Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

O ratunku wcielonym.

"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuart Turton 9/10



Człowiek zna siebie doskonale. Swój wygląd, zmieniony ubraniami, makijażem czy fryzurą opisze bezbłędnie. Charakter, ukształtowany latami doświadczeń, będzie mu podpowiadał takie a nie inne zachowania, nie będzie go dziwiło to, co oswojone, zaskoczy to, co wcześniej niespotkane.
A gdybyś któregoś ranka obudził się z nie swoimi dłońmi, niósł na nogach nie swoje ciało a to, co miałeś zakodowane w myślach mieszało się z myślami tej innej, nadanej z góry osoby? I jeszcze maleńki kruczek - a co jeśli to wszystko działo się będzie osiem razy? Oj nie, przepraszam, osiem razy ale w odcinkach, przerywane, z przerwami na sen, oszołomienie, epizody utraty przytomności? Brzmi zawikłanie? I bardzo dobrze. Właśnie taka - zawikłana, zmieszana a nawet wstrząśnięta, przerywana nagle i niespodziewanie, nieprzewidywalna w czasie, na szczęście dość przewidywana w przestrzeni, jest książka Stuarta Turtona.

Aiden Bishop znalazł się w posiadłości Blackheath dobrowolnie, ale to pewne sploty wydarzeń zmusiły go do podjęcia takiej decyzji. Inne osoby są tam z innych powodów, w innym celu i w innych postaciach. I właśnie o postacie tutaj chodzi. Każdy dzień to inne wcielenie, każda przerwa w dniu prowadziła będzie ku innej postaci, przeniesie bohatera w inny dzień. Będzie zapętlony w poszatkowanych ośmiu dniach. Będzie łączył doświadczenia i okrycia każdej z przeznaczonych dla niego osób. Będzie się zmagał z silnymi, przedzierającymi się przez jego własną, osobowościami postaci, których rolę musi przyjąć. A wszystko po to, by rozwiązać zagadkę śmierci córki właścicieli - Evelyn Hardcastle. Siedmiu śmierci.
"Był pan lekarzem. (...). Potem kamerdynerem, dzisiaj playboyem, jutro bankierem. Żaden z nich nie jest pańskim prawdziwym obliczem ani pańską prawdziwą osobowością. Tych został pan pozbawiony, kiedy wkroczył pan do Blackheath, i zostaną panu zwrócone dopiero wówczas, gdy opuści pan tę posiadłość." (str.87)

Treść można albo zawrzeć w kilku zdaniach, jeśli chcemy odpowiedzieć na błahe pytanie: o czym jest książka? albo uznać za niemożliwą do opowiedzenia. Trzymanie się chronologii nie jest możliwe, bo taki właśnie zamysł kieruje tym niezwykłym kryminałem. Biegamy między postaciami, wracamy do umieszczonej w okładkowej wklejce mapki by zlokalizować ponownie budzącą się postać. Odwracamy w pośpiechu kartki by dzięki zamieszczonemu na wstępie zaproszeniu na bal określić kim właściwie jest ta postać, do której wracamy kolejny raz i dlaczego wie tak mało lub tak wiele.

Jedno miejsce, zaniedbane, na siłę przywrócone do koślawej świetności. Za to czas rozpierzchł się po stronach książki w całkowitym chaosie. Musimy przez ów chaos (zamierzony!) przedrzeć się wraz z Aidenem (i jego pozostałymi wcieleniami) by dotrzeć do finału, by po drodze uratować jeszcze inne osoby, by nazwać winowajców, by zamienić zło w dobro. Ileż tu zwrotów akcji, zawirowań, punktów widzenia, bałaganu, który trzeba posprzątać by ułożyć wydarzenia w równy stosik.
"(...)czuję, jak moje wszystkie wcielenia rozsadzają mi czaszkę. W tyle głowy tłoczą się ich wspomnienia, których ciężar trudno wytrzymać. Pragnę tego samego co oni. Czuję ich ból, ich lęk budzi we mnie taki sam strach. Nie jestem już człowiekiem, jestem chórem." (str.408)

To wymagająca książka, potrzeba wielkiego skupienia by nie zgubić tropu Aidena, trzeba otwartego umysłu by zrozumieć rolę Lokaja czy Pana Dżumy, jak i tajemniczej Anny. Trzeba dać sobie czas na powroty, zastanowienia i nie zgubić jednocześnie radości z tego, co czyni książkę doskonałym kryminałem - tempa akcji. A przy tym, nie zapomnieć się dobrze bawić, czerpać z niebanalnego humoru autora, napawać się plastycznym językiem i niezwykła umiejętnością sprawnego manipulowania czytelnikiem. To wybitna książka, innowacyjna, napełniająca wiarą w to, że w gatunku kryminał nie zostało jeszcze powiedziane ostatnie słowo. Gorąco polecam.

Wydawnictwo: Albatros, 2019
Tytuł oryginału: The Seven Deaths of Evelyn Hardcastle
Tłumaczenie: Łukasz Praski
Liczba stron: 514

czwartek, 4 kwietnia 2019

O życiu dla zemsty.

