z ogrodnikiem, rachunki tejże kobiety ze szpitalnej izby przyjęć, listy zatrudnionego przez szkołę Galer Street specjalisty, których tematem jest pewne nieudane przyjęcie, artykuł o karierze zawodowej Pańskiej żony, a także Pańska korespondencja z psychiatrą." (str.247) 
Prócz Bernadette, autorka  tworzy także bardzo mocno zarysowane postacie irytującego z swym maraźmie męża, zdolnej, dziedziczącej po matce niezwykły upór Bee, opętanej sąsiedzkim współzawodnictwem Audrey i wielu innych, godnych zauważenia osób.

Czytanie tej książki to wspaniały relaks, a jednocześnie przyjemny wysiłek intelektualny. Niezwykłe forma, ciekawie skonstruowane opisy emocji, wreszcie opisy, które każą nam podziwiać nieznany ląd i sarkastycznie spostrzegać amerykańskie mieszczaństwo - wszystko to sprawia, że na półkach pojawi się za za kilka dni powieść, która nie tylko zaciekawi i zastanowi ale będzie też przykładem na to, jak znakomicie można bawić się formą i treścią zwykłej, wydawałoby się, obyczajowej opowieści.
Polecam z pełnym przekonaniem.

Wydawnictwo W.A.B. 2019 (2013)
Tytuł oryginału: Where'd You Go, Bernadette 
Tłumaczenie: Maciej Potylny
Seria: Gorzka Czekolada
Liczba stron: 368

dziękuję Wydawnictwu W.A.B. za przedpremierowy egzemplarz książki
 

piątek, 19 lipca 2019

O sile, uporze i (oczywiście) miłości.


"Milion nowych chwil" Katherine Center  7/10



Życie bywa usłane różami, otoczone materacami łagodzącymi każdy upadek, skonstruowane z wydarzeń będących spełnieniem marzeń, wypełnione ludźmi, którzy przychylają nam nieba. Albo nie.
Czasem brakuje tylko jednego z tych elementów a wtedy, z pomocą ludzi i łaskawego losu, wszystko wraca na swoje tory a my otrzymujemy kolejną, wartą zapamiętania lekcję. Albo nie.

"Milion nowych chwil" zawdzięcza swój tytuł nowemu początkowi, życiowym zmianom, które sugerowane od pierwszych stron powieści, jak i przez kolejne wydarzenia, stanowiły będą nie koniec, ale początek dojrzałości, samostanowienia, akceptacji poniesionych strat. Nim jednak do nich dojdzie, Katherine Center obarczy swoja bohaterkę trudnościami, które momentami nawet trudno jest nam sobie wyobrazić.


Gdy spada się ze schodków, często kończy się potłuczeniami, które czas, jak to czas, szybko zagoi nie pozostawiając śladu. Natomiast gdy spada się z wysokiej drabiny, a taką jest punkt wyjściowy opowieści, wtedy upadek bywa traumatyczny, ogromnie bolesny, zamykający drogi ku wymarzonej przyszłości. I dokładnie tak Margaret odczuwa to, co zdarza się w środku jednego z najwspanialszych dni jej życia.

Przed nią wyśnione, wycięte z reklamy życie pięknej i  bogatej żony, spełniającej się także na polu zawodowym, żyjącej w kochającej się, choć nie pozbawionej wad rodzinie. Tak myśli jeszcze chwilę przed wypadkiem. Jeszcze sekundę przed nim.
"...poraziła mnie myśl, że wszystko na co czekałam, skończyło się, zanim zdarzyło się zacząć." (str.31)

Autorka dostarcza swej bohaterce wrażeń, które wystarczyłyby dla kilku żywotów. Daje jej strach, ból fizyczny, bawi się jej nadzieją, wreszcie, odbiera wsparcie ukochanego i stawia na przeszkodzie rodzinne problemy. 

