Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

wtorek, 14 sierpnia 2018

O bliźniaczym (nie)podobieństwie.

"Białe ciała" Jane Robins  5/10

 


Osoby takie jak Jane Robins, określamy w lektorskiej nomenklaturze jako "false beginners". Wprawdzie książka promowana jest jako debiut powieściowy, jednak podchodzimy do niej z komfortem świadomości, że autorka jest osobą doskonale zaznajomioną ze światem literackim. Ma za sobą ogromne doświadczenie dziennikarskie oraz trzy dobrze przyjęte pozycje z gatunku literatury faktu. Wcale zatem mnie nie dziwi, że "Białe ciała" spotkały się z zainteresowaniem wydawnictwa Czarna Owca, jak i nie mam pretensji do siebie, że wybrałam ów tytuł i z własnej woli zasiadłam do czytania, z chęcią oddania się literackiej uczcie.

Pomysł na fabułę bardzo zachęca. Bliźniaczki, niczym w bajkach -  jedna śliczna, wiotka i powabna, druga cóż, ta gorsza. Jako, że nie w bajce przychodzi nam żyć, ta gorsza owszem, jest miła i kochająca, lecz niestety także ogarnięta tak wielką obsesją doścignięcia siostry, tak wielkim kompleksem szarej myszki tkwiącej w cieniu mającej wielkie aspiracje aktoreczki, że w pokonaniu owego fatalnego zdania na swój temat mają jej pomóc połykane mleczne zęby czy włosy siostry, zjadane kawałki jej pamiętnika, wyssane ze szczoteczki resztki śliny. Wchłanianie "fragmentów" Tildy ma bowiem przyczynić się do ujednolicenia ciał, umysłów i atrakcyjności obu kobiet.
"(...)a potem, kiedy zostaję sama, wyjmuję z kubka jej szczoteczkę i używam zamiast własnej, liżę i ssę jak lizak, żeby przejąć choć trochę śliny mojej siostry."(str.54)  
Brzmi obrzydliwie? Ależ oczywiście, że tak! I to jest ten rewelacyjny pomysł, który nas magicznie przyciąga do thrillera. Co więcej, ta nieomylna, zdolna siostra zakochuje się w mężczyźnie, który należy do "drapieżników" - mężczyzn kontrolującym swoje partnerki w sposób często usprawiedliwiający według nich przemoc, zastraszanie czy nieustanne narzucanie własnej woli. Jest więc zatem szansa, by mniej zauważana, mniej doceniana Callie ruszyła z odsieczą swej pięknej siostrze. Tyle, że ani owa siostra, ani jej nowy partner nie przyznają się do zarzutów, a nawet oskarżają wybawczynię o obłąkańczy wzrost dawnych obsesji. 
"Jesteś taka biedna, nie masz własnego życia, więc żyjesz moim - dlatego chciałabym Ci pomóc, Callie. Naprawdę." (str.140)
Aż się chce czytać.

Czytać się owszem chce, nawet może, bez problemu, bo język powieści jest łatwy, gładki i przystępny. Nie ma tutaj wydumanych analiz psychologicznych (a szkoda), nie ma dyskusji wspartych śledzeniem podobnych przypadków (a szkoda). Owszem, autorka podaje nam mnóstwo faktów, ubarwia opowieść konkretnymi przykładami okrucieństwa kontrolujących partnerów, tyle, że w tych momentach wypadamy ze świata opowieści, by trafić w ręce autorki-reporterki, przytłaczającej nas ogromem suchych faktów, podanych w sposób, który nagle z płynnej epiki wrzuca nas w gazetowy świat faktów. Powracamy do świata akcji zawartej w dialogach z lekkim szarpnięciem, po niezbyt udanych próbach stopienia ze sobą tych dwóch odrębnych języków. Po prostu nie klei się to w interesującą, a zarazem porywająca całość.

Autorka teoretycznie pragnie rozpocząć opowieść tonem spokojnym i wyważonym, ale nagromadzenie bohaterów, z których chyba żaden prócz miłującego spokój, pracę w ogrodach i dobre książki Wilfa, nie daje się lubić, powoduje tylko nieustanne odskakiwanie od meritum opowieści, marszczenie brwi nad nieporadnością przepychania winy na kolejne, nic nie znaczące dla życia bohaterek osoby. Przy tym, albo zachowują się one infantylnie, jak matka kojąca niepokój dorosłych (!!!) córek daleko odległym od uroku: 'Cip, cip...', albo wprowadzają na strony nerwową, nie niepokojącą, lecz budzącą zniecierpliwienie atmosferę chaosu i niekonsekwencji.

Mimo, że zaciekawia nas oparta na filmie intryga dwóch niszczonych kobiet, autorka z jakiegoś powodu znalazła i tutaj miejsce dla dygresji, które budzą dalszą  niechęć. Nie służą one bowiem niczemu, rozpraszają, a krój sukienki czy nowe zainteresowania matki nie przydają książce niczego, prócz obszerności i postępującego znudzenia, co jak wiemy, nigdy nie służy thrillerom, także tym psychologicznym.

Moje zniecierpliwione, marudne nieco wrażenie nie oznacza, że należy lekturę wyrzucić do kosza jeszcze przed jej przeczytaniem. To, co może się spodobać, to gmatwanina związków pomiędzy bohaterami, stabilne utrzymywanie opowieści w rytmie życia Callie, podążanie za jej niepokojem.  I choć autorka do znudzenia każe bohaterce zmieniać zdanie, przekonania i serwuje nam całe strony drobnych zdarzeń, które raz każą myśleć o niej jako o zatroskanej, bystrej, dążącej do celu siostrze, raz jako o skończonej wariatce tworzącej kolejne teorie spiskowe, może to właśnie stanowiłoby wartość dodaną powieści, gdyby nieco obniżyć częstotliwość ich występowania?
Na korzyść działają też opinie, pochodzące z innych źródeł niż rozemocjonowana głowa bohaterki: elementy zapisanego na tajemniczym pendrivie, ciągle modyfikowanego listu od siostry czy maile i rozmowy toczone na forum krzywdzonych i życzliwych krzywdzonym. 
"Kiedyś niejaki Destini, który wydawał się autentyczny i przez kilka tygodni włączał się do naszych rozmów, zaczął pisać, że gdyby 'ofiary' były bardziej kobiece i uległe, nie miałyby powodów do narzekań na 'drapieżników'." (str.67)
 
Różnorodność sposobów prowadzenia akcji, zawirowania, powroty do przeszłości szkolnej i tej sprzed kilku dni powodują, że "Białe ciała" czyta się bardzo szybko. Niestety, mam wrażenie, ze równie pobieżnie. Gdzieś, w plątaninie złych i dobrych, w niepewności kto zabił, kogo, dlaczego i czy to w ogóle miał to być ten ktoś, ginie nam ważny przekaz dotyczący przemocy, obsesyjnej miłości i zazdrości, dążenia do celu po trupach (dosłownie). W chaosie nieznaczących zdarzeń autorka wprawdzie przemyca te jakże ważkie tematy, niemniej mam wrażenie, że poprzez taki a nie inny sposób ich podania, tracą one swą moc i znikają z pamięci zanim na dobre odłożymy książkę na półkę. 

