Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

niedziela, 21 października 2018

O zawróceniu.

"Sejf" Ryan Gattis  7/10 


"Myślenie nikomu nie robi dobrze. Tylko hamuje wolę" (str.37)

Gdy dostajemy z ręce opowieść z gatunku powieści gangsterskich, natychmiast w naszych umysłach,pełnych otaczających nasz stereotypów, otwierają się klapki oczywistości. Ten pan z gangu to pan zły, ten pan służący swym doświadczeniem wymiarowi sprawiedliwości to pan dobry. Do tego przyzwyczaiły nas filmy i seriale w rytmie "Rodziny Soprano", znakomite powieści spod pióra Mario Puzo i innych mistrzów gatunku. Owszem, dzielą one z nami zachwyt nad lojalnością, niebywałym ukochaniem rodziny, wiernym żołnierskim spokojem. Ale schematu pozbyć się nie pozwalają. 
A Ryan Gattis, w przekorności swojej, puści do nas oko, pokazując w sposób jak najbardziej poważny, jak najbardziej przesiąknięty gangsterko-policyjnym klimatem, że pewne decyzje podejmuje się trochę wbrew sobie, trochę wbrew regułom i trochę, a nawet więcej niż trochę - wbrew zdrowemu rozsądkowi. 
"Problem z sumieniem jest taki, że jak się go unika przez lata, to ono potem staje w progu i ma sporo pytań. Naprawdę sporo." (str.88)

Gdyby poszukiwacze akcji i napięcia chcieli opowiedzieć nam tę książkę, zamknęliby jej treść w kilku zdaniach. Bowiem rzecz się dzieje w ciągu zaledwie kilku dni, które stanowią niejaki stały, stabilny obraz zachowań. Obraz bezczelnego rabunku gangsterskich zasobów sejfowych i spokojnego, systematycznego poszukiwania jego sprawcy. Skojarzenia powiodły mnie w obrazy amerykańskiego kina alternatywnego, gdzie powolne, leniwe ruchy kamery zatrzymują się na gestach, wyrazie twarz, drobnych reakcjach obrazowanych ledwie widocznym drgnieniem powieki. Taka jest ta książka, takie jest jej niespieszne tempo i takie są zawarte w niej spojrzenia głęboko w oczy bohaterów - zarówno pierwszoplanowych , jak i świetnie narysowanych postaci drugoplanowych.

Opowieść przedstawiona jest z dwóch perspektyw. 'ślepak' to stojący wysoko w hierarchii żołnierz mafii, gangsterski adiutant szefa złych ludzi - Koguta. Człowiek milczący, twardy, pewny swoich racji. Pewny? Nie, zupełnie niepewny odkąd całym jego światem stała się żona i malutki Frank, który w oczach ojca spodziewa się zawsze ujrzeć dobro i możliwość zaufania.
Postać przeciwstawiona gangsterowi to pozornie czysty niczym łza pracownik wymiaru sprawiedliwości zajmujący się pruciem sejfów - uczeń niezwykłego, tajemniczego Franka, skalany niespełnioną młodzieńczą miłością Duch - niczym duch cichy, sprawny, dyskretny. 
Dwie postacie, które łączy zewnętrzny spokój, perfekcja wykonywania poleceń, niezawodność, siła bijąca z ich pewności siebie.

Czyżby zatem "Sejf" miał być niepozorną, podobną do innych opowiastką o walce na ilość zdobytych pieniędzy? Tak po prostu i tak banalnie? Ależ oczywiście, że tak. Tyle, że głowy oby bohaterów zajmują przedziwne pomysły, niewiarygodne w swojej bezczelności. Tyle, że w umysłach kołaczą się myśli nieprzystające do wykonywanych przez nich fachów. Są bowiem w tej książce dwie prawdy. Jedna, to ta, że okazja czyni złodzieja. A druga to ta, że miłość zwycięży wszystko )prócz raka..). 
Ale ale... kim jest złodziej Proszę państwa? A może należałoby zapytać:" KOGO okrada złodziej? I jakimi rządzą nim przesłanki ?A co do miłości: co musi ona przezwyciężać? Czym się kieruje kiedy mowa o zdradzie i nielojalności? I cz zdrada w imię miłości ma mniejszy ciężar właściwy niż zdrada ideałów, którym przysięgaliśmy w krwawej obietnicy być wierni?

Ryan Gattis zadziwia podziałem stylu językowego na ten, obowiązujący w świecie twardego prawa, czy raczej bezprawia, oraz język wspomnień, język straszliwych blizn noszonych w sercu i trwogi o tych, których w owym sercu nadal pielęgnujemy. O ile w zawodowych światach bohaterów, których drogi rzecz jasne wreszcie się przetną, będziemy brawurowo, z przekleństwem i groźbą na ustach wymierzali własną sprawiedliwość i niesprawiedliwość, o tyle w momentach zadumy, dyskusji z samym sobą lub wspomnień ukochanej osoby, będziemy spotykać język o niezwykłej miękkości. To język niemal poetycki, usprawiedliwiający tkliwością niejasne zachowania, zaskakujące pointy. 
"Zabrała mnie nad morze. Właśnie w to miejsce. Dokładnie w to miejsce. A mówiąc o tym, jak światło kładzie się na wodzie,  jak fale się garbią i odbijają słońce dookoła, jak przewalają się i plują pianą, jak uderzają o brzeg i cofają się skotłowane, dała mi nowe oczy do patrzenia."(str.307)

Autor zakończył powieść w sposób niezwykły. Dobrnijcie do końca by dowiedzieć się czego koniec może stać się początkiem i powodem lekkiego oddechu. I jak ów lekki oddech może reagować na pojednanie. Przeczytajcie, by z niedowierzaniem poznać miękkie serca twardych ludzi. By przekonać się, że czasem zawrócenie daje drugą szansę. Wreszcie, bo ponapawać się fantastycznymi zmianami stylistycznymi języka autora, który dzięki nim z "Sejfu" - gangsterskiej relacji z kilku zwykłych dni, uczynił analizę psychologiczną bohaterów i nadał jej formę powieści, w której niezwykle łatwo przepłynąć ze świata brutalnych morderstw w krainy uczuć, których zapomnieć lub zaniedbać nie sposób.  

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: Safe
Tłumaczenie: Robert Sudół, Jakub Sudół
Liczba stron: 328

Za egzemplarz recenzencki uprzejmie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca. 


czwartek, 18 października 2018

O miłości ponad ideologiami.

"Wojenni kochankowie" Aleksandra Katarzyna Maludy  9/10


Recenzja powstała w ramach współpracy medialnej z autorką. 

Kiedy w zawierusze dziejów nasze życie jest tylko okruchem rzucanym z miejsca na miejsce niezrozumiałymi, gwałtownymi i zwykle od nas niezależnymi zrywami historii, pozostaje nam pielęgnować to co zostało, co pozwala przetrwać wszystko - każdy ból, każde rozczarowanie, każdy dramat. Pozostaje nam pielęgnować wiarę, nadzieję i miłość. Jedno zrodzone z drugiego, jedno opierające złamane serca o wzniosłość innego. Bo gdy historia odbiera nam wiarę, wesprą nas ukochane dłonie matek, mężów, braci. A gdy nadzieja na normalne życie zblednie w obliczu krwi, wszechobecnej śmierci i walki o przetrwanie każdego kolejnego dnia, tylko wiara w ideały i ludzi im wiernych, pozwoli nam znaleźć jeszcze jeden, maleńki powód do kochania, ufania, trwania.
"I cóż z naszych sprzeczek, co z tych łez? Historia i tak zrobi to, co sama będzie chciała, a my możemy najwyżej zadbać o swój los na tyle, na ile się da. Róbmy swoje..." (str.188)

W życiu bohaterów "Wojennych kochanków" mogłoby zdarzyć się niewiele. Mogłoby, gdyby nie ich przeszłość (wspaniale opisana w poprzednich dwóch tomach cyklu "Cień od wschodu"), gdyby nie przedziwne zwroty historii, przed którymi nie można było uciec ani schronić się w zaciszu warszawskich, petersburskich czy irkuckich mieszkań, wreszcie, gdyby nie polskie gorące serca, gotowe na walkę, poświęcenie ale i pełne trwogi i złości. Mogłoby być romantycznie, historycznie i bardzo zwyczajnie, gdyby bohaterami swej powieści Aleksandra Katarzyna Maludy nie uczyniła postaci tak od siebie odległych społecznie i ideologicznie, tak różniących się pochodzeniem i wykształceniem, że książka stanowi niezwykły patchwork zbudowany ze skrajnych zachowań, nieprawdopodobnych reakcji na zmieniające się czasy, wreszcie, zupełnie innych, rozrywających rodzinne porozumienia zapatrywań na idee wolności.