"Teraz stać mnie było, i to z trudem, tylko na oddychanie. Oddech po oddechu. Jedno dni lepsze, drugie gorsze. Ale powiedzmy sobie otwarcie: nie miałam niczego, niczego, na co mogłabym czekać." (str.216)
Na szczęście, obdarza ja także cechami, które pozwalają Margaret wybrnąć z każdej, najbardziej dramatycznej sytuacji. Nie odbiera jej poczucia humoru, determinacji, woli walki i umiejętności przyjmowania nowych uczuć.

Cóż... niektóre z sytuacji wygładzonych przez autorkę budziły mój sprzeciw, jako że tak silne osoby są omalże niespotykane, a niektóre zwroty akcji, banalne i przewidywalne, zostały wyjęte z krainy "dziewczyńskiego" pojmowania świata i miłości. Ale przecież wiedziałam po jaki sięgam gatunek. Powieść obyczajowa, skłaniająca się po walecznej pierwszej części w stronę typowego romansu, musiała mi zaoferować całuski, cukiereczki i ciasteczka. Z tym, że tutaj należy oddać Pani Center, że wiedziała, która łyżeczka cukru przesłodzi danie i który stworzony przez nią obraz każe nam patrzeć w tęczę o jedną chwilę za długo.
W prostej opowieści o tym, że warto wierzyć, że w życiu możliwe jest wszystko, że nie można tracić nadziei, że najważniejsza jest miłość, autorka pokazała nam, jak cenna jest w dramatycznych chwilach rodzina, jak miałkie są powody naszej rozpaczy w porównaniu z tym, z jakimi tragediami może przyjść się mierzyć człowiekowi.
Książka mówi o sile miłości ale i o sile własnych marzeń, o odwadze w dążeniu do celu, o akceptowaniu tego co nieuniknione.
Banalne? Oczywiście. Przecież to taki gatunek. Ale jeśli mam komuś, kto rzadko sięga po obyczajówki polecić książkę, która nie utwierdzi go w przekonaniu, że ten gatunek należy do "marnowaczy czasu", to chyba zaryzykowałabym z "Milionem nowych chwil". Może tak jak ja, zapamiętałby zdanie, tyleż proste co optymistyczne: "Są różne rodzaje szczęśliwych zakończeń". 


Wydawnictwo Muza, 2019 
Tytuł oryginału: How to Walk Away
Tłumaczenie: Anna Rajca-Salata
Liczba stron: 416

Dziękuję wydawnictwu Muza za egzemplarz recenzencki. 
 

środa, 10 lipca 2019

O artystach wśród oszustów.

 "Szwindel" Jakub Ćwiek  8/10


To dobry rok dla kryminału. Już drugi raz przychodzi mi pisać o książce, która wymyka się powszechnym opiniom na temat tego, co rządzi tym gatunkiem literackim, która zadziwia niezwykłością i daje powód do rozszerzenia pojęcia kryminał na pola mniej i bardziej sensacyjne.
To dobry rok dla polskiego kryminału. Miałam już szansę kilka razy popłynąć mrocznym, dusznym nurtem pełnym krwi, ciał i psychopatycznych zbrodniarzy, podanych w wysmakowany, wynikły z wielkiego talentu sposób. A teraz dostaję relację z poletka, które choć mniej krwawe, mniej unurzane w chorych pragnieniach, okazuje się być równie niebezpieczne, zbierające równie tragiczne żniwo. Proszę Państwa - parada oszustów od Jakuba Ćwieka.