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Seria: Thriller psychologiczny
Tytuł oryginału: White Bodies
 Tłumaczenie: Magdalena Słysz
Liczba stron: 376

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

piątek, 10 sierpnia 2018

O biało-czarnej drodze przez brud.

"Błoto" Hillary Jordan  9/10  


Bez względu na to, ile osób postawimy twarzą w twarz z sytuacją wymagającą wydania opinii, zareagowania, podjęcia decyzji, każdy będzie miał swoją prawdę. Wynikła gdzieś z głębi naszego wychowania, wpajanych latami wierzeń, nabytych doświadczeń i przekonań, będzie decydowała o momentach, które mogą nasze czyny uczynić szlachetnymi bądź wstrząsająco okrutnymi. Dla kogo będą dobre a dla kogo złe? Nie wiadomo, wszak każdy ma swoją prawdę, swoja rację.

Wszyscy bohaterowie, których stworzyła Hillary Jordan niosą ze sobą dany typ zachowania, upór w zmierzaniu ku temu, co ich zadowoli, będzie napawało dumą. Dobrze urodzone ale silna, stawiająca czoło każdej przeszkodzie Laura, przebiegnie od pogodzenia się ze staropanieństwem, przez wdzięczność zamiast miłości, przez poczucie beznadziei i brudu, przez braku akceptacji i zniesmaczenie aż do zawierzenia, pokochania w doli i niedoli, docenienie.
"To cud, że pragnął mnie Henry. Nie potrafię powiedzieć, czy byłam w nim wtedy autentycznie zakochana, byłam mu tak bardzo wdzięczna, że to uczucie przyćmiewało każde inne. Uratował mnie od życia na marginesie, od litości, pogardy, i oficjalnej życzliwości, które zwykle są udziałem starych panien." (str.38)
Jej mąż, Henry, miłujący ziemię ponad wszystko, stoickim spokojem zażegna niejedną awanturę, uspokoi niejedno spanikowane serce i niejedno ciało pełne agresji. Ale i sprawi, że niedoceniona żona, opuszczona w swojej wrażliwości, będzie szukała uwagi poza jego ramionami.
"Czasami żałowałam, że nie żyję w jego czarno-białym świecie, gdzie nie ma miejsca na wątpliwości i zawsze wiadomo, co dobra i co złe." (str.197)
Wspaniały, kolorowy Jamie z życia rozbawionego bawidamka wpadnie w koszmar wojny, w świadomość mordowania, w traumę, którą będzie leczył kolejnym, pozornie beztroskim okresem, w swej woli przeżycia i uporania się z demonami zapominając chwilami o tym, że gdy on walczy i przywdziewa zbroję rycerza, na placu boju pozostają ciała jego najbliższych.
"Do szału doprowadzało mnie jego samolubstwo. jamie robił, co mu się żywnie podobało, i ani przez chwilę nie pomyślał, jaki to może mieć wpływ na innych." (Henry, str.249)
I jest w tej rodzinie miejsce dla Papy, ojca tych dwóch mężczyzn, postaci, której polubić nie sposób, która budzi agresję, złość, którą niejednokrotnie w myślach zabijamy, wyrzucamy poza nawias rodziny i społeczeństwa i której się nie wybacza, bo i po cóż?


Za polem bawełny, za błotem, mieszka rodzina Jacksonów, kolorowych najemców. Dumna i niezwykle mądra życiowo Florence, jej zatroskamy mąż i małe, ale już ciężko pracujące w polu dzieci. Jest i Ronsel, ukochany syn, który wraca z wojny odmieniony. Niesie ze sobą brzemię tego, co wojenne, tego co straszne, ale i wspomnienie zakazanej miłości a wreszcie dumę z bycia amerykańskim żołnierzem, docenionym, traktowanym na równi ze wszystkimi innymi podoficerami. Wraca przesiąknięty przekonaniem, że już wie, jak powinno wyglądać życie, nieskory do ponownego zginania karku. Tyle, że Ronsel wraca do Delty, do tego zakątka Ameryki, który jest najbardziej rasistowski, najbardziej "południowy". Gdzie nadal święci się segregację rasową, gdzie Ko Klux Klan jest oczywistością czuwającą nad czystością rasy, gdzie nieposłuszeństwo Murzynów kara się tak samo, jak w czasach poprzedzających wojnę secesyjną. A mamy lata 40te XX wieku.
"Czarnuch, smoluch, murzaj, bambus. Pojechałem walczyć za swój kraj i wróciłem, żeby się dowiedzieć, że nic się nie zmieniło. Czarni ludzie dalej jeżdżą na końcu autobusu, wchodzą tylnymi drzwiami, zbierają bawełnę białych i proszą ich o wybaczenie. Nieważne, ze odpowiedzieliśmy na ich wezwanie i walczyliśmy na ich wojnie, dla nich zawsze będziemy czarnuchami." (str.159)


Powieść "Błoto" ma tyle warstw, ilu bohaterów. Autorka prowadzi nas przez zazębiające się opowieści w niewiarygodny sposób nadając im tożsamość potwierdzającą ich pochodzenie, sposób życia, stosunek do pracy, wiary i miłości. Arystokratyczne maniery Laury przewijają się pomiędzy rozbawionym ale i nadwrażliwym językiem i zachowaniem Jamiego. Wreszcie, czarni południowcy są właśnie tacy, jakich znamy lub sobie wyobrażamy, ze specyficznym językiem, odpowiednią leksyką i stylistyką, wreszcie, z przekonaniami, które po prostu są ICH - wiemy to i czujemy. Jak wspomina sama autorka w zamieszczonym przy końcu powieści wywiadzie: (...) czarni bohaterowie powinni móc wypowiedzieć się o brzydocie tamtego miejsca i czasu osobiście, swoimi słowami. (str.357)


Warstwy sklejają się ostatecznie w jedną mocną, grubą, niewzruszoną skałę. W opowieść o rasizmie. O różnych postawach względem niego. O zakorzenionych nawykach, których nie sposób wyplenić, o chęci walki z nim dla siebie samego, swych bliskich i przyszłych pokoleń, o niemożności pokonania go mocnymi lecz niestety skazanymi w swej indywidualności ideałami, o neutralności, którą pojmować można jako tchórzostwo, ale tez jako lęk przed zemstą, w której rasistowska ręka dopadnie najbliższych. I o tym, że nawet bohater wojenny, nawet młody ojciec pozostanie czarnuchem, przedstawicielem gorszej rasy.