"Wojenni kochankowie" to Irena i Jędrek, gnający światem młodzi ludzie, którym przyjdzie ze spokojnej wiejskiej posiadłości w Drozdowie trafić na ulice pięknego Petersburga tylko po to, by rozstać się w wojennej zawierusze i spotkać ponownie w celu budowania frontowych szpitali, ucieczek przed wrogami, by wreszcie wrócić do zupełnie innego już, targanego niepokojami Piotrogrodu i staczać tam walki tyleż z namiętności co z różnic między ideologicznymi wierzeniami.
"A nie myślisz, że ci, którzy zostali skrzywdzeni, myślą przede wszystkim o zemście? Cy jesteś pewna, ze wśród nich znajdą się ludzie na tyle mądrzy i szlachetni, by świat zmienić, by krzywdy nie było, a nie jedynie zamienić miejscami krzywdzących z krzywdzonymi?" (str.56)

Swiat tej powieści to osoby bliżej i dalej związane ze światem głównych bohaterów - pozostawieni w głodującej Warszawie rodzice Irenki, ściągających z Syberii, którą zaakceptowali już jako swój dom, ponownie wygnanych krewnych i znajomych rodziny. To świat księżniczki Tamary, która w poczuciu winy zwraca się całą duszą i sercem w stronę bolszewickich pragnień zawładnięcia miastem, Rosją, całym światem. Ale jest to i świat spoza drugiej strony barykady - świat oczarowanego Dzierżyńskim prostego dozorcy, który po śmierci żony przestał wierzyć w cokolwiek i którego żałoba powiodła go ku ludziom zbliżającym go do zemsty; świat zapatrzonego w siebie, dążącego po trupach do celu, mszczącego się dla samej zasady, z zawiści i chłopskiego uporu Rajskiego; świat zwykłych żołnierzy, którzy jak Kazik najbardziej ucierpieli w tej europejskiej przepychance. Wielu bohaterów, wiele dróg, wszystkie oparte na niezwykłych czterech latach wyjętych z historii odradzającego się państwa polskiego. 

Jest w zwykle podawanych nam relacjach historycznych wiele ważnych informacji, dat i nazwisk zmieniających dzieje narodów, jest wiele opisów walk i wyciągów z traktatów. Jest w nich też niestety, sporo nudy, suchych treści, okraszonych dodatkowo zalewem nazw, które z owych relacji czynią rzecz trudną do zapamiętania i niezwykle zniechęcającą. A przecież pasjonatów historii, zwłaszcza naszej, ojczystej, tak bliskiej naszym sercom, są miliony. A przecież młodym ludziom, ale i tym dorosłym, którym podawano historię w zmiennej, wygodnej dla panującej władzy wersji, trzeba opowiedzieć o latach, po których nareszcie, po ponad stu latach zawieszenia w niebycie, Polska mogła znów nazwać się swoim własnym imieniem. I tutaj swoim fenomenalnym podejściem do zaprezentowania tych prawd może posłużyć nam ktoś, kto piękną polszczyzną (wszak z wykształcenia to polonistka) i w oparciu o niezwykle drobiazgowe badania opracowań (wszak z zamiłowania to historyczka) opowie o polskich rodzinach, zaprezentuje dzieło historyczne, od którego nie sposób się oderwać. Połączy wątek miłosny miłosny, pełną ciepła obyczajowa opowieść, i historyczne fakty nie zanudzając, przyprawiając o dreszcze emocji i skrajnie silne odczucia.

Pani Maludy posiadła dar niezwykły. Talent, który czyni ja zdolną do nauczania mimochodem. To dzięki niej poznajemy historię omalże przypadkiem a jednocześnie w sposób jednoznacznie nie pozostawiający wątpliwości co do prawdziwości prezentowanych faktów. Czytelnikowi, który chce na falach historii popłynąć ku wielkiej dacie - 1918, autorka nie narzuca drobiazgowych objaśnień, pisząc tak czytelnie a jednocześnie tak nienachalnie o osobach związanych z owymi znaczącymi wydarzeniami, że na pewno nie poczuje się on przytłoczony datami czy nazwiskami zbitymi w nudny zlepek faktów. Czytelnikowi zafascynowanemu tym okresem dziejów Polski, autorka zapewni mnóstwo przypisów, objaśniających kto był kim, gdzie walczono, dlaczego przegrywano, kiedy zaczynano i kończono poszczególne etapy wolny czy rozgrywek politycznych. Zakochanym w historii nie pozostanie nic innego jak spokojnie oddać się lekturze, zamiast gorączkowo wyszukiwać dodatkowe informacje w książkach czy wszechwiedzącym internecie. Zaś wszystkim, bez względu na miłość czy niechęć do historii, zapewni schowane wśród opowieści o ludziach tamtych czasów ciekawostki, powiadomi o szczegółach, które kompletnie nam umykały a także zadziwi rzeczami codziennymi. Czy wiedzieliście, że "piłkę ręczną właśnie dlatego nazywa się szczypiorniakiem, że była to jedna z ulubionych rozrywek legionistów internowanych w Szczypiornie."(str.219/przypis)"??? Bo ja już wiem, dzięki wspaniałej pracy autorki.

Jak jeszcze zachęcić mogę do zagłębienia się w życie rodzin, których losy prowadzą nas od zesłania na Sybir (tom 1 "Zesłana miłość") przez opisane w tomie, o którym dziś piszę czasy wojny, głodu, niepokoju o najbliższych, kompletnie zwariowane zawirowania ideologiczne i wewnątrzrodzinne spory o wyższość Piłsudskiego nad carem, obietnic austriackich nad rosyjskimi, zamysłów bolszewickich nad konserwatyzmem starej arystokracji, aż do daty, którą świętować będziemy zaledwie za kilka tygodni? Może tylko tak, że rzadko zdarza mi się płakać nad bólem matki, wzdragać przy opisać bitewnych tragedii, rozczulać nad krzywdzonymi zwierzętami, zapadać w błota mazurskie i małopolskie (tak tak, Tarnów - pierwsze wolne, to moje miasto), uciekać ulicami zbuntowanego Piotrogrodu i przechodzącej z rąk do rąk Warszawy z takim współodczuwaniem a jednocześnie taka płynnością, jak mogłam to czynić w "Wojennych kochankach". I może także tym, że z tego miejsca, otulona jeszcze wyjętym z kart książki irkuckim futrem i rosyjską wełnianą chustą,  zwracam się do Pani Maludy z proletariacką, głośną i trudno znoszącą sprzeciw odezwą: Proszę nie przestawać pisać. Proszę poprowadzić nas dalej. W tym pięknym, wartym każdej chwili stylu. Polecam gorąco.