"Najszczęśliwsza" Max Czornyj  6,5/10



Odwieczna walka. I tym razem nie zwyczajnie: dobra ze złem. Tym razem siłują się miłość i zemsta. Rozum i nadzieja. Wiara, że coś mogło się w życiu zdarzyć zupełnym przypadkiem i chęć ukarania za dramaty życiowe wszystkich, których z owymi dramatami, choćby odlegle powiążemy. Słodycz dnia codziennego miesza się z podejrzeniami. Ogromna rozpacz po stracie i chęć odnalezienia winnych dawnej zbrodni, walczy z potrzebą spokoju, ukojenia, powolnego zapominania.

Kompletnie odseparowane od siebie wątki prowadzą nas przez światy dwojga bohaterów. Dawid Kaster, malarz tyle słynny co mało (jego zdaniem) wyrazisty, prowadzi luksusowe, spokojne życie w blasku sławy. Gdy na jednym z wernisaży znajduje w toalecie ciało swojej bestialsko zamordowanej żony, świat staje na głowie. Rozpacz rządzi jego życiem przez wiele kolejnych dni i miesięcy. 

"Nigdy nie przypuszczałem, że cierpienie psychiczne może wywołać prawdziwy, piekielny ból. Ledwie się poruszałem. każdy mój mięsień zamienił się w sztabę rozgrzanego do czerwoności metalu. Nie mogłem oddychać. Charczałem." (str.42)
Utopionych w niesamowitym żalu, w wyciu po utracie, autor przenosi nas w czasie o cztery lata, układa bohaterowi życie w przyzwoicie łagodną stagnację, a następnie łamie ją listem, a potem prezentem od zmarłej żony. Kpina? Ktoś o perfidnie czarnym poczuciu humoru chce zniszczyć spokój malarza? Chce pokazać mu, że cierpienie, które zniósł to wciąż za mało? A może prawdziwym jest, kołaczące się z tyłu głowy podejrzenie, że Ilona żyje???

 
Jednocześnie, w wiele mówiącej opowieści "Moje żale (kolejny numer)" pojawiają się w książce wyrywki z pamiętnika, a może tylko z pamięci zupełnie niezwiązanej z poprzednim wątkiem kobiety. Szczęśliwa matka i żona, wiodąca pełne miłości i domowego ładu życie, zaczyna wiązać zniknięcie pewnej mieszkanki Lublina z dziwnym, innym niż dotychczas zachowaniem męża.
Pamiętnik, pojawiając się pomiędzy zwartą opowieścią z życia Kastera, opowiada nam też o dawnych wydarzeniach z życia bohaterki. Wydarzeniach tragicznych, ściskających za serce, każących się pochylić nad postępowaniem często zamiatanym przez społeczeństwo pod dywan.


Dwie historie, których nie łączy nic. Nawet imiona. Nawet
podobieństwo rodzinne. Nawet najdrobniejszy element mogący przywieźć na myśl inną postać. Historie, które gwałtownie zderzą się u końca książki, zaskakując czytelnika tak bardzo, że wyda się to wręcz nieprawdopodobne. I gdyby nie posłowie autora, być może uznalibyśmy, że to historia, za która należałoby Maxa Czornyja ganić, zarzucić mu zbytnie fantazjowanie na temat świata, który nazywa realnym. Ale owo posłowie jest.

Zaskakująco ludzka jest ta książka. Zaskakująco odległa w klimacie od wcześniej czytanej przeze mnie trylogii, choć nie zmieniająca ani formy ani tematyki bliskiej autorowi. Max Czornyj znalazł w sobie nieznane mi z poprzedniej twórczości pokłady wrażliwości. Bohater - malarz o nikłej wierze w swoją wartość, ukazuje się nam jako uosobienie ogromnych emocji. I tych rozszarpujących serce i tych, które miłość wynoszą na piedestał. 

"Nie da się zagłuszyć własnych myśli, co najwyżej można je upić. Poplątane nie są już tak groźne." (str.221)

Inne, podane z głębszym wglądem z ludzką psychikę są opowiedziane przez autora historie. Obie dramatyczne, w finale dalekie od prawdy drzemiącej w duszach bohaterów. Serwowanemu daniu nie brak Czornyjowej krwistości i pikanterii, ale gładkość sosu sklejającego całość jest dla mnie wielką niespodzianką. I choć spodziewałam się dobrej, mocnej, popartej wcześniejszym doświadczeniem literatury kryminalnej, to jednak "Najszczęśliwszą" przeczytałam z o wiele większą niż spodziewana przyjemnością. 

Wydawnictwo: Filia, 2018
Seria: Mroczna Strona
Liczba stron: 420

środa, 27 marca 2019

O złych oczach.