I jeszcze drobna uwaga. Autorka nie osądza, ona jedynie opisuje. Ze szczegółami. Z batonikiem czekoladowym, językiem i poszewkami. A jeśli chcemy przekonać samych siebie, że ów problem ukazany przez Hillary Jordan na tle lat powojennych, całkowicie już we współczesnym świecie zanikł, warto zanurzyć się w socjologiczne opracowania dotyczące południa USA, owego pięknego, płaskiego Missisipi, owych pól, które zalewało i bywa, że nadal rok po roku zalewa błoto. To rzeczne, niosące smród, zniszczenie i niechęć, i to moralne, które owszem, zaschło. Cieniutką wierzchnią warstwą. 

Wydawnictwo: Otwarte, 2018
Tytuł oryginału: Mudbound
Tłumaczenie: Adriana Sokołowska-Ostapko
Liczba stron: 352

wtorek, 7 sierpnia 2018

O murach, w których mieszka strach.

"Apartament" S. L. Grey  8/10



Trauma kieruje życiem ludzkim, ubezwłasnowalnia ofiarę, kreuje w jej umyśle obrazy, które nie maja prawa istnieć, nakazują zachowania wybiegające poza jakiekolwiek ramy normalności. Czasem trzeba lat, by być gotowym do podjęcia kolejnej próby życia lub, jak w przypadku Marka, do stworzenia kolejnej rodziny, związania się z kobietą, która nie jest byłą żoną i do sprowadzenia na świat córeczki, która nie jest utraconą przed laty Zoe.
"Jestem w niekończącej się żałobie, do cholery, z tego się nie wychodzi, żal napływa falami, które nigdy się nie kończą." (str.200)  
Po traumie utraty Mark otrzymuje od losu kolejną. W pozornie uładzony już świat typowej kapsztadzkiej rodziny wkraczają włamywacze, wkracza przystawiony do szyi nóż, wkracza niemoc ochrony ukochanych kobiet. I gdy uporanie się z kolejnymi tragicznymi wydarzeniami, nawarstwiającymi niepokoje i bezwolną agresję staje na drodze dalszej spokojnej egzystencji rodziny, zasugerowane przez przyjaciółkę rozwiązanie wydaje się idealne. Pora wyjechać, zafundować sobie tanie, acz romantyczne wakacje z dala od domu, który przywodzi tylko skojarzenia z tamtą koszmarną nocą i jak się okazuje w trakcie planowania, także z dala od córeczki, którą pozostawiają pod opieką babci. Wyruszamy zatem wraz z bohaterami do pięknego Paryża, by dzięki zamianie domów, spędzić tam chwile, które przywrócą nadwątloną równowagę emocjonalną małżonków. Co dostajemy w zamian, to przeżycia, myśli i sytuacje, które zadziwiają, odpychają a bywają momenty, gdy stawiają włosy na głowie. Dostajemy smród, łkania, zardzewiałe rolety, zablokowane karty i sąsiadkę-wariatkę powtarzającą "Nie powinniście tu być(...) Tu nie ma ludzi. (...) To nie jest miejsce do mieszkania".

Powiedzieć o "Apartamencie", że to bardzo dobra książka, to mało. Ona jest niczym magnes, przyciąga nas czarną, mroczną okładką, bo z pomocą krótkich, czasem celowo szarpanych zdań, zamknąć nasze myśli w myślach i przeżyciach bohaterów. Dialogi, które seriami mocnych zdań oddają napiętą atmosferę panującą w przedziwnym, opuszczonym miejscu, pobudzają nasz układ nerwowy i nie pozwalają mu odpocząć. Opisy, które łagodzą atmosferę obrazami przepięknego miasta, jego mieszkańców czy choćby potraw, służą jedynie gwałtownemu spuszczeniu nas w przepaść sytuacji lub zachowań, od których chętnie ucieklibyśmy lub przynajmniej odwrócilibyśmy wzrok. Przy czym plastyczność języka, którym raczą nas autorzy powoduje, że przed oczami stają nam wspomniane miejsca, zjawy i dramatyczne, drgające niepokojem zdarzenia. Widzimy trampki ze Scooby Doo, odczuwamy bezczelne istnienie zjawy, mrożą nam krew dobywające się znikąd dźwięki. 
"Gęste, zatęchłe morowe powietrze uderza mnie w nozdrza, kiedy bezskutecznie szukam kontaktu. (...) Odwracam się i chcę wyjść, ale słyszę, a raczej czuję, cichy jęk dobywający się z dalszego kąta." (str.74)
Mnie, dość odpornej na strach, opisy owe nie przyprawiały o stany lękowe czy bezsenne noce, ale z całą pewnością można przyznać, że poczucie dyskomfortu, niejakiej niepewności i niepokoju, towarzyszą czytelnikowi przez cały czas, gdy podróżuje, myśli i działa wraz z bohaterami.

Bardzo podoba mi się podanie opowieści z dwóch perspektyw. Silna, niezwykle ale i zwyczajnie ludzka, skłonna do złości ale i oczarowań młoda mama Steph, skonfrontowana jest tutaj ze sporo starszym mężem, któremu dawne przeżycia, pourazowy stres, mniejsza odporność psychiczna a może po prostu większa wrażliwość na lęki, nie pozwalają pozbyć się natrętnych, wyniszczających i prowadzących do obłędu przeżyć. Obydwoje walczą, obydwoje we wszystkim czynnie uczestniczą, ale zupełnie inaczej zmagają się z niesamowitością "Apartamentu" i tym co następuje po nim. 
"Leniwie rozważam samobójstwo, lecz jestem na to za słaby. Nie mam nawet siły wstać, nie wiedziałbym od czego zacząć. Może jeśli będę tu siedział wystarczająco długo, wessie mnie ciemność. Czuję kwaśny zapach zastałego dymu. Zostałem sam na polu walki." (str.286)
Zakończenie jest dla mnie majstersztykiem. Autorzy zupełnie nie dali szansy nawet na szczyptę zgodnych z prawdą domysłów na temat ostatniego rozdziału, który prowadzi historię do końca. Do końca??? Nie uczynili ostatnich zdań ani happy endem ani dramatycznym finalnym pożegnaniem. Zawiesili nas w znakomitym niedopowiedzeniu i nie zgadzam się z opiniami, że owo zakończenie ujmuje książce wartości. Jest wręcz przeciwnie.