Wydawnictwo: Oficyna Wydawnicza RYTM
Cykl: Cień od wschodu (tom3)
Liczba stron: 276
(w tle: Odpoczynek Legionistów II Brygady)

Dziękuję autorce za podarowanie mi premierowego egzemplarza powieści.

środa, 10 października 2018

O chłopcu, aniołku i innych stworzeniach.

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" Marta Kisiel  9/10


Mali chłopcy mają małe potrzeby i wielka wyobraźnię. Mają te same marzenia co ich rówieśnicy, lubią te same zabawy, tak samo spędzają czas i oczywiście tak samo kochają i nienawidzą szkoły. No chyba, że... No właśnie. Wyobraźmy sobie chłopca, który mieszka z domu z uśmiechniętym dachem, za opiekunów ma najwspanialszą mamę na świecie i dwóch kompletnie różnych wujków, a pokój dzieli z wiecznie zasmarkanym aniołkiem stróżem - Lichem i małym 'wielomackowym' potworem - Guciem. Gdy dodamy do tego fakt, że jego tato zmarł długo, naprawdę długo przed jego narodzinami, że na strychu mieszkają niemieckie widma a w kuchni szaleje niezwykle uzdolniony potwór Krakers, pojmiemy dlaczego Bożek, zwany we wczesnym dzieciństwie Niebożątkiem, zwyczajny po prostu być nie może. 

Marta Kisiel oddaje nam do rąk książkę, która stanowi odmianę po powieściach przeznaczonych dla młodszych dorosłych, choć i mnie, dorosłą niemłodą, jej wyobraźnia i bardzo subtelne odniesienia do świata fantazji potrafiły niejednokrotnie zauroczyć. Na szczęście dla dzieciaków, do których adresowana jest ta opowieść, Pani Marta ani na moment nie zapomina o ubarwianiu fabuły niezwykłym poczuciem humoru, wypełnianiu jej cennymi uwagami a nawet wprowadzaniu elementów wzruszających na tyle, że i dorosłym łezka zakręci się w oku. 

"Małe Licho i tajemnica Niebożątka" to niewątpliwie opowieść pełna walorów edukacyjnych. Od wielkiej miłości mamy, poprzez zaskakujące zwroty uczuciowe wujka Konrada, którego niejasne zachowania zawsze przyprawiają Bożka o poczucie niepewności, przez jowialną i przaśną mądrość życiową wujka Tutu, aż po ukochanie poprzez zrozumienie i wybaczenie "nieistniejącemu" tacie, autorka zwraca uwagę czytelnika na wagę ludzi troszczących się o nas, dbających o nasze szczęście nawet w sposób czasami dla dzieci niejasny. 
"(...) chłopiec miał też skarb największy - mamę, którą bardzo kochał i która bardzo kochała jego. I choć mama głęboko wierzyła w chodzenie spać wcześnie, tran i brokuły i często musiała za dużo pracować, to chłopiec w starym domu pod uśmiechniętym dachem nigdy, nawet przez chwilę, nie był sam." (str.11)
Ucząc dzieci poszanowania dorosłych, docenienia ich uczuć i starań, Marta Kisiel pokazuje także jak owych dorosłych zrozumieć. Przyznam też szczerze, że czasem zadziwiała mnie trafność odwrotnych spostrzeżeń - zdarza się bowiem, że autorka również nam, dorosłym, wskazuje wyraźnie czego w dzieciach nie rozumiemy, co wzbudza naszą niepotrzebna niecierpliwość czy też, jak bardzo nasze wypowiedzi czy decyzje mogą być dla małych ludzi niezrozumiałe. Sposób w jaki zostało to pokazane w przezabawnych dialogach i gierkach słownych, pozwala bawiąc się, zatrzymać na chwile myśli i przytaknąć ocenom wyjętym zarówno z dziecięcego jak i dorosłego świata.
"Dorośli bardzo lubią proste, logiczne wyjaśnienia, które raz-dwa porządkują im świat, dzięki czemu mogą skupić się na czymś ciekawszym. Albo ważniejszym. Albo po prostu czymś innym niż niepojęte dziecięce fochy." (str35-36)

Autorka prowadzi nas też za rękę przez niepojęty wcześniej dla Bożka świat zewnętrzny, z pozornie błahymi i oczywistymi zjawiskami takimi jak szkoła, rówieśnicy czy obowiązki. Czyż nie zapominamy czasem, że to nie tylko wychowany z duchami i widmami Bożysław Antoni Jekiełłek może wkraczać w ten nowy świat ze złością, niechęcią i strachem? Nie tylko nasz mały bohater ale i inne, "blokowe, osiedlowe" dzieci, pragną niejednokrotnie uciec daleko od niejasnego dla nich zgiełku, bezlitosnego wyśmiewania przez rówieśników, zderzenia z niekoniecznie ciekawą rzeczywistością szkolną. Tak daleko, by móc zapomnieć o każdej bolączce - nawet w kosmos, nawet w zaświaty. 

Okres szkolny to także moment rozluźnienia więzi z aniołem stróżem, Lichem, które w latach beztroski stanowiło doskonałego towarzysza zabaw, zaś teraz musi pozwolić ukochanemu chłopcu na samodzielność, na odnalezienie swojego miejsca w bardziej dorosłym świecie. I takie traumatyczne przeżycia spotykają przecież rozdzielone z rodzeństwem dzieci, które nagle z rozrabiających, tarzających się w brokacie maluchów, zmieniają się w chłopców i dziewczynki maszerujące rano z kolorowymi plecakami. Młodszym "aniołkom" ale i rodzicom, wujkom i innym nadopiekuńczym duchom i potworom, pozostaje się tylko z tym pogodzić.
"Nie możesz go zawsze prowadzić za rękę, mój ty maluśki aniele. Czasem niestety musisz się wycofać i patrzeć, jak sobie radzi sam. Nawet wtedy, kiedy chciałobyś wkroczyć najbardziej" (str.100-101)

"Małe Licho..." to przepiękna książka o miłości. O tym, jak ogromną rolę w życiu każdego dziecka  gra rodzina - ta prawdziwa i ta przyszywana, jak wielkie znaczenie ma przyjaźń, której można ufać w chwili potrzeby. To książka ucząca wybaczania i zrozumienia. Książka dla dzieci o dorosłych ale i dla dorosłych o dzieciach. Dla maluchów, duchy i widma będę jeszcze jedną oczywistością zaczerpniętą z ich wyobraźni, dla nas staną się alegorią przyjaźni, pomocy, dbałości zdrowie i pełny żołądek. Po jej przeczytaniu zostanie nam wszystkim w głowie, że amulety chroniące przed grozą świata, zaświatów i każdej srogiej krainy - tej wyobrażonej i tej rzeczywistej - należy tworzyć z trzech elementów: "Miłość, Niezłomność, Przyjaźń" (str.141). 

Jeśli do tych wszystkich elementów o wielkich walorach edukacyjnych, do językowej przezabawnej błyskotliwości i żonglowania prozą i poezją, przemyconą w sposób fantastycznie obrazujący przygody Bożka, dodać jeszcze przepiękne, wprawdzie czarno-białe, ale nasycone szczegółami, rozbuchane wyobraźnią ilustracje Pauliny Wyrt, nie pozostanie nam nic innego jak kupić książkę dla siebie i dla młodszych. Po to, by docenić kunszt pisarski, by na chwilkę zmieszać świat dzieciństwa ze światem poetyckich opisów Goethego czy Mickiewicza, wreszcie po to, by po prostu spędzić cudowny czas w świecie kochającego i kichającego Małego Licha, tajemniczo zasypiającego Niebożątka oraz ludzi i stworów budujących niezwykłą, ciepłą rodzinę. Polecam gorąco. 