"Mroczna cisza" Will Dean  6/10


Powroty do wydarzeń, które zamykane były z nadzieją, że robi się to na zawsze, często są tematem thrillerów. Bo trudno o inny powód powrotu do niekochanego miejsca, do drastycznych wspomnień, do nierozwiązanych morderstw niż kolejna śmierć, czy też inne warte zbadania dramatyczne wydarzenie. Czasem jest ono mniej dramatyczne ale równie smutne - jak śmiertelna choroba matki. Kiedy zaś autor połączy powrót do krainy chłodnych uczuć i umierania z niespodziewanym morderstwem, makabrycznym i odbijającym się echem od przeszłości, dostaniemy temat dla thrillera doskonałego. 

W "Martwej ciszy" obiecująca spokój, przerywana wizytami w szpitalu, próbami zagojenia ran i zażegnania dawnego konfliktu egzystencja w szwedzkim, zagubionym w lasach miasteczku, nagle zostaje złamana zbrodnią. W głębi lasu, w pobliżu odludnej, maleńkiej miejscowości, znalezione zostają dwa ciała pozbawione oczu. Przypomina to nierozwiązaną sprawę morderstw sprzed dwudziestu lat. Wtedy też mordowano mężczyzn, wtedy też wyłupywano im oczy. 
Głucha reporterka małej lokalnej gazety, stacjonującej w pobliskim miasteczku Gavrik, natychmiast wyrusza na poszukiwanie winnych, a przede wszystkim tematu, który uczyni ją sławną, pozwoli odnaleźć miejsce wśród twórców wielkich tytułów medialnego świata. Sprawa ta jednak okazuje się być dla Tuvy powodem walki z zupełnie inną ciszą niż ta, znana jej z codzienności.
"To cisza ostateczna, tak jak ostateczna jest śmierć. Jest gęsta i głęboka. Jeśli chce, mogę się nią otulić. I mogę ja włączać i wyłączać, a wy nie." (str.83)

Gdzieś na skraju tego budzącego niepokoju, starego, rozległego lasu, na wydartym mu poletku, w kilku domach, dzieje się przedziwne życie. Każdy z mieszkańców to odmieniec, osoba wypełniona zagadkami. Jeśli nie produkuje ohydnych trolli to skrywa się tutaj przed przeszłymi oskarżeniami. Maleńka kraina ciemności, niepewności, gdzie każdy spoza niej jest intruzem.
Podczas śledztwa okazuje się, że miasteczko skrywa niejedną tajemnicę. Że nie jest tak, jak sądzi większość obserwatorów. To nie jest maleńka społeczność pozbawiona wad, żyjąca w zgodzie z naturą i polująca tylko, gdy tego potrzebuje. 
"Jeśli dobrze się rozejrzeć, prawie każdy w tym miasteczku ma motyw, żeby zabić prawie każdego z pozostałych mieszkańców." (str.244)
Właśnie tutaj swoje śledztwo prowadzi dziennikarka, która wróciła w te strony opiekować się chorą matką. Czy fakt, że jest głucha, przyda jeszcze większej niepewności i lęku czy zostawi zewnętrzny świat poza bohaterką? Czy będzie na tyle dociekliwa by znaleźć tego, kto zabija i wyłupuje oczy? Czy zostanie ocalona?

Bardzo obiecujący początek wskazywał na lekturę mroczną, pełną tych małomiasteczkowych tajemnic, które zwykle prowadzą do wielkich zbrodni. Wydawca dodatkowo obiecywał, że kryminał roztoczy "atmosferę rodem z Twin Peaks". I faktycznie, wrażenie pozbawionego barw, rozedrganego strachem i niepewnością niepokoju, wykreowana przez Willa Deana, nie zawodzi. To co otrzymujemy, to od pierwszego do ostatniego rozdziału mroczna opowieść ze szwedzkiego lasu. Lasu, który tutaj nie jest ostoją spokoju czy pełną półcieni świątynią odpoczynku. Tutaj las to siedlisko nieprzyjaznej zwierzyny, kąsających owadów, rozkładających się resztek zwierząt. I ludzi? Las jako gęstwina pełna pułapek, tajemnic. Odrębny świat.
"Jestem głucha ale słyszę wszystko, każde trzaśnięcie gałązki, pohukiwanie sowy, skrzypienie gałęzi. Myślałam, że w takich miejscach panuje upiorna cisza. Myliłam się. Panuje w nich upiorny pieprzony hałas." (str. 146-147)

Opowieść zbudowana jest wedle wszelakich praw rządzących dobrym kryminałem. Jest zawarte w każdym wydarzeniu drżenie niepewności, jest uparte kierowanie nas w niewłaściwą stronę, są zupełnie chybione podejrzenia. Bohaterka jest niezwykle ciekawa, nie pozbawiona mądrości ale i ludzkich odruchów. Samo jej kalectwo, odbierane często jako dar, a nie powód do dramatyzowania czyni ja osobą wyjątkową.
"Wy tak nie potraficie, prawda? A ja potrafię się odciąć od niemal wszystkich dźwięków, kiedy chcę się skoncentrować lub zrelaksować." (str.61)
Mrok, błoto, przenikliwe zimno podtrzymują ponura atmosferę. Gdyby nie dłużyzny w środku opowieści, gdyby nie plątanina zbędnych powrotów w te same miejsca i emocje, byłoby strasznie i zapierająco dech. Teraz jest dobrze, w mrocznej, wilgotnej atmosferze, z nieprzychylnymi lokalsami i zupełnie nieoczekiwanym zakończeniem książka broni się, czasem lepiej czasem gorzej przed nudą. Podobało się, warto przeczytać, bez przymusu, w wolnej chwili.