"...czy nie jest tak, że dajemy się oszukiwać każdego dnia? Politycy, sprzedawcy w sklepach z fałszywymi wyprzedażami, dostarczyciele usług. Gdyby pan tylko zliczył te wszystkie małe przekręty i naciągnięcia, zdziwiłby się, o jakich kwotach mówimy." (str.197)"
Kiedy pierwszy raz, w moim przepełnionym anglicyzmami życiu, natknęłam się na określenie "con-artist" uznałam je za oburzające. Tak wielkie słowo, pełne piękna, odniesienia do sztuki, dla określenia zwykłych złodziei? "Szwindel" jest doskonałym przykładem na to, że moje oburzenie było bezpodstawne.
Jak widać na przykładzie bohaterów książki, potrzeba niebywałego talentu, wyśmienitej gry aktorskiej, umiejętności 'przepoczwarzania się', by ów świat oszustów pozostawał pod naszymi rządami, a nie my pod jego władzą. Wplecione w tekst zajęcia aktorskie, jak i postać osobistości znanej ze scen, są nieprzypadkowe, a nawet celowe. Bo obraz gry aktorskiej autor utożsamia z oszustwami, przez samych jego bohaterów określanymi jako "piękne".

Mikołaj przypadkiem dowiaduje się o śmierci kogoś, kto podawał się przez ostatnie dni życia za jego ojca. W liście jaki do niego trafia, znajduje się opis osoby, która wraz w ojcem stanowić miała parę najbardziej znanych gwiazd świata oszustów. Po konsultacji z partnerką, decyduje się zwrócić do owego człowieka i uzyskać spadek obiecany przez ojca. Nie będzie to jednak takie proste. Warunkiem uzyskania pieniędzy jest bowiem uczestnictwo w kolejnym 'pięknym' występie 'artystów'.
"...czy taką sytuację, gdy niespodziewanie dostaje się ogromną schedę po kimś, kogo w zasadzie się nie znało i nie czuło się z nim emocjonalnej więzi, można nazwać łutem szczęścia" (str.152)
Decyzja Mikołaja będzie miała na zawsze odmienić jego życie. Albo nie...


Puszczam oko do miłośników filmów "Iluzja", uśmiecham się do miłośników Houdiniego, bo jak wiadomo, w świecie podanym nam w "Szwindlu" nic nie jest jasne, nic nie jest jednoznaczne. Oszustwo kryje się pod oszustwem, a najbardziej uczciwe osoby okazują się być tylko sprawnymi aktorami.

Jakub Ćwiek, będąc już przecież doświadczonym pisarzem, nie ograniczył swojej książki do opowiedzenia pewnej zawikłanej historii. Między wierszami zgrabnej opowieści o oszustach, przestrzega nas przed banalnością drobnych ale i wielkich kłamstw, łatwością z jaką wprawny oszust mógłby wtargnąć w nasze życie.
Dołączona do książki zaślepka na kamerkę laptopa to zwrócenie uwagi na tylko jedną z naszych codziennych nieostrożności. Okładka i odniesienia do niej przez kolejnymi częściami książki, stanowiącymi etapy oszustwa, to obraz tego, czym naprawdę jesteśmy w świecie ogólnego dostępu do informacji - zwyczajną rybką, która sama siebie nabija na haczyk. To co robi con-artist to tylko odpowiednia manipulacja. 
"Jeśli coś jest zbyt piękne, żeby było prawdziwe, to znaczy, że... nie jest prawdziwe."(posłowie, str.397)

Sami oszuści nie prowadzą u Ćwieka żywota płynącego szampanem i pachnącego różami. Życie, które toczą poza 'pracą', często przegrywa z agresją, ciągłym stresem, współzawodnictwem czy zazdrością. Pozornie spokojni, bawiący się światem młodzi ludzie, także podlegają prawom, które rujnują ich związki, rodziny, czasem odbierają nawet życie. Bo czy oszust, nawet artysta oszust, może być pewien, że któregoś dnia ktoś nie zechce się zemścić? Albo czy sami nie padną ofiarą zdolniejszego gracza? Życie to nie bajka, Proszę Państwa... Nawet życie artysty...

Wydawnictwo Marginesy, 2019
Liczba stron: 400
dziękuję portalowi czytampierwszy.pl