Wydawnictwo: Wilga (Grupa Wydawnicza Foksal), 2018
Ilustracje: Paulina Wyrt
Liczba stron: 206

Za egzemplarz  recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga (Grypa Wydawnicza Foksal).


poniedziałek, 8 października 2018

O naukowym śledztwie.

"Naturalista" Andrew Mayne  7/10


Zło czai się wszędzie. Także tam, gdzie biegniemy w poszukiwaniu ciszy, spokoju, odpoczynku. Zło przybiera postacie zwierzęce ale roi się w umysłach ludzkich. Chce zrzucić na karb lasu to, co powstało poza nim, w absurdalnych kłębowiskach myśli, w przekonaniu o sensie unicestwiania. Gdy człowiek człowiekowi... niedźwiedziem, wtedy w głowie ze strachu przestawiają się priorytety, wtedy zwyczajnie wierzy, że proste rozwiązania są najprawdziwsze - trochę z lenistwa, trochę z nieudolności, trochę z niechęci odkrycia zbyt dziwnej prawdy. I jeśli pośród wierzących w "oczywistości" pojawia się ktoś, kto owe fakty i prawdy faktycznie w sobie nosi, wtedy zaczyna się opowieść o człowieku, który wiedzą zaprzecza domniemaniom, który nie pozwala machnąć ręka i ograniczyć uwagi do najbliższej okolicy czy poprzestać na najmniej wymagających odpowiedziach. Wtedy zaczyna się opowieść o "Naturaliście". 

Śmierć młodej badaczki, wskazująca na atak niedźwiedzia, zapewne okazałaby się jeszcze jedną prostą sprawą, wsuniętą po serii rutynowych badań do teczki z zakończonymi, odłożonymi na półkę sprawami, gdyby nie uczący kiedyś nieżyjącą Juniper doktor - bioinformatyk, przypadkiem przebywający w okolicy, w której doszło do tragedii. Jego mocno zakorzeniona w umyśle potrzeba szukania faktów, jego zawodowa drobiazgowość w docieraniu do celu powoduje, że rozgrzebuje on nie tylko sprawę śmierci osoby, którą znał, ale też wyjawia sprawy inne, dotąd niezbadane ba, czasami nawet nieodkryte. Bowiem to właśnie działania doctora Theo Craya odkryją groby, które nie istniały; odnajdą ciała zaginionych, w których zaginięcie nikt nie wierzył. A przede wszystkim odnajdą winnego, który przecież, zdaniem wielu,  nawet nie jest człowiekiem.

Doctor Clay sam najlepiej wie, jakiego typu jest człowiekiem, jak bardzo kieruje się w życiu szkiełkiem i okiem, jak bardzo udowodnione i niewątpliwe muszą być odkrycia przez niego czynione, by nazwał je prawdą. 
"Jestem naukowcem. Przyglądam się. Analizuję. Wysuwam przypuszczenia. Sprawdzam je. Jestem inteligentny, ale zawsze jakby trochę nieobecny." (str.17)
Wszystkie jego cechy składają się na sposób w jaki myśli i działa. Autor książki - Andrew Mayne przez całą powieść pozostaje wierny stworzonemu przez siebie wzorcowi bohatera. Układa powieść ze zdań, które dotąd rzadko kojarzyły mi się z kryminałami. Bowiem nawet jeśli występujący w nich, szukający rozwiązań policjanci czy detektywi wykazywali się nieprawdopodobna odpornością psychiczną, to jednak w rozmowach, stylu pracy, snuciu przypuszczeń kierowali się oni odczuciami - winnych, podejrzanych, ofiar czy własnymi. Próbowali domyślać się motywów, wzorców wywołanych psychologicznymi aspektami, prawdopodobnych reakcji. Inaczej jest w "Naturaliście". Tutaj przez połowę powieści bohater wtłoczony jest w skorupę człowieka oderwanego od rzeczywistości. Dąży do zrozumienia poprzez naukę, raczy nas wskazaniami, które wesprzeć można datami, nazwiskami, danymi statystycznymi. Co więcej, wszystko co kieruje jego postępowaniem wkłada w trzewia współpracującego z nim, podpowiadającego możliwości programu komputerowego, którego zresztą sam bioinformatyk jest autorem. Podążamy za wykresami, kropkami, przewidywanymi wedle danych statystycznych trasami, kolejnymi miejscami, godzinami i znakami. Aż do momentu, gdy brutalne starcie z innymi ludźmi, nagle wykwitłe poczucie winy, dostrzeżone niezwykłe zachowanie nieco zmieni bohatera, wskaże mu sposób myślenia jakim się dotąd kierował i przeciwstawi je takiemu, jakim kierować się powinien.
"Na chwilę się zapominam i traktuję tę sprawę jak prowadzony w branżowym czasopiśmie spór o wnioski płynące z artykułu podsumowującego badania. Tymczasem zamordowano przecież dwie dziewczyny, a może nawet dużo, dużo więcej." (str.223-224)

Zmieniając potrzeby i zachowania Doktora Craya, autor zmienia równie wybornie stylistykę wypowiedzi. Do głosu dochodzą uczucia, których młody naukowiec albo nie poznał, separując się od świata w czterech ścianach pracowni, albo też wyparł jako nieistotne, niezgodne z racjonalnymi zasadami działania świata i samego człowieka. Przyspieszamy, tempo akcji porywa nas ze sobą niczym rwąca rzeka a książka z ciekawej opowieści, niezwykle bogatej w szczegóły i ciekawostki ze świata nauki, zmienia się w pogoń za prawdą, w podążające jedna za drugą gonitwy myśli, niespodzianki, zwroty akcji i typowe dla sensacji sytuacje każące mocno kibicować bohaterom. Poczynając od zmiany nastawienia, od prób zrozumienia wroga ale i od brutalnych zderzeń ze światem prostych umysłów, Theo przechodzi przemianę, która pozwoli mu zaspokoić swój upór a jednoczenie dotrwać do końca niepozbawionych gwałtownych wypadków poszukiwań. 
"Jeśli zdecyduje się pan pozostać, będzie musiał się pan przestawić na sposób myślenia łowcy. Przestanie pan być obserwatorem. (...) Człowiek przestaje być ofiarą, kiedy zaczyna myśleć jak zabójca." (str.276-277)

"Naturalista" to niewątpliwie powieść sensacyjna, kryminał, w którym policjanta w roli głównej zastąpił niezwykle oderwany od rzeczywistości bohater bohater. To opowieść, w której jest miejsce na niezwykłe wtręty poparte naukowymi badaniami jak i na społeczną analizę mieszkańców amerykańskich miasteczek, opisywanych jako: "rakowata plaga, która zamienia młodych ludzi w brutalnych socjopatów (...), doskonałe środowisko dla mordercy."(169). Jest tu też miejsce  dla ciepłych uczuć budowanych na zgliszczach, na grobach ofiar i własnej nieporadności. To jednowątkowa powieść, w której myśli biegnące wielotorowo, tworząc łańcuch wspomnień i przypuszczeń, zmieniając pojęcie bohaterów o tym co ważne i nadające poszukiwaniom sens, tworzą plątaniną, przy której niektóre wielowątkowe epopeje wieją nudą. 

Niezwykle barwny i efektowny styl narracji, inny od typowych sposób opowiadania, przechodzący od pozbawionego emocji chłodu do nieśmiałych prób oswojenia ciepła ludzkich ciał i uczuć - wszystko to powoduje, że "Naturalistę" trudno odłożyć choćby na moment. Owszem, bywa, że jeden z pomysłów okazuje się wtórny, bywa, że pewne zachowania i zbiegi okoliczności zdają się być nieprawdopodobne i bywa, że nauka przygniata ilością faktów a przeciwstawione jej dialogi okazują się nieco pozbawione płynności. Ale nie zmienia to faktu, że powieść została wyśmienicie przygotowana, równie świetnie zredagowana, a czytanie jej to prawdziwa przyjemność. Polecam. 