Wydawnictwo: Burda, 2018
Tytuł oryginału: Dark Pines
Tłumaczenie: Marta Komorowska
Liczba stron: 376 

dziękuję portalowi CzytamPierwszy.pl za egzemplarz recenzencki 

niedziela, 24 marca 2019

O amerykańskiej jawie.

"Fuck America" Edgar Hilsenrath  7/10


Książka o prostej formie, emigrancko bezczelnej i wulgarnej treści, dialogach bez ozdób, didaskaliów, oprawy budowanej z pięknych słów. Banalne tematy, spośród których wyzierają wyparte przez bohatera pojedyncze echa holokaustu.

Ojciec Jakoba Bronskiego prowadzi tuż przed wybuchem wojny listowną wojenkę z konsulem amerykańskim. Na jego prośby o ratunek przed falą nazizmu zalewającą Niemcy, odpowiedzią są listy pełne liczb, statystyk, wyliczeń obrazujących miejsce potencjalnego emigranta w szeregu. Taki prolog funduje nam Edgar Hilsenrath. Prolog, po którym wraz z bohaterem wykrzykujemy głośnym chórem "Fuck America".

Mijają lata. Te wyliczone na oczekiwanie. Może nawet kilka więcej. Wraz z nadal młodym ale "staro wyglądającym" Jakobem, przeżyliśmy wojnę i wyparliśmy ją z pamięci na rzecz codziennej imigranckiej walki o przetrwanie. Zmartwimy się niemożnością ulżenia popędom seksualnym, zjemy w kafeterii przyznaną nam tanią zupę, pokelnerujemy by utrzymać się przy życiu przez kolejne kilka dni. Będziemy oszukiwali, trochę kradli, pracowali tyleż nieumiejętnie co z niechęcią i będziemy znali swoje szarobure miejsce w społeczeństwie dobrobytu i wyobrażenia o karierze "od pucybuta do milionera".

Gdzieś, pomiędzy dialogi proste, nie pozwalające poznać rozmówcy, plecione z powtórzeń, potwierdzeń i zaprzeczeń wrzucimy, niemalże przypadkiem, jednowyrazowe, czasem zdaniowe wspomnienie obozowe, wygnańcze, krzyk spośród ruin, spośród trupów. Ale mówić o tym nie będziemy. O tym napiszemy. Książkę. 
"Kim jest Jakob Bronsky? Dlaczego pisze w języku, który nie jest tutaj na topie i którym mówią tylko przybysze najświeższej daty? Co on osiągnie swoją pisaniną? Prawdopodobnie nic. Co ten Jakob Bronsky wie o american way of life? Czy on wie, że tylko sukces ma jakieś znaczenie, nic poza tym?" (str.99) 

Kpina z amerykańskiego snu, ironiczny wgląd w międzynarodowe, fachowe zrzucanie odpowiedzialności na innych. I jeden rozdział, w którym serce płonie z żalu i gniewu po Zagładzie, po jej wizjach, po dwóch alternatywnych niemożliwościach godnego, a może jakiegokolwiek jej przeżycia.
"A kiedy wojna się skończyła, było nagle dwóch Jakobów Bronskich. (...) Jeden Jakob Bronsky, który stracił życie z sześcioma milionami, i drugi Jakob Bronski, który przeżył tych sześć milionów." (str.258) 
 
Groteska, kpina, wielki ból, żal, wytknięcie palcem prawdy.

Okładkowe pozory mylą. To nie bajka, to nie sen i nie dziecinna kolorowanka. To wyjątkowo ciekawie potraktowana treść, ubrane w niepozorną banalność słowa wielkiej wagi. Trudno się oderwać, czytać równie trudno. Ale warto.

Wydawnictwo Literackie, 2019 (1980)
Tytuł oryginału: Fuck America (Bronskys Gestandnis)
Tłumaczenie: Ryszard Wojnakowski 
Liczba stron: 300

czwartek, 21 marca 2019

O złym we wsi.

"Inkub" Atrur Urbanowicz  9/10  


Recenzja przedpremierowa.
Premiera: 3 kwietnia 2019.