Nad wszystkim zaś, we wszystkim i poprzez wszystko fruwają włosy. Cięte, szarpane, wyrywane, zakręcane na palcu, gromadzone, wyrzucane, zwinięte na poduszce. Włosy, dużo włosów...
Uważajmy na włosy. I na apartamenty, które mogą okazać się tak huśtające układem nerwowym jak ten, stworzony pod wdzięcznym pseudonimem S.L. Grey przez parę pisarzy - autorkę thrillerów Sarah Lotz i twórcę fikcji Louisa Greenberga. Polecam. Zdecydowanie.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: The Apartment
Tłumaczenie: Joanna Gładysek
Liczba stron: 304

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca.


piątek, 3 sierpnia 2018

O czterech kobietach i zdjęciu.

"Niebo nad lasem" Renata Czelny - Kawa   6/10

recenzja powstała w ramach współpracy medialnej z autorką

Książka wpadła mi w ręce zupełnie niespodziewanie, przebiegłam przez nią niczym burza i muszę przyznać, że owa letnia burza była całkiem miłym doświadczeniem. Miłym, może nie porywającym, ale pozostawiającym wrażenie, że nazwisko Renaty Czelny - Kawy może się wkrótce okazać rozpoznawalne w świecie powieści obyczajowych. A skoro już o gatunku mowa, jest on dla mnie jednym z rzadziej czytanych, zatem jedynie wybitne pozycje określam jako bardzo dobre, godne zapamiętania i powrotów. W przypadku "Nieba nad lasem" najwłaściwszym określeniem wrażenia jakie pozostawiło, wydaje mi się poczucie krótkotrwałej acz intensywnej przyjemności, zatem i moja nadzwyczaj subiektywna, z racji nieco węższej skali porównawczej ocena, oscyluje w okolicach stanów średnich. Ale drodzy Państwo, zarówno dla autorki jak i dla mojego bloga, wyrażającego poparcie dla niej, są to początki literackiej przygody ze służącą rozrywce, uśmiechowi, oczarowaniom i wzruszeniom literatury obyczajowej.

Jak na lekką, przyjemną, typowo letnią opowieść, "Niebo nad lasem" ma wiele zalet, w tym takie, które zaskoczyły mnie swoją niebanalnością. Autorka, znana już wielbicielom gotowania z pysznej sernikowej książki kucharskiej, nie uciekła, i słusznie, od swoich zainteresowań. Lecz też, co bardzo dojrzałe, nie skonstruowała rozdziałów wokół opisów działań kuchennych czy wypisywania peanów na cześć smakołyków. Subtelnie wrzuciła nazwy potraw w opisy codziennych czynności, nie zakłócając płynnie prowadzonej akcji. Zainteresowani znajdą przepisy na końcach niektórych rozdziałów, a osoby mniej chętne do przegryzania w trakcie czytania, mogą swobodnie owe przepisy-przypisy ominąć, bez jakiejkolwiek szkody dla urody snutej opowieści.


Innym walorem książki jest bardzo sprawne posługiwanie się polszczyzną, która jest lekka, dowcipna ale nie infantylna. Co więcej, została znakomicie zróżnicowana w zależności od opisywanych czasów, form czy bohaterów. Może jedynie Róża, wdzięczna, subtelna dziewczynka, zdaje się czasem przemawiać językiem zbyt poetyckim jak na kilkuletnie dziecko. Ja sama rzadko spotykam małe dziećmi o tak wyszukanym sposobie komentowania rzeczywistości, stąd poczucie zbyt mocno ubarwionej niezwykłości małej bohaterki. Ale może ten zabieg miał na celu podkreślenie wyjątkowości dziewczynki, która przez większość opowieści pozostanie w sferze zasnutych mgła wspomnień?


Wspomniane zróżnicowanie językowe daje nam niezwykłą łatwość przenoszenia się w czasie. Jest bowiem, w tej pozornie współczesnej powieści, miejsce na opis całego niemal życia Kazi-Rózi, który wymaga sięgania w lata wojenne, potem zaś 50te dwudziestego wieku. Zarówno w sposobie opisu zachowań, jak i wspomnianym słownictwie, autorka pięknie prześlizguje się od współczesnej "kurtki wodnej" do matuli, córuchny i żoninych oczu. Aż serce się kraje, gdy nadziewamy się na korektorskie niedoróbki, które zrzucić chyba trzeba na karb pośpiechu i stresu debiutantki. Szukając usprawiedliwień czy też nie, warto na te niuanse zwrócić uwagę przy kolejnych powieściach, bo przecież za staranność, płynność i redaktorsko-korektorską dokładność zdobywa się szacunek i podziw czytelników. Tutaj niewątpliwie jest co podziwiać w kwestii treści, formy i samego stylu, zatem szkoda, by zakłócały je zgrzyty i złośliwe wypominki w stylu moich, wyżej wystukanych ;)


Pani Czelny - Kawa, z która mam przyjemność współpracować, wita nas w swoim literackim świecie pozycją lekką, przyjemną ale też nie pozbawioną tajemnicy, osłody humorem i nietypowymi wtrętami kulinarnymi. Dwieście stron szybkiej, spontanicznej, pełnej niezwykłych kobiet przygody
skłania do samych pochwał. Wraz z bohaterkami, ścigając się z czasem i własną niecierpliwością,  poszukujemy dawno zaginionej, wręcz uznanej za zmarłą Różyczki, po której pozostało przypadkiem odnalezione zdjęcie i dwa przedziwnie ukryte listy. To musi pociągać i zaciekawiać. Tym bardziej, że autorka przetyka ów pościg emocjami wyjętymi z czasów, gdy dziewczynki zabrakło w domu rodzinnym.
"Każdy z osobna dusił w sobie tęsknotę za wesołą dzierlatką, wnoszącą w ich chłopięcą rzeczywistość pewną dawkę delikatności, subtelności i niewysłowionej radości. Jej nieobecność była w domu dojmująca. Wisiała jak ciężka mgła, w której błądzi się po omacku." (str. 124)
Kolejne sto stron jednak, moim zdaniem, można było zmieścić w połowie mniejszym formacie, gdyż to, co następuje tak naprawdę już PO szczęśliwym zakończeniu, zbyt mocno zdaje się skręcać w kierunku pochwał innowacji kulinarno-dekoracyjnych. Odniosłam wrażenie, że tak naprawdę, ta ostatnia część książki mogłaby stać się przyczynkiem do kolejnego tomu lub odrębnie snutej opowieści, w której naczelnym tematem stałaby się realizacja życiowych zmian. A może, po prostu inaczej zredagowana, owa kawiarniana opowieść mogłaby stać się bardziej wtopioną w całość częścią powieści? Istnieje też możliwość, że Pani Renata ma już w głowie rozwinięcie wątku, który niczym klamra spina początek z końcem powieści, nie dając jednakże jasnego rozwiązania.