Wydawnictwo: W.A.B., 2018
Seria: Naturalista (tom1)
Tytuł oryginału: The Naturalist
Tłumaczenie: Jacek Żuławnik
Liczba stron: 480

Dziękuję Kasi O. 

piątek, 5 października 2018

O przerażającym ojcostwie.

"Moja najdroższa" Gabriel Tallent  7/10


Straszna książka. Przerażająca, wstrząsająca. Straszna. I nie budzi tego poczucia sam opisany problem, bo każdy dorosły człowiek świadomy jest istnienia takiego rodzaju problemów. I nie jest straszna poprzez budzenie leku czy niepokoju, bo czytając o innych, samemu będąc nie naznaczonym tego typu przeżyciami potrafimy się teoretycznie nieco zdystansować. Ona, niestety i z wielkim bólem trzeba to przyznać, jest straszna prawdą. Świadomością, że właśnie tak to wygląda, że w książce żadne załamanie nie zostało rozprasowane, żadna plama wywabiona, żadna dziura załatana. 

O przemocy w rodzinie, tej fizycznej lub psychicznej, bądź jak tutaj, kompilacji obydwu rodzajów, można pisać z pozycji psychologa, tłumacząc mechanizmy powstawania i rozwoju tego typu socjopatycznych zachowań. Można zamienić się w obserwatora, który będzie podawał fakty, układał statystyki, opisywał zadawane rany mentalne i fizyczne. Ale można tez, jak Gabriel Tallent, wstrząsnąć czytelnikami obnażając myśli i odczucia ofiary. I nie, nie będziemy tutaj załamywać rąk, zalewać się współczującymi łzami, szukać słów pociechy dla ofiary ukazanej w pozycji słabej, ranionej istoty. W "Mojej Najdroższej" pójdziemy bowiem szlakiem współuzależnienia, nienawiści do samej siebie, usprawiedliwiania nawet najbardziej obrzydliwych kazirodczych czynów. A wszystko to poda nam autor na talerzu wypalonym z miłości - ogromnej, zaborczej, skalanej, tak strasznej i druzgocącej, że prawie nie do pokonania. 

Gdy w domu, nieco tylko oddalonym od centrum miasta, niewielki kawałek drogi w las, w bok od drogi, mieszka wdowiec z nastoletnią córką, nic nie wydaje nam się zakłócać wrażenia spokoju, dbałości, i nie bójmy się tego powiedzieć, normalności. Przystojny ojciec, nieco zdziwaczały po śmierci żony lecz nadal atrakcyjny, snuje wprawdzie przedziwne teorie spiskowe przygotowując się na domniemany koniec świata, ale czyni to w sposób omalże racjonalny. Ogromnie inteligentnym, pełnym literackich zwrotów i przekonujących naukowych faktów językiem, opowiada o swoich wizjach, pozostając zwykłym, nawet godnym zainteresowania sąsiadem. 
Dziadek, który wie, że Martinowi zdarzało się w przeszłości używać przemocy w stosunku do żony, jest jednak spokojny o los często odwiedzającej go wnuczki. Podobnie jak nauczycielka, która zauważa jedynie jej problemy z ortografią i jak koleżanki z klasy, które nie dostrzegają nikogo innego, poza zamkniętą w sobie, cichą, każącą siebie nazywać Turtle (żółw) dziewczyną z ostatnich ławek. W życiu rodziny Julii nie dzieje się bowiem nic oczywistego, co mogłoby zaniepokoić, nic zostawiającego niejasne ślady. Wręcz przeciwnie, troska, opiekuńczość, dbałość o poszanowanie córki przez nauczycieli i innych uczniów, regularne jej odwożenie, stawanie po jej stronie - to są cechy ojca dziewczyny. I jak nie uznawać go za jeśli nie idealnego, to poprawnego rodzica? 
W zaciszu domowym kwitnie chora miłość. Podstawowym swym zadaniem ojciec czyni nauczenie swej córki w ekstremalnych sytuacjach. Julia świetnie strzela, zjada odpowiednio nadgryzając ogon kąsające skorpiony, doskonale posługuje się nożem, buduje tamy, szałasy. Wydawać by się mogło,że ojce po prostu doskwiera brak syna, że może przelewa na córkę nieco źle pojęta obawę przed przyszłością, póki nie zajrzy się głębiej w ich codzienność. Powtarzają się ataki agresji, molestowanie seksualne jest na porządku dziennym. Zdarza się wszystko, co zdarzyć się może młodej dziewczynie żyjącej z psychopatycznym ojcem. I co gorsza, każda z tych rzeczy znajduje w oczach dziewczyny usprawiedliwienie. Miłością. 

Właśnie w takiej sytuacji stawia nas w swej powieści Gabriel Tallent, każąc oczekiwać kolejnych dni z niedowierzaniem, że to można wytrzymać, o jakiekolwiek zmianie nie wspominając. Przez kolejne rozdziały poprowadzi nas umysł Turtle,  poprowadzą nas jej myśli, jej agresja, jej słowna nienawiść skierowana przeciwko samej sobie. Czy ta dziewczynka, nieświadoma swojego tragicznego położenia zda sobie sprawę z kalectwa psychicznego o jakie przyprawia ją ojciec? Czy dziadek i sąsiedzi pozostaną do końca biernymi, prawie nieświadomymi obserwatorami? Czy istnieje coś lub ktoś będący w stanie otworzyć oczy poniewieranej ofiary? Czy miłość w normalnej wersji jest w stanie udowodnić Turtle jak bardzo się myliła? Pytanie goni pytanie, spodziewamy się tragedii ale nie jesteśmy w stanie przewidzieć kto padnie ofiarą, odrzucają nas opisy zdarzeń, których nie rozumiemy i które trudno ogarnąć zdrowym umysłem, ale które swymi myślami uwiarygadnia sama Turtle. A co na to sama bohaterka? 
"Momenty szczęścia zdarzają się na marginesie nieznośnych uczuć". Cóż dodać więcej...

W "Mojej Najdroższej" roi się od opisów. Przyroda jawi się jako raj, szczegółowo opisane rośliny stanowią tło do zachwytu otoczeniem, w którym przyszło żyć Turtle. Ale naprzeciw owemu pięknu autor postawił brzydotę, tragizm, ohydę ludzkiego postępowania. A wtedy, kiedy przychodzi nam wraz z bohaterką wchodzić w las, wodę, łąki, wtedy i one stają się zimne, szare, deszczowe, nieprzychylne człowiekowi. Nie ma tutaj litości dla czytelnika. Jest brzydka prawda. Nie ma upiększeń i złagodzeń, rany bolą jak prawdziwe, usta wykrzywiają się z niesmaku, pięści same zaciskają się w niezgodzie. Autor jest doskonały w opisach wnętrza gnijącego od bólu, cierpienia i nienawiści do samej siebie. Doskonały.

Można oprzeć się z westchnieniem o ścianę i pomyśleć, że taka literatura za bardzo boli, że może nie warto aż tak realistycznie opisywać zła i to zła, które gnieździ się w rodzinnym domu. Można uważać, że takie problemy są tak dobrze znane i tak efektownie przemilczane, że nie pomogą przekleństwa czy zdania budzące odrazę. A jednak książka jest niesamowicie dobra. I chyba to określenie najlepiej oddaje moc przekazu, twardość języka, brutalność nagiej prawdy. To się czyta z bólem, to się czyta pozostając w nieustannym szoku. Tyle, że rozumiem intencje autora. Bo czy nie jest prawdą, że najdłużej w myślach i pamięci ludzi pozostaje to, co szokuje? Co bije niczym obuchem w spokój ducha? Co nie upraszcza, nie tłumaczy, nie wygładza ale bije prosto w oczy swoją brzydotą? Niesamowicie dobra, tak, taka właśnie jest ta książka. 

