Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

piątek, 15 czerwca 2018

O uosobieniu zła.

"Niech będzie wola twoja" Maxime Chattam 9/10


To, że książka Maxima Chattama została oceniona przeze mnie na 8, a zatem jako dzieło wybitne, nie oznacza, że spędzimy przy niej ciepłe, przyjemne popołudnie czy dwa... , że odpłyniemy w świat, który pozbawi nas trosk, pozwoli odpocząć od codzienności. Wręcz przeciwnie. Książka jest trudna, bardzo mocna, wzbudzająca wiele nieprzyjemnych emocji. To zaś, co stanowiło o ocenie na jaką moim zdaniem zasłużyła to fakt, że w tych własnie nieprzyjemnych, niespokojnych, burzących w nas krew formach, Chattam wydaje się być mistrzem. Stwierdzam to nie po raz pierwszy i zapewne nie ostatni, a jeszcze raz chwaląc jego maestrię utwierdzam się w przekonaniu, że nazwanie go częścią malutkiego klubu moich ulubionych autorów, nie było pochopnym zachłyśnięciem się jednym udanym utworem.

Można by powiedzieć o wielbicielach takiej literatury, w tym o mojej osobie, że ekscytuje nas coś, co jest czystym złem. Można by zarzucać jej czytelnikom, że poszukują chorych podniet czy też może, że gdzieś w głębi duszy ukrywają namiętność skierowaną ku zachowaniom uznawanym za niekoniecznie społecznie akceptowalne. Nie jest tak. Myślę, że większość wielbicieli prozy Maxima Chattama podziwia niezwykły kunszt ukazywania jaźni psychopatycznej, umysłu, który kieruje się niezrozumiałymi dla nas motywami. Opisy, które serwuje nam autor, to nie są opisy czysto krwawego dręczenia ofiary, to nie są opisy, które na mnie osobiście sprawiałyby wrażenia rzeźni, od której należałoby odwrócić oczy. W opisach tych autor raczej kumuluje w sposób niezwykle plastyczny wszystkie złe emocje, które sam psychopata kreuje, a później zgodnie ze swoja wolą przeżywa po to, by zaspokoić chore wyobrażenie o tym, co dla niego dobre, wymarzone, spełniające. 

Bohaterem "Niech będzie wola twoja" jest chłopiec, później mężczyzna, Jon Petersen, którego autor przedstawia jako typ człowieka, który urodził się takim a nie innym, w takich a nie innych dramatycznych okolicznościach, i poprzez to "zrodzenie we krwi" wchłonął przekleństwo świata. Owo przekleństwo spadło na niego i z powodów genetycznych i za sprawą traumy, która choć spotkała go w pierwszych, mało świadomych chwilach życia, nigdy nie była w stanie zaniknąć. Wręcz przeciwnie, rozwinęła się w tak potwornym kierunku, że dla jego bliskich czy sąsiadów oczywistym wydawał się fakt, że ów człowiek nie pochodził z ziemi czy nieba, ale był tworem piekła, wysłannikiem zła. "Niektórzy rodzą się na wskroś dobrzy, większość to linoskoczkowie tańczący nad przepaścią pomiędzy dobrem a złem, ale garstka takich jak on pojawia się na świecie już skażona sporą ilością szlamu przy fundamentach, zbyt dużą, by moralizatorskie wody cywilizacji mogły zmyć ten bród." (str.140) 
Cała reszta książki neguje możliwość jakiegokolwiek zrozumienia owego człowieka. On wie, że jest zły i właśnie to jest przerażające. Gdyby sobie z tego zupełnie nie zdawał sprawy, gdyby autor przedstawił nam tylko ekstatyczne momenty zachwytu koszmarnymi "dziełami", gdyby pokazywał nam tylko chwile, kiedy Jon wręcz odpływa w nierzeczywistość, być może ów pozbawiony krzty dobra człowiek stałby się dla nas w maleńkim choć stopniu akceptowalny, być może znaleźlibyśmy dla niego jakąś psychiatryczną czy resocjalizującą drogę ratunku. Ale Chattam idzie dalej: czytelnie i jasno wskazuje momenty zawahania, potencjalnego zdania sobie sprawy z własnego okrucieństwa, momentami wręcz daje nam nadzieję na opamiętanie. Bez skutku. I ta bezsensowność zawahań, już u zarania skazanych na niepowodzenie powoduje, że w naszych prostych ludzkich głowach, owo wielkie umiłowanie zła zwyczajnie się nie mieści. 