Człowiek jest słaby. Słaby i zachłanny. Niby nie wierzy w czary, ale w swojej słabości im ulega. Oburza się na jakiekolwiek przejawy sprzedajności ale oddaje swoje myśli i czyny złym mocom, gdy może w zamian opływać w luksusy, spełniać paradoksalne czasem marzenia, mścić się pomimo niemocy. Człowiek ulega zachciankom a domniemane zagrożenie zbywa machnięciem ręki. Jak powiada: woli żyć szybko, kochać mocno i umierać młodo. Woli sprzedać duszę diabłu niż zaakceptować swoją mizerność, niedoskonałość, "niezauważalność", pechowość. Może nawet, jak twierdzi Artur Urbanowicz zostać czarodziejem, czarownicą i zniszczyć życie innych. Może potem zabić, spopielić, zrównać z ziemią. Z płochości i egoizmu. A to wszystko w sposób, jaki pokazuje nam "Inkub".
"Racjonalność przestała istnieć, zwyciężały pierwotne, zwierzęce instynkty." (str.450)

Tytułowy inkub to postać nierozerwalnie związana z wiarą w moce piekielne. To służebny demon, który ową pozorną podległość sprowadza do jednego: pokornego oczekiwania na śmierć tego, który zawarł pakt z diabłem, i któremu za ów pakt przyjdzie zapłacić duszą. Tytułowy twór pojawi się w powieści dla zaakcentowania omylności człowieka, który czerpie radość z władzy nad innymi, będzie obrazował mrocznego demona stojącego nieustannie niby u boku, a tak naprawdę nad głową wybrańca piekieł. Przyjdzie z nim zmierzyć się Vytautasowi Česnauskisowi, policjantowi na wpół litewskiego pochodzenia z komendy miejskiej w Suwałkach.

Bohater pojawi się w maleńkich Jeziodorach w pozornie prostej sprawie śmierci starszego małżeństwa. Sprawa ta jednak przestanie być choćby w maleńkim stopniu prostu tuż po otwarciu drzwi do ich chaty. Potem będzie już tylko dziwniej, straszniej, a duch czarownicy, znanej w tych rejonach już czterdzieści lat wcześniej, znów zacznie krążyć nad podejrzeniami i przypuszczeniami. W dwutorowej opowieści autor powiedzie nas i czasem obecnym, i wydarzeniami sprzed kilku dekad, przez dni podległe czarom, kierowane złymi mocami, oddane piekłu i zapomniane przez Boga. Będzie spinał opowieść powtarzalnością niektórych niesamowitych zdarzeń, podobieństwem obecnych nieszczęść, samobójstw, śmierci, do tych sprzed lat. Ponownie pogubi dzieci, pokryje ciała popiołem, zniszczy uprawy, rozsieje zamęt, agresję, depresję.

Charakterystyczny jest tu wszechobecny mrok, niemal wyczuwalna ze stron wilgoć, przenikliwy chłód, dziwny stęchły zapach. Maleńka wioska zdaje się być zamknięta w kopule zła. 
"Zło w czystej postaci. Żyjecie w nim, oddychacie, spożywacie w waszym jedzeniu, pijecie razem z wodą, nosicie w swoich ubraniach. Jest wszędzie, w każdym zakamarku wioski, pomiędzy cegłami i drzazgami, pod każdym źdźbłem trawy, w każdym liściu. Z każdym dniem rośnie w siłę." (str.595)
Nie sposób oderwać się od wrażenia, że po przewróceniu kolejnej kartki wydarzy się następne nieszczęście, znów będziemy biegli przez las, znów z pewnego domu będzie na nas padało zielone światło, znów opuszczone domostwo będzie zamknięte w sposób niemożliwy do pokonania siłą ni słowem, znów w progu stanie niezwykle wysoka sąsiadka w czarnej, staromodnej sukni.

Kolorytu tej mrocznej, zimnej, osadzonej w suwalskich lasach opowieści doda jeden wątek i cechy bohatera. Wątek będzie, jakżeby inaczej, miłosny zaś bohater, nasz polsko-litewski nieśmiały przystojniak, umili nam spojrzenie na polskich policjantów. Vitek, jak go nazywają, jest bowiem osobą tyleż odważną i upartą co nieśmiałą. Jego codzienne zmagania z niepowodzeniem u płci przeciwnej dadzą nam wytchnienie od polowania na czarownice ale i przyprawią o uśmiechy współczucia i rozczulenia. 
"Nie istnieje nic piękniejszego od miłości, lecz paradoksalnie sprawia ona, że cierpienie czasami staje się dotkliwsze.(...) Cierpisz po odrzuceniu, ponieważ kochasz. Cierpisz po utracie bliskiego, ponieważ go kochałeś. Cierpisz kiedy widzisz cierpienie bliskiego, ponieważ go kochasz. Cierpisz nawet wtedy, kiedy nie masz nikogo, kogo mógłbyś kochać. Cierpisz, gdy nikt nie kocha ciebie." (str.238)
Gdy na drodze do napotkanej miłości autor będzie mu stawiał przeszkodę za przeszkodą, zaczniemy podobnie jak Vitek czuć niepewność, złość, wreszcie skupimy swoje podejrzenia właśnie tam, gdzie Artur Urbanowicz poprowadzi nas niczym grzeczne przedszkolaki ulegające czarowi bajki.Oczywiście finał będzie zupełnie inny, nieprzewidywalny, poprzedzonym twistem, którego nie sposób przewidzieć. A żebyśmy nie narzekali na zbyt romantyczne podejście autora, dostaniemy do Vitka jego partnera, Czestera, który uwagami i komentarzami rozbawi największego ponuraka.