Ps. W moim przypadku, dodatkowo odczucia potęgowała fenomenalna interpretacja Pauliny Holtz, bowiem dane mi było jednocześnie słuchać fragmentów książki w samochodzie i kończyć rozdziały papierowej wersji w domu. 

Wydawnictwo:  Agora SA, 2018
Tytuł oryginału: My Absolute Darling
Tłumaczenie: Dariusz Żukowski
Liczba stron: 392
W wersji ebook czyta: Paulina Holtz

poniedziałek, 1 października 2018

O kobiecej woli.

"Czerwone zegary" Leni Zumas  7/10


Kobiece życie. Życie sterowane sercem, umysłem i czerwonym zegarem. Zegarem, który decyduje o naszej rozrodczości, nadaje życiu inny sens, przyprawia o troskę i radość. Macierzyństwo jako dar i przekleństwo. Jako wyczekiwany moment decydujący o sensie życia, jako gwałtowny zakręt, ale także jako blokada uniemożliwiająca rozwój i jako przerażający, zbyt wczesny stan odmienny od beztroskiej młodości. 

O książce Leni Zumas pisano wielkimi literami jako o manifeście feministycznym. Niepotrzebnie. Sama autorka niczego tutaj bowiem nie manifestuje prócz wiary w prawo decydowania o sobie. W subiektywnym poście subiektywnego bloga pozwolę sobie napisać, że Pani Zumas nie pisze o niczym innym, niż o wolności. Nie trzeba wielkich haseł, krzykliwych sloganów i obrazów rodem z horroru by wyrazić taką jak ona opinię. Opinię bazującą na niezgodzie na możliwy, momentami bardzo prawdopodobny a nawet, jak na ironię, lekko straszący swojskim klimatem, scenariusz przedstawiony w "Czerwonych zegarach". 

Autorka wprowadza nas w inne Stany Zjednoczone. Takie, w których Poprawka o Człowieczeństwie i mające ją jeszcze mocniej podeprzeć legislacyjnie prawo zwane Każde Dziecko Potrzebuje Dwojga Rodziców, stanowią o życiu/istnieniu/samostanowieniu embriona. W tej nietypowej dla mieszkanek USA sytuacji, przyjdzie nam się zetknąć z fragmentem życia czterech bohaterek. Jedna z nich - Biografka, łącząca pracę nauczycielki i pisarki, zaczyna właśnie wyścig z zegarem biologicznym i datami wyznaczonymi na wprowadzenie kolejnych, ograniczających jej możliwości ustaw. 
"Dajcie mi szansę na replikację. Dajcie mi życie przeżyte jeszcze raz, i lepiej. Dajcie mi ja, którym mogę się zaopiekować i które mogę ulepszyć. Jeszcze raz, proszę, jeszcze raz!" (str.80)
Młodziutka Córka, postawiona w obliczu istniejącego prawa, walczy z nienawiścią do sytuacji, która stała się jej udziałem, i która może zaprowadzić ją w mury poprawczaka. Żona, uwielbiająca swoje dzieci i nienawidząca swojego życia matki-gospodyni domowej, przetyka miłość do dzieci stanami depresyjnymi a strach przed odpowiedzialnością stawia naprzeciw tęsknocie za wolnością i spokojem, który nie czyniłby szkody dzieciom a jej samej przywróciłby pogubione gdzieś w rutynie poczucie szczęścia.

W szybkiej, przemieszanej, bardzo wartkiej akcji, starałam się podążać za życiem bohaterek dokładnie tak, jak podała je autorka. Nie szukałam tutaj porządku i równowagi, gdyż przymiotniki te, według mnie, nie określają życia. Przynajmniej nie określają kobiet, które zostały nam przez autorkę przedstawione. Ileż myśli kotłuje się bowiem w głowie pisarki, której spokojne rozmyślania o pracy i bardzo początkowo ułożone, zgrabne notatki o nieznanej dzielnej polarniczce, muszą być poprzerywanym histerycznym wręcz odliczaniem miesięcy i dni do momentu, kiedy prawo powie: stop, przestań próbować, zaprzestań nawet tej upokarzającej metody, którą łaskawie do tej pory Ci zostawialiśmy. Jak bardzo szaleje umysł szesnastolatki, której marzenia o Akademii Matematycznej, a potem o badaniu i ocalaniu wielorybów i delfinów, muszą stracić na wadze na rzecz przeraźliwego szukania rozwiązania dla niechcianej działalności czerwonego zegara. Jak bardzo matka przestaje być matką, kiedy każda jej myśl skupia się na tym, by odzyskać dla siebie wolność, nawet kosztem upokorzenia, kosztem znalezienia dla siebie jakiejkolwiek przewiny, mogącej doprowadzić do zmiany dotychczasowego życia, pozornie bez wzbudzania poczucia winy. 

Czwarta kobieta, o której wspominam dopiero teraz to osoba, która mieści w sobie wszystkie możliwe myśli, która potrafi rozsupłać chaos, która potrafi przywrócić spokój, i która daje nadzieję. Ale to właśnie ona - Znachorka - stanie się też najbardziej przejrzystym, wolnym od domysłów, dosłownym przykładem polowania na czarownice. To jej przykład pokaże, że wystarczy wskazać palcem, by społeczeństwo zapałało nienawiścią, by zaczęło rzucać oskarżenia, wreszcie, by wydało wyrok zanim uczyni to sędzia i zanim okaże się, że tak naprawdę nie było żadnej winy. 

Leni Zumas eksperymentując z językiem, ukazując prozę jako strumień szalonych myśli, innych i odpowiednich dla każdej z postaci, czyni swą powieść niezwykle ciekawą. Przeskoki od spokojnej retoryki Biografki, poprzez rozrywkowy ale i zatroskany o środowisko język Córki -  nastolatki, kipiący agresją zmęczenia i znużenia codziennością rwany język Żony, odpływający w zaświaty a jednocześnie bardzo zwierzęcy w swym rozumieniu natury styl wypowiedzi Znachorki, prowadzą nas do tego, co owszem, można nazwać chaosem, ale bardzo kontrolowanym. Tutaj ma on bowiem pokazać strach, pokazać zniewolenie własnym życiem, pokazać żal za innymi rozwiązaniami, pokazać niemoc. Pozwolić myślom ścigać się na drodze do coraz bardziej pozbawionego nadziei spełnienia. 
"Milcz, zwraca się do swojego chaotycznego ciągu myśli. Proszę, zamilcz, ty malkontencie, jątrzycielu skupiony na ocenie strat i obawach przed porażką, kolekcjonerze krzywd przeszłych i przyszłych." (str.268)

"Czerwone zegary" to powieść, która mnie porwała i poniosła w cztery światy. A właściwie w jeden świat, ujęty w perspektywy niezwykle od siebie odległe. Cudowny świat kobiecych zegarów, cudowny świat dzieci, które we współpracy z zegarami sprowadzamy na świat. I ciemną stronę tego świata - pokoje niedziałających zegarów, budzików wszczynających alarm za szybko, za często, zbyt głośno. Świat decydowania o sobie i jego braku. Świat podejmowania decyzji pozbawionych rozwagi i stateczności bo ponaglanych czasem, prawem, społecznym brakiem przyzwolenia. 
Na długo zostanie w mojej pamięci niezwykły sposób, w jaki Leni Zumas ukazała, jak bardzo jeden moment w czasie, wskazywany przez czerwone zegary, może się różnić dla kobiet, które patrzą na nie z kompletnie różnej perspektywy.