Dawkowanie okrucieństwa, któremu towarzyszy nasze wzburzenie, autor opanował do perfekcji. Dziecko, które zawiść i zazdrość przekuwa w okrucieństwo. Szukanie w lepszych od siebie słabości, którymi może ich zniszczyć. Niewinne zwierzęta, które są dla niego kolejnymi darami mającymi wzbogacić jego, odkryte później przypadkiem, cmentarzysko. Kobiety gwałcone, maltretowane, uznawane za przedmioty i ową przedmiotowość okupujące stoczeniem się w świat, z którego brakuje powrotu. Chory ideał rozlanego na pościeli kwiatu niewinności. Można mnożyć odstające od jakiejkolwiek normalności i akceptacji zachowania Petersona, nie brak Chattamowi wyobraźni w tym aspekcie. Ja jednak uparcie uważam, że nie ku przerażeniu i żądzy krwi są one w powieści kreowane ale ku wizualizacji, ku pobudzeniu wyobraźni i wreszcie ku zdaniu sobie sprawy. Myślę, że w przypadku tego typu powieści autorzy chcą wskazać na pewną dziwna obojętność, która pozwala nam tolerować i odwracać oczy od sytuacji, które początkowo być może nas bulwersują, być może nawet szokują, a potem po prostu są. Bez naszego sprzeciwu. Bo ważniejsza jest lojalność wobec sąsiada niż popatrzenie na jego ręce i na to, co nimi czyni w zaciszu domowym i poza nim. "Czy prawda istnieje jedynie wtedy, gdy ujrzy światło dzienne? Czy tez prawda świata jest tylko wielkim oszustwem opartym na skrawkach prawd, jakie każdy zachowuje grzecznie dla siebie?" (str.290)

Na koniec jeszcze jedna refleksja, jeszcze jeden powód, dla którego "Niech będzie wola twoja" okazało się dla mnie książką ogromnie poruszającą, i którą za owo dotarcie w mroczne głębiny duszy oceniam tak wysoko. Miejsce, które podobnie jak u bardzo przeze mnie cenionego Jakuba Małeckiego, skupia w garści wszystkie prawdy o ludzkim złu. Mała społeczność rządząca się prawami, które wydaja nam się stare, bardzo wiejskie, małomiasteczkowe ... a tak naprawdę stanowi namiastkę tego, co spotkać możemy w większych skupiskach, miastach, całych krajach. Prawa, które budują mur obojętności, które ukrywają zdarzenia jak te z powieści Chattama pod większymi, bardziej spektakularnymi czy wydawać się może, bardziej drastycznymi. Małe społeczności to także ciche potakiwanie koszmarnie przyjętemu patriarchatowi. Niszczy się jego chorym rozumieniem syna, dając mu na całe życie poczucie nienawiści wpajając dyscyplinę krwią i okrucieństwem albo też, co wręcz niewyobrażalne, tłumaczy się nim folgowanie na córce własnym chorym pragnieniom seksualnym, co prowadzić ją może tylko w ból i śmierć. 

Chyba pora przyjrzeć się uważnie tego typu powieściom po to, by nie pozwolić sobie na machnięcie ręką, na stwierdzenie, że ten problem nas nie dotyczy. Ponieważ to my sami owa obojętnością kreujemy strach i przyzwolenie. W którymś momencie, zdawszy sobie sprawę z niebezpieczeństwa, widzimy siebie siedzących w skorupie w oczekiwaniu na zło, a jednocześnie mających nadzieję, że owo zło nasze domostwo ominie. Tyle że mamy psa, kota, którego traktujemy jak członka rodziny i którego nie chcielibyśmy pewnego dnia nie odnaleźć. Mamy syna, który powinien odebrać zaszczyty za swą pracę miast uciekać przed obelgami, bo zazdrosne zło obsikało mu spodnie. I wreszcie... mamy córkę, która nigdy, przenigdy, nie powinna wychodzić z domu sąsiada z czerwonym makiem w dłoni.
...bo ostatecznie, sama wiara w sprawiedliwość, ludzką czy boską, może jednak nie wystarczyć... prawda, Panie Chattam?...

Wydawnictwo: Sonia Draga, 2016
Tytuł oryginału: Que ta volonté soit faite
Tłumaczenie: Marta Olszewska 
Liczba stron: 304

wtorek, 5 czerwca 2018

O retro gliniarzu.

"Gliny z innej gliny" Marcin Wroński (Ryszard Ćwirlej, Robert Ostaszewski, Andrzej Pilipiuk)  

7/10


Recenzja przedpremierowa

Miłośnicy kryminałów retro, nazwisko Pana Wrońskiego mają zapewne zapisane w czytelniczej pamięci złotymi zgłoskami. Nie ma więc sensu pisać peanów chwalących czy potwierdzających wielkie powodzenie jakim cieszyła się właśnie zakończona seria. Znany jest też fakt, że jej niesforny bohater - Zyga Maciejewski - dostarczający niezwykłych wrażeń, skrojony został na miarę idealnego mieszkańca Lublina dwudziestolecia wojennego a jednocześnie opisany językiem i formą, które niewątpliwie sprostały wymaganiom współczesnego, żądnego akcji czytelnika. Była to bowiem seria starannie umiejscowiona w czasie, przepełniona ówczesnym miejskim folklorem, okraszona humorem lubelskiej ulicy i policyjnych komisariatów. Jednocześnie spisana została z taka swadą i tak przejrzyście, że ów powrót w czasie nie był przeszkodą, by pokochały ją rzesze osób stroniących od innych pokładów historii.