Artur Urbanowicz napisał fenomenalną opowieść. Na ponad siedmiuset stronach porwał nas w świat, który sam poznał z przedziwnych opowieści faktycznie żyjących ludzi, który sam miał szansę zbadać, i który natchnął go do napisanie tego potężnego, mrocznego tomu.
Autor, jak poprzednio w "Grzeszniku", łamie konwencję horroru na rzecz wtrętów kryminalnych i romantycznych, a zrównoważenie powagi i dowcipu nie pozwala ani na moment zapaść się w nudę ba, nie pozwala nawet złapać głębszego oddechu przed kolejną zaskakującą sceną. Nieprawdopodobne może się wydawać utrzymanie przez tyle stron jednakowego poziomu językowego, takiego samego napięcia, zainteresowania czytelnika. A jednak! Realny przykład takich umiejętności  dostaniecie w nierealnym (czyżby?) "Inkubie".
To znakomita lektura. Lektura, której ciężar fizyczny, gdyby mierzyć go jakością języka, fabułą i poziomem pochłonięcia czytelnika, jest co najmniej dziesięciokrotny w stosunku do użytego papieru. To znakomita, dająca do myślenia, błyskotliwa, i nie bójmy się tego powiedzieć, odpowiednio straszna książka. Polecam z pełnym przekonaniem.

Wydawnictwo: Vesper, 2019
Liczba stron: 728

Bardzo dziękuję Autorowi, Wydawnictwu Vesper i agencji Business&Culture za egzemplarz przedpremierowy.




sobota, 16 marca 2019

O demonach odwróconych.

"Tylko żywi mogą umrzeć" D. B. Foryś  6/10


Nie jestem fanką książek o duchach, wiedźmach czy demonach. Ani o wojowniczych półdemonach. Nie bawią mnie opisy walki wręcz. Romans to nie jest gatunek, po który sięgam. Poszukiwanie skarbów pozostawiam Danowi Brownowi.
A tu, Proszę Państwa... kobieta półdemon, mężczyzna demon stuprocentowy, pewien pan będący medium, ksiądz egzorcysta, sklepikarz i wytwórca ziołowych antydemonicznych preparatów, walczą ramię w ramię by nie dopuścić do otwarcia Bram Podziemi. Tłuką demonicznych prześladowców w Pasadenie, Watykanie, Londynie... gdzie popadnie. I jeszcze jest miejsce na romans, opowieści o historii i polowaniach na czarownice. To wszystko sprawnie, poprawnie i z wielkim poczuciem humoru.

Niewątpliwą lekkość i inteligentny humor należy wpisać po stronie największych zalet książki. Niemniej myliłby się ten, kto uznałby ją za płochą komedyjkę bez walorów poznawczych czy literackich. Mamy tu bowiem dość zamyślenia i dywagacje na temat ludzkości i grożących jej niebezpieczeństw, na temat odwagi i ważkości decyzji, które kierują naszym życiem już przez lata (czasem i wieki). Wszystko to zamknięte w opowieści o życiu (dość długim, zważywszy, że bohater ma za sobą prawie dwa wieki istnienia), w relacje z dawnych, znaczących dla drużyny wydarzeń, czy w opisy artefaktów i ich znaczenia dla wiary. Także w opisy ludzkich przeżyć, które, co wręcz niewiarygodne, każą demonowi współczuć i czuć wstręt do czynów zgodnych z jego naturą. 
"Oni szepczą, a ci silniejsi wręcz krzyczą, by ich uwolnić. Są przerażeni. Nie wiedzą, co jest grane ani dlaczego nie maja kontroli nad własnym ciałem."

Wielką zaletą powieści jest też uczłowieczenie postaci grających w tym przedstawieniu główne role. Teresa, która ma w sobie tyleż ludzkiej co piekielnej krwi, opowiada się po stronie dobra, choć instynkt wiedzie ja w kompletnie inne zakątki myśli i czynów. Kilian, z piekła rodem, buntuje się przeciw zapędom swojego Władcy i zarówno w zwalczaniu demonów, Ogarów i innych stworzeń o szemranych zamiarach jak i w miłości, okazuje się być bardzo podobny do każdego z nas. Tęskni nawet, podobnie jak wiekowi, zmęczeni i schorowani ludzie za końcem.
"Ja chcę umrzeć Tessie(...). Istnieję od setek lat i nie mam siły już dłużej tu być. Marzę, żeby zniknąć na zawsze z tego świata. Odzyskać spokój, który mi odebrano."

Nie czuję się literacko oszołomiona ale odpoczęłam przy tej książce solidnie. Czasem uniosłam brew, czasem westchnęłam, często parskałam śmiechem przy bystrych zabawach językiem polskim. I rzec muszę z ręką na sercu, że jest to całkiem dobra książka. Dwa wieczory dla czystej, nieuważnej, lekko przebiegającej przez umysł rozrywki. Warto było.