To były dwa przyjemne popołudnia. Popołudnia spędzone z niezwykłymi kobietami, które autorka opisała w sposób barwny i niezwykle sympatyczny. W miejscu, które łatwo sobie wizualizować jako niezwykle spokojne, pachnące podkarpacką łąką i babeczkami, podkarpackie wyobrażenie raju na ziemi. Z rodziną, której tylko pozazdrościć ciepła, dobroci i wzajemnego szacunku. Aż łatwo poczuć zazdrość i niedowierzanie. Ale czy nie o to chodzi w lecie, by schronić się w krainie baśni, miłości i koniecznie zakończonych szczęśliwie opowieści o szczęściu? 

Wydawnictwo: Ridero (integralny system wydawniczy)
Liczba stron: 318

Osoby zainteresowane zakupem powieści zapraszam w imieniu autorki na stronę www.rajdlapodniebienia.pl (zakładka "Niebo nad lasem").

Dziękuję Pani Renacie Czelny - Kawie za współpracę oraz Joasi Ł. za coraz silniejszą wiarę w to, że przypadki nie istnieją.

wtorek, 31 lipca 2018

O telefonicznej zbrodni i karze.

"Rozmówca" Chris Carter  7/10


Zemsta. Popleczniczka chcących odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Wspomożenie szukających wyjścia z sytuacji, gdy wahamy się pomiędzy samobójstwem a życiem w szaleństwie i nicości. Czy potrzeba jej dokonania to psychopatyczne myślenie czy też naturalny ludzki odruch? Być może potrafimy wybaczyć pielęgnowanie jej w głowie. Lecz czy potrafimy wybaczyć jej dokonanie? Na końcu tej powieści doszłam do wniosku, że tak samo łatwo jest nam oburzyć się na działanie pod jej wpływem, jak i odwrócić od niej wzrok w przyzwoleniu.

Detektywi Hunter i Garcia mają niełatwe zadanie. Morderstwa są bowiem dokonywane w sposób niezrozumiały, nie tylko ze szczególnym okrucieństwem, ale też z zaangażowaniem osób najbliższych ofiarom. Z jednej strona to wyjątkowo perfidny sposób pozbawiania życia w jakby "emocjonalnym duecie", z drugiej, mimochodem kpiący z przyjaciółki, męża czy siostry zadawanymi im pytaniami. Od tego bowiem, czy podczas wideo rozmowy ukochana osoba odpowie na dwa, zdawałoby się banalne pytania, zależy dalszy los więzionej osoby. I co niezwykle zaskakujące, owe pytania, które w większości przypadków wyśmialibyśmy, nagle okazują się być podstawą do zatrzymania oddechu i przerażenia świadomością, że przecież także MY, wszyscy, jak jeden mąż, moglibyśmy na nie nie odpowiedzieć, lub się w odpowiedzi pomylić. Bo któż od nas w dzisiejszych czasach wymaga kojarzenia tego typu szczegółów? I kogo dziwi niechlujność w zapamiętywaniu przy jednoczesnej powszechnej dostępności takich informacji?
"Zdjęcia, nazwiska, adresy, daty, lubiane bądź nielubiane rzeczy... wszystko tam było i wcale nie potrzeba geniusza, żeby zrobić z tego użytek." (str.128)

Świat technologicznie ułatwiający zmaganie się z zapamiętywaniem otaczających nas cyfr, kodów, dat, pozbawił nas jednocześnie umiejętności szybkiego kojarzenia, intensywnego myślenia czy przywoływania z pamięci istotnych informacji. Wszystko magazynujemy w mniejszych i większych, myślących za nas pudełeczkach, które stają się zrośnięte z naszymi dłońmi, oczami, a co za tym idzie, zachowaniami. Czasem można mieć wrażenie, że owe wynalazki działają nawet niczym odrębne, sterujące nami organizmy, zmuszając nas do stereotypowych zachowań, prowadząc do sytuacji, które jak się okazuje w "Rozmówcy", mogą mieć katastrofalne konsekwencje.

Tajemniczy rozmówca zdaje się wybierać swe ofiary nieprzypadkowo lecz bez wspólnego motywu, przeraża bliskich, uczynionych obserwatorami tragedii, na ich oczach dokonuje czynów niewyobrażalnych. Trzeba przyznać Chrisowi Carterowi, że w dziedzinie plastyczności drastycznych opisów ma niewielu równych sobie. Co przy tym zaskakujące, autor snuje śledztwo bez zbytniego rozbuchania, nie przekrzykuje ani swych bohaterów ani protagonisty, snuje podparte badaniami psychologicznymi rozważania, wprowadza dla większego jeszcze zaangażowania czytelnika tajemnicza postać szukającego zemsty Pana J, współpracując z mordercą, wiedzie nas na manowce pozornych motywów zbrodni.

Jest jeszcze jeden ogromny walor tej powieści. Chris Carter, ze świadomością wrażenia jakie zrobią na czytelniku suche fakty, podaje idealnie wkomponowane w akcje informacje o stalkingu, o seryjnych mordercach, o mediach społecznościowych - zatem o wszystkim tym, co steruje naszym postrzeganiem możliwych rozwiązań, co zmienia nasze tropy wraz z kolejnymi skojarzeniami detektywa Huntera. Wreszcie, kolejne tropy stara się także popierać przykładami czy osądami brzmiącymi profesjonalnie, nie pozostawiającymi wątpliwości co do ich prawdziwości.
"Większość zabójstw w USA jest wynikiem błędów w ocenie. Wystarczył moment niepoczytalności. Sekunda, w czasie której ktoś traci panowanie nad sobą. (...) Do jednej rzeczy potrzeba było specyficznego rodzaju człowieka człowieka - zimnego, wyrachowanego, sadystycznego, wypranego z emocji. Ta rzeczą było torturowanie ofiary przed śmiercią. Niewielu ludzi na świecie jest zdolnych do zadawania drugiej osobie ogromnego fizycznego bólu i odczuwania z tego przyjemności." (str.80)

Co do samego bohatera serii, autor nie przytłacza czytelnika doskonałością, wybitnością czy po prostu nadmierną obecnością policjanta. Po cichu, z miejscem na osobiste wtręty, zauroczenia i dowcipy, ze spokojem, który nie pozwala nam wpadać w niepotrzebnie serwowane w kryminałach drżączki i galopady, autor i bohater prowadzą nas ku rozwiązaniu. Zaś owo rozwiązanie może nie szokuje, może nie jest trzymające w napięciu na tyle, by z niecierpliwością ocierać pot z czoła z niepokoju o życie detektywa, ale rozpisane jest bardzo zgrabnie. Nie tylko nie jest to zakończenie błahe czy też stereotypowe, lecz, co bardzo lubię, pozostawiło mnie z pewnym dylematem moralnym, którym pozwoliłam sobie zacząć tę recenzję. Warto przeczytać, podążyć zarówno za bohaterami, jak i za każdym maleńkim śladem drugoplanowych postaci, i poszukać drugiego dna.