By zakończyć swą serię z przytupem, dostarczyć jeszcze innych wrażeń a jednocześnie nie wyjść z konwencji, dzięki której cieszyła się ona tak wielka popularnością, Marcin Wroński zdecydował się na tom X. Czymże ów twór jest? Otóż jest to praca zbiorowa trzech twórców, przyjemna i zaskakująca makatka pomysłów, innowacji, zabawy bohaterem, będąca jednocześnie hołdem dla głównego autora, który dziesięcioletnią pracą narzucił temat, bohatera ale już niekoniecznie styl czy ramy czasowe. Pan Wroński, zapraszając do współpracy trzech znanych polskich literatów, pozwolił im na swobodne przerzucanie swego bohatera w miejsca i lata, które najbardziej będą odpowiadały ich stylistyce, koncepcji, upodobaniom i przyjemności pisania.

Sam Marcin Wroński wprowadzenie do zbioru pozostawia w miejscu i czasie znanym i nam i swojemu bohaterowi. W opowiadaniu rozpoczynającym książkę nasz bohater, niczym Sherlock Holmes, rozwiązuje zagadkę przedstawioną w sposób zwięzły i zabawny, a jednocześnie wrzucający nas w świat znanych postaci, dzięki czemu wygodnie rozsiadamy się w starym, przyjemnie znajomym fotelu. Ale ledwie jeden krok dalej zaczyna dziać się inaczej i dziwniej a nasz fotel, niczym wehikuł czasu, wiedzie nas w miejsca nieznane. Bo przecież u Pana Ćwirleja to Poznań będzie tłem wydarzeń, w których Zyga wykaże się swym sprytem. Andrzej Pilipiuk dołoży sporo swojej niezwykłej wyobraźni, zaś Robert Ostaszewski zmierzy nasze wyobrażenia o życiu komisarza Maciejewskiego z czasami wojennymi. O, to nie koniec Proszę Państwa. Wszak i czasy komuny, czasy budowy naszej pięknej socjalistycznej ojczyzny znajdą się na kartach owego niezwykłego zbioru, ba, także lata 80-te dwudziestego wieku niejednym nas zaskoczą za sprawą samego Marcina Wrońskiego.

Można każde opowiadanie czy tez prozatorski fragment opisywać, datować i kojarzyć z konkretnym miejscem ale nie o to, mam wrażenie, chodziło autorowi. Chodzi tutaj o dziesięcioletnia pracę i przywiązanie do tego niezwykłego policjanta-boksera, chodzi o to, jak dojrzewał zawodowo i osobiście, jak zmieniały go czasy, w których przyszło mu żyć i pracować. Teraz wiemy także jak owa postać mogłaby sprostać naszym wyobrażeniom po koniec lat dwudziestych. O przepraszam, XXI wiek też w tym zbiorze nie jest dla Zygi zagadką.

Jak wspomniałam jest to rodzaj współpracy, poddania się przez czterech pisarzy urokowi opowieści, jaką zapewnia swoją innością i  niepowtarzalnością gatunek jakim jest retro kryminał (czy na pewno w tym przypadku nadal obowiązuje nas ta nazwa gatunkowa? a może to tylko przyczynek do zabawy międzygatunkowej?).
Jest to rzecz jasna uchylenie kapelusza przed Marcinem Wroński, który Zygę powołał do życia, a następnie tak starannie, zabawnie i różnorodnie w owym życiu umiejscawiał, że z przyjemnością sięgaliśmy po kolejne etapy jego historii przez cała dekadę.
Dla mnie, także dzięki kilku ostatnim stronom, zbiór ten wydaje się być hołdem dla samego bohatera. Bo też odkładając książkę mamy wrażenie, że niezwykle ciężko jet pożegnać się z Maciejewskim. Marcinowi Wrońskiemu - ojcu postaci, współautorom zbioru doceniającą niezwykle wartościową pracę autora serii i nam - czytelnikom.

Bardzo przyjemnie czyta się ten zbiór osobie, która jak ja, nie jest wielką fanką gatunku retro kryminał. A jeśli tak jest, to zapewne stanie się ona pozycja obowiązkową miłośników tegoż. Uśmiech nie schodził mi z ust, ogarniała mnie niemała nostalgia gdy zbliżałam się do końca tego niezwykłego, nieco abstrakcyjnego zbioru przygód, opowieści i form pożegnalnych. Warto się czasem nostalgicznie pouśmiechać, prawda?