Wydawnictwo: e-bookowo.pl, 2018
Cykl: Tessa Brown (tom1)
Liczba stron: 388 

wtorek, 12 marca 2019

O kobiecie imieniem Walka.

"Gambit" Maciej Siembieda  10/10

Recenzja przedpremierowa

Premiera książki: 3 kwietnia 2019.

 

Bywa, że pod koniec życia, może równie często jak pod koniec fikcyjnych tworów literackiej wyobraźni, pielęgnowane latami przekonanie, opinia zakorzeniona w naszym umyśle od wielu dekad, okazuje się być mylna, krzywdząca, tragicznie niezgodna z prawdą. Bywa, że sploty przypadkowych zdarzeń, kilka niewinnych kłamstw, jedno wielkie oszustwo na miarę ratowania własnej skóry dają rezultat, który zmienia nasze ścieżki, nasze decyzje i reakcje tak bardzo, że świat dzieje się równolegle do tego, który kiedyś, gdzieś, dla siebie i najbliższych tworzyliśmy. 
"Dziś tu, jutro tam. Dziś łóżko u kogoś, kto ja przygarnął pod dach, jutro więzienna prycza, pojutrze partyzancka ziemianka i kwatera w koszarach US Army. I karuzela wydarzeń wokół wirująca tak szybko, że nie sposób było na którymś zatrzymać oczy i zdobyć się na refleksję. Takie życie nie sprzyja planom, decyzjom, za które trzeba wziąć odpowiedzialność, deklaracjom. W takim życiu przyszłość jest pojęciem abstrakcyjnym." (str.262)

Bywa, że biorąc do ręki powieść jednego z ulubionych autorów dostajesz opowieść, która okazuje się być inną od poprzednich ale jakże dobrą, jak bardzo nie pozostawiającą wątpliwości co do klasy, jaką należy jej przypisać. Bywa, że dostając "Gambita", dostajesz książkę tak doskonałą, że kończąc ją, ze zdziwieniem postrzegasz, że to już, że koniec, że nie będzie kolejnego rozdziału. A przecież dopiero zaczęliśmy wygodnie układać się w tym świecie.

Świat, o którym mowa to nasza polska rzeczywistość - dosłownie, gdy osadzona jest na ziemiach niegdyś i obecnie zamkniętych w naszych granicach i ta odległa, wyrzucona poza Polskę, Europę nawet, ale na polskich sprawach skupiona. Historyczna i bardziej nam współczesna. Rozciągnięta przez część Czarną - wojenną, straszną i przejmującą trwogą, rzucającą bohaterami po miejscach odległych od siebie o wiele setek kilometrów i część Białą - równie niespokojną, pełną zawirowań i niepewności ale bez świstu kul, skupiającą uwagę nie tyle na sile fizycznej co na intelekcie. Jak w szachach - Białe rozpoczynają partię, mogąc poprowadzić zagranie wedle tego, co dyktuje pamięć i umysł, Czarne stawiają mury, bronią się, stosują uniki by, jeśli to możliwe, przejąć inicjatywę. O tym zresztą, że Maciej Siembieda od początku buduje swą opowieść na stałym porównaniu dziejów bohaterów z rozgrywką szachową, nie uda nam się zapomnieć ani przez chwilę - będą metafory, wtręty, wreszcie, będzie gambit.

Bohaterką autor uczynił Wandę, dziewczynę o łemkowskich korzeniach, podkarpackiej duszy i odwadze godnej dziesiątków ludzi, mieniących siebie wojownikami. Od Jasła, poprzez Starachowice, ku Monachium i Waszyngtonowi będzie ona ze sobą niosła głęboką wiarę w to, co czyniło jej młodzieńcze życie pięknym i sprawiedliwym. Będą nią rządziły nieprawdopodobne przypadki i decyzje o trudnych do przewidzenia skutkach. 
"Gdyby tylko mogła mu powiedzieć, jaka jest jej prawdziwa misja na Podkarpaciu. Że odkryła coś, co może wszystko zmienić. Że kiedy dowiedzą się o tym Anglicy i Amerykanie, z pewnością nie pozwolą, aby Sowieci zostali w Polsce po wojnie. I wtedy Armia Krajowa powita tu marszałka Żukowa jako sojusznika w walce z Hitlerem, ale powita go z karabinem przewieszonym przez ramię." (str.108)
Śmierć będzie trzymała Wandę za gardło lub przemykała obok niej niezauważenie niczym kot. A przy tym, przyjdzie jej spotkać na swej drodze ludzi, którzy tworzyli polską historię: tych wyrosłych z wyobraźni Macieja Siembiedy i tych, o których autor i my wiemy, że istnieli, że nieśli dobro i niepodległość albo wręcz przeciwnie, że kalali się zdradą, służalczością i kłamstwem. Wszyscy oni stworzą obraz, który poprowadzi nas od dni przed wybuchem drugiej wojny światowej, przez pola bitewne, więzienia, partyzanckie lasy, po ruiny Monachium, konferencyjne sale amerykańskiego wywiadu i znów do Niemiec w przepiękne alpejskie strony. Wszyscy oni stworzą Wandę w formie, jaka będzie nas prowadziła przez opowieść o swoim życiu, przez łzy, tęsknoty, upokorzenie zdradą, upór, wielka chęć zemsty, rzadkie chwile spokoju.