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2018
Tytuł oryginału: The Caller
Tłumaczenie: Mikołaj Kluza
Cykl: Robert Hunter (tom8)
Seria: Kryminał 
Liczba stron: 368

Za możliwość przeczytania książki dziękuję portalowi granice.pl


niedziela, 29 lipca 2018

O Drewniaku, co w nas mieszka.

"Dżozef" Jakub Małecki   10/10


Za każdym razem, kiedy sięgam po powieść Jakuba Małeckiego, by ją przeczytać i ocenić, czuję się nieco niekompetentna. Nie dlatego, że pisanie recenzji stanowi dla mnie trudność czy nowość, i nie dlatego, ze mam zaburzoną skale porównawczą, wynikająca ze zbyt małej liczby przeczytanych książek, bądź niewielkiej ich różnorodności. Bynajmniej też nie zasiadam do czytania z nastawieniem na odbiór idealny (choć przyznaję, taka myśl budzi się wraz z pierwszym akapitami). Problem leży zupełnie gdzie indziej. Jak do tej pory bowiem, w każdej powieści, po kilku pierwszych zdaniach wiem, że prawdopodobnie znowu nie będę umiała znaleźć odpowiednich słów, by oddać w tej krótkiej ocenie wszystko, co owa książka we mnie wzbudza: każdy moment wzruszenia, zawahanie nad zrozumieniem zachowań, współczucie rozrywające serce, brak oddechu przy scenach, które zupełnie zwyczajnie kogoś lub coś niezwykle cennego mi odbierają. 
Także i tutaj, w "Dżozefie", który przecież powstał wcześniej niż ukochane przeze mnie "Rdza" i "Dygot", a zatem mógł ucierpieć z powodu pewnych niedociągnięć, tak często zdarzających się młodym literatom u początku drogi, zadziałał ten sam syndrom: odwróciła się okładka, minęła strona, dwie, trzy... i przepadło moje życie, stałam się czytaniem. 

Gdyby przyszło mi stworzyć definicję słowa Dżozef według Jakuba Małeckiego, miałoby ono trzy znaczenia:
1.  Dżozef Konrad - po naszemu, po "polskiemu" spisane fonetycznie nazwisko wielkiego Josepha Conrada, w Anglii tworzącego, zatem i z angielska się piszącego. Polskiego chłopca, który na morzu i w nowej ojczyźnie stworzył dzieła, których walory nie podlegają dyskusji ani dla nas ani dla jednego, a potem wszystkich bohaterów książki.
2. Dżozef - alter ego Pana Staszka, zwanego Czwartym, jednego z pacjentów zajmujących salę szpitalną, która staje się scenografią zmieniającą się w takt snutej przez niego opowieści. Opowieści będącej powieścią wpisaną w powieść i stanowiącej jednocześnie podświadomy sposób na odzyskanie wolności. Przy czym wolność ową widzimy w znaczeniu tak szerokim, że jej brak obrazują i zbliżające się do siebie ściany jak i wypowiadane w malignie słowa, wyrzucające na świat noszone dotąd w sobie demony. 
"Jeśli czytelnik, który wsiąka w lekturę, zapomina o wszystkim, co znajduje się wokół niego, to nas dotknęło to w sensie dosłownym: wszystko poza naszą całkowicie zniknęło." (str.288)
3. No i jest przecież jeszcze umieszczony na okładce kozioł. Dżozef! wykrzykniemy podświadomie nadając mu imię. A gdy okazuje się że ów kozioł to po prostu Kozioł o zupełnie niepodbarwionym skojarzeniami imieniu Drewniak, to i tak nasz zawód okaże się przedwczesny, bowiem Drewniak będzie w sposób niewiarygodnie mocno, wręcz sprawczo związany zarówno z Dżozefem Konradem jak i Dżozefem Staszkiem. 
"Ja jestem tylko narzędziem, jestem jak strzała spuszczona z cięciwy. Kogo chciałbyś ukarać, znajdując człowieka z bełtem w sercu? Strzałę czy łucznika? " (str.262)

Jakub Małecki zaczyna prosto, wrzuca w szpitalne łózka trzy postacie zabawne w swej prostocie. Narratora Grześka, który ani typowym dresiarzem ani prostakiem, jak wynikałoby z dyskusji z kumplami, nie jest. "Nie miałem pojęcia, kiedy ja właściwie jestem sobą. jak gadam pod blokiem z chłopakami? Przy rodzicach? W sali szpitalnej z obcymi facetami w średnim wieku?" (str.37) Leszka - Kurza (ochrzczonego tak przez Grzesia od włosów na klacie), który jest biznesmenem mniej zuchwałym, mniej odważnym ale też bardziej uczciwym, bardziej szlachetnym i wrażliwym niż wynikałoby z bardzo stereotypowego początkowo stylu bycia. I Henia Jagiełło, marudę na marudami, który jest dokładnie takim chodzącym nieszczęściem jakim się wydaje. I może dlatego, że w tej swojej oczywistości jest nudny, autor wyrzuca go poza nawias opowieści i poza mury szpitalnej sali zaraz, gdy objawia nam się odpowiedź na pytania: kto, dlaczego i po co właśnie tutaj i właśnie teraz. Na scenę wkracza Czwarty - dojrzały Pan Staszek z kartonem powieści Josepha Conrada , który nada powieści inny wymiar, inne znaczenie a także, poprzez pretekst do wprowadzenia w szpitalną opowieść odrębnej biograficznej prozy, pozwoli Jakubowi Małeckiemu pokazać, jak bliskie jest mu pojmowanie świata, sposób przekazu, malowanie słowem, zachwyt opisową stylistyką Josepha Conrada.
Sam autor zresztą przed często spotykanym w artykułach czy recenzjach twierdzeniem o owym zachwycie (może i inspiracji?) Conradem nie wzbrania. I czemuż miałoby to służyć skoro z owego zachwytu otrzymujemy wpisane w polskie małomiasteczkowe, mało-społecznościowe a nawet mało-salo-szpitalne opowieści nie mające sobie równych? 