Książkę przeczytałam przed premierą (6.06) dzięki portalowi czytampierwszy.pl, któremu gratuluję pomysłu na taką możliwość, oraz dzięki wydawnictwu W.A.B., który w owej akcji ją udostępnił. 


Wydawnictwo: W.A.B., 2018
Cykl: Komisarz Maciejewski (tom 10)
Liczba stron: 413

wtorek, 29 maja 2018

O bezpaństwowej dwunarodowości.

"Patrioci" Sana Krasikov  8/10


Kim była Florence Fein, bohaterka powieści okrzykniętej współczesnym "Doktorem Żywago"? Za co można ją zganić, za co obdarzyć wzgardą i co uznać za niewybaczalne? Co zaś można tłumaczyć idealizmem i miłością, za co rozgrzeszyć, co wytłumaczyć naporem czasu i miejsca jakiemu musiała sprostać by przetrwać? Te pytania Sana Krasikov stara się rozważać, stara się na nie odpowiadać i definiować opinie jej samej, ludzi podobnych Florence, historyków. Dla mnie pozostają one bez odpowiedzi, jak bez odpowiedzi zostanie zawsze zawahanie nad zdecydowaną oceną sumienia, nad rzuceniem kamienia czy też nad bezwarunkowym wybaczaniem i zrozumieniem postępowania. "Sęk w tym, przyjacielu(...), że wszystkich nas krótko trzyma epoka, w której żyjemy. Tyrania naszych czasów."(str.661)

Florence Fein jaką poznajemy, to oszalała z miłości Amerykanka o żydowskich korzeniach. I nie o sam sensu stricte romans tutaj chodzi, choć i on odegrał niezwykle istotną rolę w uporze, który doprowadził do jej szalonego wyjazdu. Tu chodzi o romans z marzeniami, z oślepieniem piękną wizją wolności, nieprawdopodobnymi obietnicami na miarę "szklanych domów" Żeromskiego. Tu serce wyrywa się z powinności i codziennego ograniczenia konwenansami ku samostanowieniu, wyrażaniu prawd i budowaniu ideału, któremu na imię komunizm. "Owszem, mogła zostać i poczekać, aż wszystkie te zmiany się dokonają, mogła obserwować rozpisany na dziesięciolecia marsz ku postępowi. Ale nie miała do tego cierpliwości. Chciała przeskoczyć wszystkie te zakazy i przeszkody, wszystkie uprzedzenia, całą tę poprawność i skoczyć prosto w przyszłość. Właśnie tym był wtedy dla niej Związek Radziecki: miejscem, w którym przyszłość stała się teraźniejszością." (str.651)
Kiedy Florence pędzi na spotkanie z ową utopią o twarzy radzieckiego ideowca, który chwilowo przebywając w Stanach, zdążył porwać jej umysł i serce, nie widzi mijanej prawdy. Omiata z oczu mijaną po drodze biedę, nie ulega strachowi, którym zarażone są już niektóre ze spotykanych osób, nie czuje trudów, smrodu i niewygody miejsc, które okazują się być prawdziwym obliczem zakorzenionych w niej idei. I nawet złamane serce nie jest w stanie spowodować, by postrzegła otaczający ją świat oczami pozbawionymi utopijnych wyobrażeń. Czuje się na tyle potrzebna, że nic tego poczucia i dumy z niego nie będzie w stanie złamać przez lata. Także cierpienie i niewyobrażalny ból po stratach, po kłamstwach, po dramatycznych wyborach między lojalnością a bezpieczeństwem i ten, po cierpieniach fizycznych, mrozie, brudzie, upokorzeniach. "(...)gdzieś w głębi ducha odczuwała jakąś wstrętna dumę płynącą z wykonywania tej odrażającej pracy. To gwałcenie samej siebie, które od przebudzenia do zaśnięcia napawało ja obrzydzeniem, podtrzymywało w niej jakąś podłą iluzję, że jest bystra i w jakimś sensie wyjątkowa." (str.503)
Pora wracać - uzna nie jeden i nie dwa razy w swoim dojrzalszym, mocno poranionym życiu. Ale tego życia już nie będzie, stanie się niewolnicą kraju, do którego kiedyś pędziła ze wszystkich sił, a który powoli, spoza wszystkich niespełnionych obietnic, tragedii rodzinnych, kłamstw obracających zasługi w zdradę, zacznie wreszcie ukazywać jej swoje prawdziwe oblicze. "Kraj, do którego przyjechała sześć lat wcześniej, tak niegdyś romantyczny i pełen możliwości, na każdym kroku wysyłał jej teraz niebezpieczne sygnały." (str.353). Tamten drugi kraj, zapomniany i wzgardzony, ale jednak ojczysty, też zapomni, rozłoży ręce i okaże się być współwinnym dwupaństwowości, a może jednak bezpaństwowości Florence. "Jesteśmy dla nich nikim. Zbiegami. Zdrajcami. Wyjechaliśmy i nikt nie będzie po nas płakał. gardzą nami, taka jest prawda." (str.483)
W swym życiu, które narrator raz słowami autorki, raz wspomnieniami i opowieściami syna Florence - Juliana, opowie w sposób niezwykle przejmujący i momentami wstrząsający, przyjdzie bohaterce przejść przez wiele odcieni wiary i niewiary, zwątpienia i załamania siłą własnej chęci życia mimo postępków, które długo jeszcze budzić w niej będą wstyd i gniew. 