Ps. Ogromne słowa uznania należą się Pani Tłumaczce, która musiała się uporać z nazwami roślinności, zwierząt, nazwami własnymi typowymi dla regionu itp. i uczyniła to w sposób doskonały.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: Red Clocks
Tłumaczenie: Agnieszka Patrycja Wyszogrodzka-Gaik
Liczba stron: 424

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

piątek, 28 września 2018

O sile zasad i lojalności.

"Cienie" Wojciech Chmielarz  8/10


Życie stawia przed nami niespodziewane wyzwania. Jednym z nich może być konieczność podjęcia decyzji o pomocy. Wydawałoby się, że jest to decyzja prosta, oczywista, wsparta zwykłym człowieczeństwem, a w tym przypadku, dodatkowo, latami prywatnej i zawodowej przyjaźni i zaufania. Ale kiedy na szali stawiamy po jednej stronie lojalność wobec przyjaciela a po drugiej powagę kierujących naszym życiem zasad, przestajemy mówić o oczywistości. I zaczynamy mówić o ryzyku.

W piątym tomie serii o Jakubie Mortce autor stawia przed bohaterem niełatwe zadanie. Bo jakże wielkim dylematem jest postawienie przeciw sobie przyjaźni i zasad zawodowych. Jakże trudno jest odłożyć na bok fakty, dowody bez wątpienia wskazujące na kogo bliskiego i zdać się jedynie na intuicję, która każe nam bronić kogoś, kogo, jak nam się wydaje dogłębnie poznaliśmy. A że temat podjął Wojciech Chmielarz, akcja nie potoczy się bez wewnętrznych rozterek, znakomitego wnikania w dusze bohaterów, wewnętrznej walki ze słabościami i sprzecznymi odczuciami, bez bólu. A wszystko to na tle bezlitosnych, gotowych zabić, bo tak łatwiej, związków biznesu, polityki i władzy.

Podkomisarz Kochan oskarżony zostaje o zabicie dwóch kobiet z Milanówka - wszystko świadczy na jego niekorzyść. Z niejasnego powodu, zamiast przyznać się do popełnionego czynu, Kochan zaczyna się ukrywać. Gdy kończą się mu pomysły i możliwości unikania kolegów po fachu, postanawia poprosić o pomoc Mortkę. 
Tymczasem aspirantka Suchocka prowadzi nas w stronę zupełnie innej sprawy kryminalnej - gwałtu na młodym mężczyźnie, nagranego przez świadka i odnalezionego przez policjantkę. Suchocka będzie z swym dążeniu do ukarania sprawców, osób medialnie rozpoznawalnych, tak bardzo uparta, że sam tego powód będzie budził zainteresowanie nasze i Jakuba Mortki.

Łatwo się domyślić, że Wojciech Chmielarz przygotował dla nas niezwykłe powiązanie obu spraw. Oczywistym jest, że będziemy podążali śladami przestępców, świadków i oskarżonych na tyle długo, by ich ścieżki się przecięły a obie sprawy zaskoczyły nas wspólnymi mianownikami. I owszem, zaskakują, także na samym końcu, w niepozornym, kilkustronicowym epilogu. 

Książkę można by nazwać zwykłym kryminałem, gdyby nie kilka powodów, dla których powinien być nazwany kryminałem świetnym. Pan Chmielarz posiadł bowiem zdolność intrygowania zdaniem po zdaniu, nieograniczania się do prostych rozwiązań i ciągłego dodawania informacji, które wiążą kolejne supełki, czyniąc lekturę jego książki coraz bardziej wciągającą, przyjemną i ... cóż, nieprzerwaną. 
Co więcej, i co stanowi dla nie ogromny walor książek Wojciecha Chmielarza to fakt, że jego bohaterowie zwykle mają dwie twarze. Autor potrafił nas poprowadzić takimi ścieżkami, że jesteśmy w stanie uwierzyć w niewinność Kochana, że Andrzejewski i Gruda stawiają nas w rozkroku uniemożliwiającym skierowanie się w jedną ze stron, oceniających ich postępowanie, że Sucha, choć mało kobieca w stylu bycia i zachowaniu, wydaje się być w pewnym momencie tak delikatna, jak delikatna może być tylko prawdziwa kobieta. I wreszcie, nasz znany i lubiany Jakub Mortka znów jest osobą, której autor nadał cechy, które czynią niemożliwym nielubienie go.Jego subtelność i spokój wewnętrzny potrafią natychmiast wybuchnąć seriami gwałtownych, nawet brutalnych zachowań, gdy przychodzi bronić prawdy i bezpieczeństwa - swojego, współpracowników czy ukochanej. 
"Komisarz mógł na pierwszy rzut oka sprawiać wrażenie kogoś słabego, niepewnego własnej wartości, nawet zakompleksionego, ale facet miał w sobie zaciętość godną pitbula. I najśmieszniejsze, że nawet nie zdawał sobie z tego sprawy." (str.449)

"Cienie" są pełne przeszłości. Wykopujemy, dosłownie i w przenośni, trupy z teoretycznie zamkniętych rozdziałów życia. I nie tylko po to, by oprzeć na tym bardzo realne, chłodne, policyjne dochodzenie. Także po to, by wzburzyć na nowo wodę w, wydawać by się mogło, uspokojonej już na zawsze szklance wody. By obudzić wspomnienia o czynach przykrytych kurzem - o samosądach, o wykorzystywaniu seksualnym i gwałtach, o zastraszaniu i domowej przemocy. Także po to, by znowu stawić czoła błędom i decyzjom sprzed miesięcy czy lat. A każdy z cieni, który podąża za bohaterami, okraszony zostaje ich niepokojem, gwałtownymi zachowaniami, strachem. 
"Coś się stało, ale człowiek zdążył już o tym zapomnieć. Wmówić sobie, że tamto już minęło, że już nie wróci. Można to zamknąć w sobie, schować głęboko wśród innych wspomnień i próbować zapomnieć. A potem pojawia się on, posłaniec złych wieści, upiór burzący z takim trudem budowany spokój." (str. 148)
Każdy z nich prowadzi do plątaniny kłamstw, do wypierania się winy, do znajdywania nowych sposobów na uniknięcie kary. Wreszcie, do sprawdzenia jak daleko sięga nasza ufność i lojalność, ile jesteśmy w stanie poświęcić dla rodziny czy przyjaciół i co zrobimy, by w ostatecznym rozrachunku, na placu boju pozostało więcej ocalonych niż ofiar. 

Wydawnictwo: Marginesy, 2018
Cykl: Jakub Mortka (tom5)
Liczba stron: 480

poniedziałek, 24 września 2018

O nękającym poczuciu winy.

"Obserwuję cię" Teresa Driscoll  5/10


Współczesny świat to, bez upiększeń, świat ludzi nie dbających o samopoczucie innych, o bezpieczeństwo osób, które nie są nam szczególnie bliskie, o szczęśliwe zakończenia groźnych, ba, nawet niebezpiecznych zdarzeń. I choćbyśmy po wielokroć powtarzali slogany o tym, że ludzie są z natury dobrzy, że żaden człowiek nie rodzi się złym, i tak będziemy mogli w dojrzałym wieku zweryfikować każde w hurra-optymistycznych założeń. Bo współczesny świat to nie jest świat wyrzutów sumienia, troski i nieustannej chęci zadośćuczynienia. To nie jest świat ludzi żyjących w poczuciu winy tylko dlatego, że w pociągu nie zareagowali na dość swobodne ale i zagrażające niewinności zachowanie nastolatek. A o tym, o wyrzutach sumienia, o nieukrytym żalu, o zaniechaniu, które daje poczucie winy tak wielkie, że aż zmuszające do naiwnych reakcji i impulsywnych zachowań jest książka Teresy Driscoll "Obserwuję Cię".