Powieść, którą pisze swa opowieścią Staszek jest sednem odpowiedzi na pytania, które każdy mógłby sobie postawić stojąc przed lustrem. O własną tożsamość, o samostanowienie, o zgodę na działanie pod dyktando wewnętrznych podszeptów, o sposoby walki ze złem, które możemy w sobie bezwiednie nosić, o ucieczki i powroty. I o Drewniaka. Bo chyba każdy z nas ma swojego Drewniaka. I swoje powieści trzymające Kozła na dystans. I swoją opowieść, która może uratować jeśli jeszcze na to czas. I swój szpital, w którym musi pojawić się Grzesiek, Kurz, Najpiękniejsza Pielęgniarka Świata, abyśmy mogli nie wyskoczyć przez okno w ramiona kuriozalnych drewnianych stworów. 
"Pomyślałem jeszcze tylko, że być może cała ta historia tak bardzo mnie intryguje, bo i ja mam swojego demona. Nigdy, przenigdy w siebie nie wierzyłem, uważam, że skończę kiepsko (...). Sam jestem swoim pierdolonym Kozłem Drewniakiem. Nikogo innego tak się nie boje jak siebie." (str.209)

Brzmi zupełnie nielogicznie? Nie daje rozwiązań i łatwych odpowiedzi? Ależ oczywiście. Musi tak brzmieć. Bo tutaj symbol goni symbol, metafory mnożą się zdanie po zdaniu, drewno nie jest drewnem a Kozioł kozłem. Bo tutaj świat to ściany, bo tutaj życie to uleganie lękom lub ich zwalczanie, bo tutaj życie to wola mniej nasza niż tych, którzy ją skierowali na inną ścieżkę. Bo to Jakub Małecki przecież, bo to jego Kozioł Drewniak, jego "Dżozef" i nasz zachwyt, który pozostanie na długo. Nie mogę wziąć powieści w cudzysłów, nie mogę wyjaśnić tego, co mnie samej zostanie na długo w głowie w zastanowieniach, sprzeciwach, realiach i wyobrażeniach. W jawie i śnie.
Poza tym, przecież "Żyjemy tak, jak śnimy. Samotnie". (str.139)

Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2018
Liczba stron: 320

środa, 25 lipca 2018

O ciszy za sceną.

"Największe przeboje" Laura Barnett 7/10

 

Scena, na której widzimy wtopione w światło gwiazdy, osoby będące źródłem płynących z ust emocjonalnych słów, energiczne wulkany wzruszeń i złości skrywanych za choreografią, postacie patrzące na nas oczami pełnymi zachwytu spełnianiem egocentrycznego marzenia o sławie, często zasłania nam prawdziwe oblicze stojących na niej ludzi. Bo największym z "zapomnień" wydaje się tutaj to, że oni w ogóle SĄ ludźmi. Że targają nimi rozterki, że często mają za sobą wyboiste drogi, że ich serca są łamane a ich uczucia wystawiane na próbę. I o tym, kim mogłaby być i co mogłaby dźwigać w bagażu przeszłych doświadczeń folkowa piosenkarka, dziś już w dojrzałym wieku, właściwie u schyłku kariery, opowiada nowa powieść Laury Barnett "Największe przeboje".

O tym, że Pani Barnett pisze bardzo obrazowo, snuje opowieści z pozorną łagodnością lecz i mocno podkreślając momenty, które bolą czytelnika współodczuwającego udręki i rozterki bohaterów, przekonaliśmy się już w poprzedniej, dobrze przyjętej powieści "Wersje nas samych". O tym zaś, że z łatwością wierzymy w realne istnienie Cassandry Wheeler, folkowej/popowej piosenkarki, która właśnie w tym, wybranym dla niej przez autorkę momencie życia, decyduje się na powrót w świat muzyki z pewnego rodzaju muzyczną i życiową retrospekcją, przekonujemy się w fikcyjnej biografii serwowanej nam tutaj.
Świat muzyki to świat ludzi wrażliwych. Nadwrażliwych. Słyszących w głębi siebie melodie i słowa, które niosą ich przez życie, które stanowią jedyną możliwą drogę, i od których nie ma ucieczki, nawet gdy konkurencję stanowić będą najbliżsi, dzieci, partnerzy, rodzina.
"Nie ma nic prócz tego miejsca, nic prócz tej chwili, a ona jest wszędzie i nigdzie, nurkuje i pływa w tym basenie dźwięków. Fale, wiry i prądy ciągnąca ją w dół. (...) na koniec piosenki wynurza się i łapie oddech, po czym następuje chwila ciszy i bezruchu, tak krótka, że Cass niemal jej nie zauważa, bo teraz już klaszczą, krzyczą, wybijają własne rytmy pierwotnym uderzeniem dłoni w dłoń." (str.189) 


Maria Cassandra, po dość dramatycznym okresie dzieciństwa trafia na próg artystycznego domu swojej ciotki. Wraz z bardzo jeszcze młodziutką dziewczynką przekonujemy się o nietypowości życia w takiej rodzinie, o dostrzeganiu w sobie talentu, a z wiekiem i o swojej wyjątkowości. Ta ostatnia świadomość prowadzi czasem do popełniania błędów, dokonywania wyborów, które latami będą ją prześladowały swoja niedoskonałością i konsekwencjami. Owa wyjątkowość poprowadzi ją też jednak na sceny brytyjskie i amerykańskie, w światła jupiterów, do studiów nagraniowych, na salony gwiazd niezwykłego formatu. Tutaj autorka wspiera domniemaną realność swej opowieści nazwiskami artystów i producentów jak i nazwami zespołów, które każdemu fanowi ówczesnej muzyki są nie tyle znane, co wręcz wzbudzają poczucie zachwytu i niemałej zazdrości wobec spotykającej ich na swojej drodze bohaterki.

Poprzez plątaninę owego rodzinnego, choć mocno zagmatwanego i artystycznego, trudnego do zdefiniowania życia, poprzez narkotykowe i alkoholowe zachłyśnięcia oraz wielkie wybuchy uczuć i namiętności, skrywanych głęboko tęsknot i bólu nie do pojęcia, Cassandra poznaje obie strony tego innego od naszej codzienności życia. Jasne strony, które niesie za sobą sława, miłość i macierzyństwo i te ciemne strony, które artysta nosi gdzieś poza sobą, gdzieś ponad trasami, koncertami i nagrodami. Nosi je dlatego, że jest artystą, wolnym ptakiem, odrębnym bytem ale i dlatego, że ów artysta sam często zdaje się zapominać, że jest człowiekiem, tyleż wielkim, co nieodpornym na ból i straty, niezdolnym zapomnieć, niezdolnym się otrząsnąć i czasem niezdolnym nie upaść.
"Bo Cass ciągle zadawała sobie pytania, jaką była matką, jaką żoną, jaką kobietą. Samolubną, targana konfliktami, pełną złości, niedoskonałą. Kobietą, która nie zasługiwała na miłość. Której na pewno lepiej będzie w samotności." (str.499)


Fantastyczna konstrukcja "Największych przebojów" pozwala nam nieustannie stapiać się z opisywanym na jej kartach życiorysem. Opowieść przeplata bowiem czas obecny, gdy Cassandra, po latach walki z wewnętrzną ciszą, pojawia się w studiu by nagrać płytę opowiadającą dawnymi piosenkami o tym, co przyniosło jej życie, z czasem przeszłym. Ów przeszły czas autorka wkomponowuje w rozdziały nazwane tytułami piosenek, po czym każdy z nich rozpoczyna od tekstu owej piosenki. Tekstu, który prowadził nas będzie przez wydarzenie idealnie stopione ze słowami, które w danym czasie Cassandra dokładała do grającej jej w duszy muzyki.