Opowieść o Florence jest dla Sany Krasikov sposobem na jak najbardziej przyswajalny dla współczesnego czytelnika opis działania dwóch państw - wydawałoby się kompletnie różnych, ale jak wynika z opowieści, bardzo mocno ze sobą złączonych. Ten nieuchwytny amerykańsko-radziecki a potem rosyjski węzeł prześladuje nas na każdym kroku. Będzie stanowił o dwojakości życia każdego z przedstawionych pokoleń - samej Florence, jej syna i wnuka. 
Znajdziemy go w idealiźmie młodej Florie, jak i w jej późniejszym przedziwnym uleganiu (?) systemowi, jak i w ponurym przerażeniu faktem, że jej ojczyzna wyrzekła się jej i jako Amerykanki i jako Żydówki. Jest też w działaniach jej syna, który kiedyś, mieszkając w Rosji, był tylko Żydem niegodnym doktoratu, a teraz, gdy w związku z pracą często powraca do Moskwy, zderza się z prawdą, której nie sposób zaprzeczyć - że radziecka i rosyjska twarz biznesu, poczucia wyższości i sposobu zdobywania przewagi ideowej czy tej zwykłej - materialnej, bardzo niewiele się różnią. Na trzecim poziomie owej niezwykłej plątaniny dwóch narodów i ich podobieństw tkwi młody Lenny, wnuk Florence, który szukając szczęścia w miłości i interesach w putinowskiej Rosji, zupełnie jeszcze nieświadom swojej przedziwnej "nieprzynależności" pozwala sobie na lekceważenie potencjalnych zagrożeń, na pewność odnalezienia swojego miejsca na ziemi bez prawdziwego jego poznania od wewnątrz. 

Wszystkie trzy płaszczyzny prowadzą nas zawsze, ścieżka po ścieżce, wspomnienie po wspomnieniu do życia Florence, do świata jej radości i rozczarowań, opamiętań i ponownych zachłyśnięć. I do ponownego postawienia sobie pytania: ile było w niej woli życia a ile ideologicznego uzależnienia, ile siły a ile poddańczości, ile prawdy a ile samozakłamania? Kim była Florence Fein? A przede wszystkim, czy tytuł "Patrioci" można odnieść do niej? A jeśli nie, to dlaczego? I kto bardziej na owo miano zasługuje? Poszukajcie własnej odpowiedzi. Może zadziwić Was samych.  

Wydawnictwo: W.A.B, 2018 
Tytuł oryginału: The Patriots 
Tłumaczenie: Dorota Konowrocka-Sawa
Liczba stron: 672

piątek, 25 maja 2018

O zapętlonym rozedrganiu.

"Dygot" Jakub Małecki  10/10


Pozwalam sobie na dozowanie prozy Jakuba Małeckiego niechronologiczne, niezgodnie z ocenami, nieodpowiednio do wznowień i premier. I nie tracę w tym pozornym czasowym niechlujstwie ani grama ciągłości, ani sekundy wzruszenia, ani odrobiny nienamacalnej magii. Cóż ma w sobie ten młody pisarz, że tak bardzo trafia we wrażliwe, ba, nadwrażliwe rejony naszych dusz, serc, umysłów? Otóż moim zdaniem, Jakub Małecki ma w sobie opowieść. Zaczarowaną opowieść o niezwykłościach. Ludzkich, przestrzennych i tych wewnętrznych.

W dawnych czasach, kiedy to głównie słowo mówione było nośnikiem historii rodzin i narodów, praw i prawd ludzkich i boskich, ale także przedziwnych wierzeń, zabobonów i obrazów, które z przypowieści trafiały na podatne grunty młodych umysłów, na ławce siadał nestor rodu i opowiadał. A dziatwa i inna, bardziej czy mniej przypadkowa gawiedź, słuchała. I wierzyła. I zapamiętywała. Po to by snuć, po to by nie zaprzepaścić i po to by przestrzec. Siadłam na owej ławeczce ze zdecydowanie za młodym jak na owe skojarzenia, ale równie zdecydowanie wyjątkowo w swej młodości zdolnym Jakubem Małeckim, by wysłuchać opowieści o rozedrganiu życia, o dygocie naszych wnętrz, o trzepocie każdego z naszych uczuć. Bo sam autor zdaje się być dzięki takiej formie niczym bohater-"odmieniec". "Jesteś krzyk, jesteś dygot, jesteś kropla w rzece".(str.102)