Mimo, że inna niż te, do których przyzwyczaił nas autor, książka okazała się być równie pochłaniająca. Jest bardziej płynna, zapewne dzięki temu, że w przeciwieństwie do cyklu z Jakubem Kanią, tutaj pojawia się bardziej zgłębiony, piękniej opisany wątek miłosny. Miłość, choć jak twierdzi sam autor, stanowić ma jedynie spoiwo burzliwej historii jest, jak wszyscy wiemy, zachłanna. Zagarnia uwagę czytelnika na tyle, że staje się pełnoprawnym udziałowcem chwały "Gambita", jednym z aspektów czyniących te opowieść niezwykle atrakcyjną. 
"Kiedyś w opuszczanej cerkiewce, niewidziani przez nikogo, udali własny ślub. Baz kapłana, na niby. Bo żyli na niby. Jak turyści w podróży poślubnej dokoła świata, którzy niechcący zabłądzili do krainy zła i wojny." (str.112)
Tak mocno, jak skupiamy się na historii naszego kraju i krajów naszą historię uzupełniających - zarówno sprzymierzonych jak i wrogich, tak samo przyciąga nas wątek miłości i 'niemiłości', radości uczuciem stworzonej i bólu po jej stracie. Wątek rozszarpany pomiędzy lata składające się na życie bohaterki, będzie przywracał nas na tory obyczajowości, piękna i subtelności. Będzie dawał nadzieję, umacniał wiarę po tym, jak autor z dziennikarską precyzją obdarzy nas faktami z tragicznych wydarzeń, nazwiskami, które żal znać.

"Gambit" jest książką doskonałą. Bawiącą się emocjami, każącą Wandzie być jednocześnie naiwną i silną, prostą i ogromnie złożoną; zaskakującą nieprawdą tam, gdzie położylibyśmy życie na szali oceny kogoś lub czegoś jako prawdziwe; budującą fikcyjna opowieść na latach dociekań, pielęgnowania historycznej pasji autora. I choć zasiadamy do tej partii we dwoje: czytelnik i autor, to Maciej Siembieda gra białymi a nam pozostaje zagrać tak, jak on nakaże albo poważnie rozważyć gambit. Tylko co poświęcimy? Może noc? Może niewiedzę? Będzie warto.

Wydawnictwo: Agora SA, 2019
Liczba stron: 416 (wersja wstępna)

dziękuję wydawnictwu Agora S.A. za przedpremierową wersję książki

niedziela, 10 marca 2019

O nie za późnej miłości.

"Nasze dusze nocą" Kent Haruf  8/10



"Czy ktokolwiek dostaje to, czego pragnie? Chyba niewielu z nas, jeśli w ogóle ktoś. Zawsze jest tylko dwoje ludzi obijających się o siebie na oślep, odgrywających swoje role na podstawie nieaktualnych wyobrażeń, pragnień i błędnie interpretowanych umów." (str.126)

To opowieść o czułości zrodzonej z samotności. Samotności, która często objawia się nie tyle pustką w sercu i w domu, co tęsknotą na najprostszymi słowami i gestami. Zatem gdy Addie chce znów słyszeć 'dobranoc' przed snem i 'dzień dobry' o poranku, przychodzi pod drzwi, równie leciwego co ona sąsiada.

A małe miasteczko, tkwiące w rutynie i źle pojętej moralności, zahuczy od plotek. Dorosłe dzieci okażą się bardziej pruderyjni niż rodzice. Ponad tym wszystkim, u zmierzchu życia, Addie i Louis na spacer będą szli razem z chłopcem, psem, najstarszą ze starszych sąsiadek i nadziejami. Oni kontra świat, kontra samotność i to, co wypada. Tylko czy społeczne nakazy, zakazy i prawa wszelakie nie okażą się silniejsze? 

Spokojna, ciepła, prosta i treściwa opowieść. Doskonale sfilmowana i pięknie ukazana zarówno w słowach, na niewielu stronach, jak i w obrazie. O tym, że na rozmowę, czuły gest, spowiedź z życia nigdy nie jest za późno. I o tym, że najlepszy słuchacz może także tkwi samotnie kilka domów dalej.
"Uwielbiam to, odparła. Okazało się lepsze, niż przypuszczałam. Nasza mała tajemnica. Lubię element przyjaźni i czas spędzany razem. To, że tu jesteśmy w nocnej ciemności. Że rozmawiamy. Że słyszę twój oddech obok siebie, jeśli się przebudzę." (str.88)
Jeden wieczór czytania, ciepła na tygodnie.

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie. 2019 (2015)
Tytuł oryginału: Our Souls At Night
Tłumaczenie: Hanna Pasierska
Liczba stron: 176