Wielkie wrażenie zrobiła na mnie oprawa artystyczna powieści Laury Barnett. Brytyjska piosenkarka Kathryn Williams, nawiązując współpracę z pisarką, swój czternasty album postanowiła poświęcić połączeniu tekstów stanowiących zawarte w powieści piosenki z własnymi kompozycjami. Tak więc, nie do wiary!, autorka, piosenkarka i sami wydawcy pomagają nam odpłynąć wraz z subtelną Cassandrą w świat muzyki, zagrany i zaśpiewany specjalnie ku naszemu współodczuwaniu. Każdy rozdział okrasić możemy wysłuchaniem śpiewanej opowieści. Tutaj fikcja się kończy, ta płyta naprawdę istnieje a posłuchamy jej na przykład pod adresem: https://open.spotify.com/album/7lFzJlwJZoMxRRsIdStApH, a sama autorka w notce kończącej książkę pokieruje nas także do sklepu.
Ktoś może uznać za godne pożałowania, że tak piękne wsparcie wokalne nie pojawiło się bezpośrednio w powieści jako dołączona płyta lub w innej formie gwarantującej do niej dostęp, ale czy nie bywa tak, że wolimy sobie wyobrażać? Tworzyć własne wersje? Własne interpretacje i wizje twórczości bohaterki? A jeśli nawet tak nie jest, to racjonalnie patrząc, cena powieści musiałaby wzrosnąć dość drastycznie. zatem komu wyobraźnia, temu dusza zagra. Komu wersja Kathryn Williams temu niezawodny świat internetu.


Pięknie podana przez wydawnictwo, z okładką w formie płyty, zupełnie zaskakująco ubrana w rozdziały opisujące fragmenty życia wsparte tekstami odpowiadających im utworów, barwnie i opisowe skonstruowana opowieść  pełna artyzmu, szaleństwa ale też cierpienia, traum i rozpaczy. Wszystko to podane subtelnym, bardzo kobiecym językiem sprawia, że z przyjemnością przechodzi się przez opowieść, która nie jest przecież jakimś wyjątkowo wciągającym thrillerem czy kryminałem, która jest tak zwyczajna w swym prawdopodobieństwie, że w opisie może wydać się komuś nudna. Ale tutaj nie ma nudy, tutaj jest życie. Życie dziewczynki, kobiety, matki, gwiazdy. Życie utkane z radości i smutków. Zwyczajne życie pewnej artystki, życie, które tak często dla obserwatorów wydaje się być niezwyczajne.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: The Greatest Hits
Tłumaczenie: Anna Krochmal, Robert Kędzierski
Ilość stron: 528

Dziękuję wydawnictwu Czarna Owca za możliwość zapoznania się z powieścią w przeddzień premiery.

poniedziałek, 23 lipca 2018

O sercu i rozumie.

"Za dużo przypadków" Jeffrey Archer  (audiobook) 3/10


Bywa tak, że w trasę wyrusza się nagle. Trasa dość długa, samotna, zawodowa... wiadomo. Radio to dobry towarzysz podróży, no ale książka!... Proszę Państwa!... książka towarzyszem jest idealnym. A gdy dłonie na kierownicy, wtedy moja dusza czytelnicza łaskawie zgadza się na audiobooka.

Jeffrey Archer to jeden z tych autorów, których znam i lubię od dawna, i za którego (niestety pochopnie) poręczyłabym, gdyby ktoś zapytał czy warto po niego sięgnąć. Wprawdzie nie obdarowuje nas dziełami na miarę klasyków poetyckich opisów i rozrywających serce emocjonalnych bitew, niemniej służy wyśmienitej rozrywce, bez zbędnych obciążeń, potrzeby nadmiernego skupienia - zdawać by się mogło, ideał nieobecnego pasażera w podróży. Niestety nie w tym konkretnym przypadku.


A skoro o przypadkach mowa... "Za dużo przypadków" to niedługie opowiadanie, 60 minut opowiastki czytanej przyjemnie, acz moim zdaniem nieco zbyt słodko, przez Dorotę Pomykałę. Choć może Pani Dorota, okraszając dialogi westchnieniami i naiwną słodyczą w głosie, ratowała tekst, który według mnie na papierze nie obroniłby się przed odłożeniem. Bohaterka - naiwna acz sympatyczna Ruth, przeskakuje w trakcie ledwie godzinki przez trzy związki, trzy największe miłości życia, trzy oczarowania i jeden solidny upadek na cztery litery. Na szczęście słuchacz nie omdlewa z rozpaczy, gdyż nie ma ku temu powodów po szybkim ekonomicznym ocenieniu zysków i strat bohaterki. Bo przecież od początku jest jasnym, że całe opowiadanie rozpisał nam autor według znanego, niekoniecznie lubianego wzoru: "jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze". Jedyna osoba, która o tym nie wiedziała, to otumaniona męskimi zalotami Pani Ruth.


Jest (powiedzmy) romantycznie, ale cóż ma w sobie z romansu trzykrotne wpadanie po uszy w miłostki? Chyba tylko naiwność i beztroskę typową raczej dla nastolatek a nie matek dwóch, uczęszczających już do szkoły synów. Zatem może mamy tu suspens i niecierpliwe oczekiwanie na kolejne zaskakujące akapity, co przecież przychodzi Panu Archerowi bez trudu? Nic z tego, niestety. 


A zatem, czy cokolwiek pozytywnego wynika z przesłuchania owego audiobooka? Otóż, dostajemy lekcję wartą zapamiętania. Nawet gdy ma to być umilacz drogi, nawet gdy nie zależy nam na rozpamiętywaniu rozterek bohaterów długo po ukończeniu słuchania, poświęćmy jednak więcej niż chwilę na wybór odpowiedniej słuchanej lektury. I jednak nie oceniajmy po okładce, ups, przepraszam, po nazwisku. Bo miało być pięknie, a niestety nie było. 


Wydawnictwo: Mozaika, 2000
Tłumaczenie: Dorota Sękalska
Czyta: Dorota Pomykała
Czas odtwarzanie: 1 godzina 17 minut

opowiadanie pochodzi z tomu: "Krótko mówiąc"