"Dygot" to opowieść o klątwach. O niewinnych, którzy urodzili się owymi klątwami naznaczeni. O ludziach współżyjących i współtrwających z owymi inaczej postrzeganymi. O albinosie i dziewczynie skazanej na życie z ogniem w skórze. I o ich wspólnym zaistnieniu, przełamaniu niemocy kochania, która przecież, wedle żyjącego przesądami pospólstwa, była im pisana. To opowieść o szaleństwie prostego życia, które obserwatorzy, nieświadomi wybojów, rowów i kałuż, które o owym życiu decydują, mogliby skwitować machnięciem ręki.
Snująca się po polach jesiennym dymem ballada Pana Małeckiego pokazuje nam, jak wiele może dostrzec jeden wrażliwy umysł. Jak wiele musi znieść jedno naznaczone nieszczęśliwymi wypadkami ciało. Jak pięknym można być pośród niepowodzeń, pośród łez niemocy. Jak można kochać pomimo niedoskonałości i jak bardzo brak miłości może ludzi odmienić.

Pisanie o "Dygocie" jest jak studnia uczuć bez dna. Nie umiem znaleźć emocji, których autor nie kazałby swoim bohaterom przeżyć. Nie umiem znaleźć tu opisów szczęścia i nieszczęścia, bólu i radości, które nie pojawiałyby się w życiu nas wszystkich. Nie umiem też nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że "prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni." (str.184)

Jak w każdej innej opowieści Jakuba Małeckiego, także i tutaj zdarzają się momenty, kiedy przestaje się oddychać. Słowa, które płyną ze stron, niesamowite opisy spoza realnego świata, serie słów pogłębiających doznania to coś, co dla mnie stanowi niebywały dar. Nie istnieje świat zewnętrzny, nie istnieją dźwięki i kolory, istnieje tylko świat wsi, miasteczek i jednego, jakby zupełnie przypadkowo przesuniętego przez życie najmłodszego z bohaterów miasta. To momenty oczarowania, niewiarygodnego zapadnięcia się w owe rozedrgane powietrze, w którym dzieją się sprawy tak oczywiste, że każdy ból boli podwójnie, tak zwyczajne, że radość wylewa się z naszych współodczuwających serc łzami. Prawdziwymi łzami. Nad psem Koniem, nad koniem Psem, nad ślepnącym dziadkiem Bronkiem, nad Kazikiem nieumiejących docenić, a potem bez owego docenienia nie umiejącym żyć, nad doznającą kolejnego bólu Emilią, nad rozszalałym łobuzerską fantazją Sebastianem, któremu wraz z nawróceniem na rodzinną wiarę w niezwykłe przyjdzie rozwikłać tajemnicę zniknięcia i śmierci. Nad każdym pokoleniem i nad każdą kałużą. Przede wszystkim nad tymi dwiema kałużami, które w niewyobrażalny sposób splotły ową opowieść - tak bardzo bliską ziemi, błota, stodoły, a jednocześnie tak bardzo spływającą na nas spoza tego świata. I tak bardzo wdzierającą się bólem w nasze głowy...

"Rozmyte pcha ludzi przez okna i rozkłada ich dygoczące ciała na torach. Ich dłonie szukają tabletek, wkładają je do ust garściami. Palce obracają pokrętła kuchenek gazowych, a wzrok zatrzymuje się na ostrzach. Napinają się wieszana naprędce paski od spodni. Dłonie puszczają kierownice. Dłonie zaciskają się na szyjach. Palce dotykają spustów. Z gardeł płynie ryk, zagłuszany szumem rzeki. Ci, którzy widzieli rozmyte, mówią do siebie podczas niebezpiecznej drogi z mieszkań do sklepów i drżą w kaftanach bezpieczeństwa, z głowami ciężkimi od lekarstw. Topią telefony w wannach. Sypiają jak koty. Wyją." (str.312)
...................................................................
Jestem, nie po raz pierwszy i z pewnością nie ostatni, oczarowana.

Wydawnictwo: Sina Qua Non, 2015
Liczba stron: 320

wtorek, 22 maja 2018

O szpiegach wśród szpiegów.

"Zamęt" Vincent V. Severski  9/10




Drodzy Państwo. Oto grupa ludzi, którzy nie istnieją, nie działają, nie pracują. Nie noszą także broni, nie wchodzą w paszczę lwa, nie są "nielegalni", nie podają się za innych nieistniejących, nie bywają poddawani inwigilacji czy torturom. Nie przykładają broni do skroni swojej lub wrogiej, nie odbijają zakładników. Nie kłamią. Nie znikają niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, nie nawiązują współpracy z krajami, z którymi współpracy się nie nawiązuje. I oczywiście nie negocjują z terrorystami. Postawmy przed nimi lustro i odwróconemu obrazowi pozwólmy powiedzieć: Witamy w świecie szpiegów. A jeśli ma to być świat wiarygodny, porywający, niezwykle skomplikowany i powiązany supłami realnych zależności, to wypada dodać: Miło mi Pana poznać Panie Severski.