Kiedy jest się nastolatką, każda okazja do wyruszenia w nieznany świat, do nawiązania nietypowych znajomości, do niezapowiedzianej i radosnej zabawy, jest pokusą nie do pokonania. Wiedzą to same zainteresowane szesnastolatki, wie także, podróżująca w tym samym wagonie matka nastoletniego chłopaka. Pytanie, które pojawia się w prawie każdej recenzji to pytanie o to, jak my, ludzie podobnie obcy, przechodnie, współpodróżni, zachowalibyśmy się w takiej sytuacji. Jestem przekonana, że zachowalibyśmy się tak samo jak Ella, nie zrobilibyśmy nic. Dziewczyny nie były atakowane, nic nie działo się wbrew ich woli. To, że spotkały mężczyzn, którzy świeżo opuścili mury więzienia było przypadkiem, niezależnym od nich i od żadnej osoby, która znalazła się wtedy w ich otoczeniu. Autorka pragnie i potrafi niepewnością bohaterki sprawić jednak, że zaczynamy odczuwać gwałtowną empatię i umacniać gdzieś w głębi ducha przekonanie, że my sami postąpilibyśmy inaczej, nie zmienilibyśmy wagonu. Zaraz zaraz... a właściwie ile osób po postawionym powyżej pytaniu wzruszyłoby ramionami, nie pamiętając nawet o sytuacji wcale nie sprawiającej wrażenia wielce niebezpiecznej? 
Nie podoba mi się niejednoznaczność wyjściowej sytuacji, nie podoba mi się, że autorka nie określa sytuacji w sposób, który nie pozostawiałby moralnego prawa do niezareagowania, do pozostawienia młodych dziewcząt bez interwencji innej osoby, nawet obcej, przypadkowej. 

Tak naprawdę, dopiero fakt zaginięcia jednej z nich, Anny, stawia pytania o to, gdzie należy postawić granicę między poczuciem winy a usprawiedliwianiem samego siebie. Choć i tutaj nie należy zapominać o zwyczajnych ludzkich odruchach - o strachu, o możliwości wystawienia się na pośmiewisko, o tym, że być może nasza ingerencja okaże się zupełnie nietrafiona. I nie, nie jestem osobą pozbawioną empatii. Właśnie dlatego, że noszę w sobie często poczucie winy z równą lekkością i przyzwyczajeniem jak Ella, podróżująca tym samym pociągiem, zastanawiam się czy wyposażenie bohaterki w aż tak dręczące wyrzuty sumienia nie jest lekko zakrawającą na naiwność, czy nawet pozbawiona sensu i wiarygodności przesadą. 
"Tony twierdzi, że że mój największy problem jest taki, że za dużo myślę., biorę sobie cały świat na ramiona. Według niego muszę więcej odpuszczać i tak się wszystkim nie przejmować. czasem się zastanawiam czy gdybym się tego nauczyła, byłabym innym człowiekiem. Gdybym przestała analizować i skupiła się na jednej rzeczy naraz." (str.305)
Ale to już oczywiście sprawa inwencji twórczej bohaterki. Prostota języka, czasem aż drażniąca, też zapewne jest jej częścią.

Przyznać trzeba Teresie Driscoll, że jest mistrzynią wątków pobocznych, dzielenia włosów na czworo, podbudowywania naszego współodczuwania poprzez odwołania się do znanych nam, wzruszających bądź poruszających wydarzeń. Chcąc obudzić w nas rodzicielskie instynkty, wkłada nam w ręce właśnie narodzoną córeczkę detektywa. Chcąc pogłębić dramatyzm przeżyć matki, wrzuconej w żałobne oczekiwanie na cud, każemy jej mężowi dodatkowo dopuścić się niecnego czynu, który po wielokroć będzie mu przywodził na myśl ostatnie skierowane do niego słowa córki: "Brzydzę się tobą, tato".
"Pragnie, aby ten głos dał mu spokój. Aby umilkł. Pragnie wrócić do czasów, kiedy Anna była mała i go kochała, zbierała kwiaty na Ścieżce Pierwiosnków. Do czasów, kiedy był jej bohaterem i kiedy ścigali się do domu na podwieczorek." (str.83)
Chcąc jeszcze bardziej zaognić plątaninę emocjonalną, autorka także w rodzinie przyjaciółki, która (uwaga, uwaga!) boryka się z równie mocnymi wyrzutami sumienia jak Elle, znajduje miejsce na zupełnie inny, drastyczny problem moralny. 

Właściwie rzec by można, że "Obserwuję Cię" stanowi mieszaninę powieści obyczajowej poruszającej problemy społeczno-moralne z pola molestowania seksualnego, niewierności, psychologicznego dręczenia, zastraszania itp itd, ze stanowiącym bazę, lekko odrealnionym, nieco ugłaskanym thrillerem. Jest tu wszystko i tak naprawdę nie ma wiele. Bowiem rozwijając wątki poboczne w nieskończoność, autorka popełnia dla mnie grzech śmiertelny twórczyni thrillerów - pozbawia powieść napięcia. 
Tyle jest tutaj drobiazgowo rozpisanych dialogów, nieszczególnie związanych z głównym wątkiem, tyle tutaj dodatkowych zmartwień, które kierują uwagę czytelnika na zachowania, rodzinne sekrety czy niecne zachowania członków owych rodzin, że tak naprawdę nie ma czasu na przejmowanie się samą Anną, faktem jej zniknięcia, tym, że być może ciągle tkwi gdzieś więziona przez porywacza, tym, że być może największą tragedia rodziców jest niemożność poznania prawdy i w najgorszym z wypadków - pochowania swego dziecka.

Dla wielu czytelników niepodważalną zaletą powieści będzie łatwość jej czytania. Język, bardzo prostu w przekazie, nie wybiegający poza podstawowe określenia uczuć, nie wymagający szczególnego skupienia, prowadzi nas przez kolejne rozdziały niczym przez lekką opowiastkę, nie zmuszając nas do zagłębiania się w sekrety duszy cierpiących osób, podając nam na talerzu zachowania i nie budząc jakichkolwiek wątpliwości. 
I tutaj Proszę Państwa pojawia się rzecz świadcząca o wyobraźni autorki, jej dziennikarskich zdolnościach i starannym zastanowieniu się, jak poprowadzić nas od początku do końca nie podając od razu rozkładu jazdy. W tym szaleństwie wielowątkowości, wielu punktów widzenia, przeskakiwania między relacjami bohaterów (nota bene znakomity zabieg stylistyczny, pozwalający na nieustanne zatrzymywanie ciekawości czytelnika) jest metoda. I to dobra metoda na poprowadzenie do rozwiązania w taki sposób, by usłyszeć, że zakończenie było niespodziewane, że podejrzewaliśmy wszystkich prócz tej osoby, że nie spodziewaliśmy się takich właśnie powiązań wątków. Jesteśmy zatem zadowoleni, przeczytaliśmy powieść szybko, bez wysiłku, troszkę pogdybaliśmy ... i jutro zapomnimy. 

To subiektywny blog. Ja po tej lekturze nie czuję wzburzenia, nie czuję współczucia, nadal nie rozumiem zachowania niektórych bohaterów. Czuję się nieco rozczarowana płaskością akcji, relacja bardziej niż analizą przeżyć, niedoskonałością wglądania w odczucia i emocje bohaterów i tym, że gdy zwykle karteczki zaznaczające ciekawe cytaty wysypują się z czytanych przeze mnie powieści jedna za drugą, o tyle tutaj... cóż, mam ich cztery. 

Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2018
Tytuł oryginału: I Am Watching You
Tłumaczenie: Monika Nowak
Liczba stron: 361

Za egzemplarz recenzencki dziękuję portalowi czytampierwszy.pl