Oczywiście byłam świadoma uprzednich dokonań Vincenta V. Severskiego, który poprzednią szpiegowską tetralogią zajął już słusznie mu należne miejsce na czele polskiej literatury tego gatunki. Mnie samej jednak nie dane było przeczytać tamtych powieści mimo tego, że posiadam, że kusiły i że ten typ literatury, jako jeden z niewielu, które wzbudzają we mnie silne emocje, znam i poważam. Być może musiałam dojrzeć do świadomości, że prawdopodobnie i my - Polacy - wreszcie mamy kogoś, kto tworzy literaturę szpiegowską na poziomie światowym.


Coraz więcej szacunku budzą we mnie autorzy, którzy swoje pisarstwo opierają na wiedzy lub wydarzeniach, które przeszło im osobiście zdefiniować, przeżyć, uwiarygodnić. Tak też jest w przypadku Pana Severskiego (pseudonim twórczy rzecz jasna), który po latach pracy dla polskiego wywiadu, po odebraniu wielu nagród za swą działalność, w tym Legii Zasługi z rąk prezydenta Baracka Obamy, znalazł chęci, czas i pewność swoich umiejętności, które pozwoliły mu na tworzenie tak profesjonalnych i wiarygodnych opowieści szpiegowskich.


To, co podoba mi się w "Zamęcie" to fakt, że pomimo dochodzących mnie głosów o dość luźnych, ale jednak powiązaniach z poprzednią serią, nie poczułam się pozbawiona solidnej bazy. Być może niektórzy czytelnicy natykając się na pewne pseudonimy czy nazwiska, uśmiechali się z sentymentem. Mnie natomiast nie było to potrzebne by w bardzo szybkim tempie poznać problem, utożsamić się z bohaterami i trzymać kciuki za ich skoki w czasie i przestrzeni - od Warszawy do Kapsztadu, od Moskwy do Islamabadu. Dzięki niezwykłej precyzji opisów śledziłam wszelkie akcje z uwagą, z łatwością domyślając się pewnych powiązań występujących już zapewne w poprzednich dziełach Pana Severskiego.


Dobra literatura szpiegowska to jak się powiada "mocne męskie pisanie". Ale jako kobieta o bardzo szerokim (jak to kobieta) wachlarzu emocji, nie poczułam się w "Zamęcie" ani przez moment zlekceważona czy pozbawiona współodczuwania. Oficerowie mają bowiem ludzkie oblicza, agentki wywiadu w żaden sposób nie są określane mianem mniej wartościowych. Autor pozwala sobie pozostawiać miejsce na walkę uczuć z obowiązkami zawodowymi, wprowadza wątki rodzinne, wylewa z oczu zmęczonych lub zrozpaczonych pracowników wywiadu łzy, wkłada w ich usta przekleństwa mające ulżyć w bólu, strachu, niedowierzaniu ale i wzruszeniu.


Wielowątkowość podana jest tutaj w sposób bardzo klarowny. Pozornie nie łączące się wydarzenia, dotyczące polskiej polityki czy świata wywiadu, przeplatają się ze sobą w sposób niezwykle zgrabny i nie pozwalający nam na poczucie zagubienia. Nie zmienia to faktu, że cała powieść jest lekturą ambitną, wymagającą skupienia i kodowania w myślach drobnych faktów, które w ostatecznym rozrachunku okazać się mogą mieć kolosalne znaczenie. Porwanie polskiego biznesmena (?), zaginięcie polskiego pracownika ambasady (?), dziecko dwojga agentów (?), zabójca bez pamięci (?), Wielki Zdrajca w szeregach Agencji Wywiadowczej (?). Ileż jeszcze pytajników można postawić przy przeplatających się wydarzeniach, które powiąże kolejny ciąg wielkich niewiadomych.


Dzięki "Zamętowi" było niezwykłą przyjemnością poznać niezwykle fachowego twórcę literatury szpiegowskiej. Ten obszerny tom nie pozwala się nudzić, krótkie fragmenty bardzo sprawnie i płynnie przerzucają nas nie tylko w różne miejsca ale i w myśli i czyny poszczególnych, rozsianych po świecie bohaterów - agentów, terrorystów, wynajętych zabójców, członków "Sekcji" i wreszcie samego jej dowódcy. I powiem, że fakt, iż w opisie pojawia się zapis: tom 1, budzi moją wielką radość. Polubiłam ten świat niezwykle i czekam na kolejne jego odsłony z wielką niecierpliwością. Polecam mężczyznom z przygodowym temperamentem i kobietom, którym czerpana z zawiłych akcji adrenalina dodaje pewności siebie w świecie nieustannych decyzji i ich konsekwencji.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Cykl: Zamęt (tom 1)
Liczba stron: 528


czwartek, 17 maja 2018

O walce osobowości.

"Walet Pik" Joyce Carol Oates   6/10



"Walet Pik" nie przylega gatunkowo do typowych dla Pani Oates powieści, które skupione na psychologii, na rozważaniach o walce jednostki ze światem, jej niepogodzeniem i nieprzystawalnością, zwykle opierają swoją formę o powieść obyczajową czy też psychologiczną. Nie zgodzę się jednak z padającymi w niektórych recenzjach opiniami, że jest przez to książką słabą, mało zaangażowaną w uczucia czy emocje. Pisząc "opowieść z suspensem", jak nazwała ja w podtytule, autorka daje nam inny rodzaj zastanowienia. Może skupiając naszą uwagę na podążaniu za lekką kryminalną intrygą, to właśnie nas samych czyni tym razem odpowiedzialnymi za wypowiedzenie osądu? Może zamiast serwować nam rozważania poparte naukami humanistycznymi  zmusza samego czytelnika do dokonania takowej analizy?

Tytułowy Walet Pik jest pseudonimem literackim znanego w pisarskim świecie twórcy kryminałów - Andrew J. Rusha - nie tylko podziwianego i otoczonego wianuszkiem fanów, ale wręcz zwanego "Stephenem Kingiem dla dżentelmenów", porównywanego z największymi twórcami gatunku. Pod własnym nazwiskiem pisze on powieści bardzo składne, akuratne, trzymające się zasad obowiązujących w wysokich lotów powieściach. 
"(...) bohater i złoczyńca, skontrastowani ze sobą w naprzemiennych rozdziałach, w ostatnim bohater zwycięża złoczyńcę. Czytelnicy kryminałów maja prawo wymagać by autor przestrzegał niepisanej umowy: zło ma zostać ukarane, a zwyczajny chaos świata radykalnie uproszczony, co prowadzić będzie do zakończenia jednocześnie wiarygodnego i zaskakującego". (str.44)
Pod pseudonimem Walet Pik pisane są zaś powieści, do których prowadzi wcześniejsze znudzenie konwenansami, nie do końca rozumiana przez samego autora potrzeba uwolnienia dzikich wyobrażeń i agresywnych pomysłów. 
"Finały książek Waleta Pik były okrutniejsze, ponieważ bardziej prymitywne. Za dużo w niej było nikczemności, przelewała się przez brzegi tak, że nie dało się schludnie posprzątać. Przeważnie wszyscy umierali, a raczej ginęli. Często sam nie miałem pojęcia jak dana historia się zakończy, póki ostatni rozdział nie zwalał się na mnie jak rozpędzony samochód." (str.44)

Andrew doskonałe łączy w sobie obie formy twórczości. Uzupełniają się one, nie zakłócając bardzo spokojnego i stabilnego życia rodzinnego autora. Pozwalając mu w tajemnicy przelewać na papier kłębiącą się w wyobraźni brutalność, nie niszczą jego bardzo eleganckiej reputacji. Aż do momentu pewnego pozwu sądowego. Przy czym, Joyce Carol Oates czyni tenże sądowy spór jedynie iskrą zapalną, maleńkim płomyczkiem, który pozwoli zapłonąć pierwotnie zduszonemu w dzieciństwie, a następnie śpiącemu w oczekiwaniu na swój moment, rozdwojeniu jaźni bohatera. Od tego momentu dostajemy wzorowany, jak u wielu innych autorów, na noweli Roberta Louisa Stevensona "Doktor Jekyll i pan Hyde", obraz zła i dobra w jednym ciele, walki o supremację, podszeptów siedzącego na ramieniu diablika, skruchy i porażającej żądzy posiadania. "To jak odbicie w lustrze. Wydaje ci się, że to ty, choć wcale tak nie jest." (str.88)
Dalsza część powieści nabiera szalonego tempa a podążając za nią łatwo zapomnieć, że nie tylko śledzimy kryminalny wątek ale też, chcąc nie chcąc, opowiadamy się po którejś ze stron osobowości Andrew-Waleta Pik.

Lekki styl, wpasowany w opowieść nieco moim zdaniem przypominającą niesamowitą literaturę Allana Edgara Poe, ukłony (podziwu czy sarkazmu?) w stronę nieustannie wmontowywanego w akcję Stephena Kinga, hołd złożony autorom gotyckiej literatury, wraz ze ścisłym określeniem co dla autorki stanowi arcydzieła owej literatury - wszystko to prowadzi nas przez książkę bez wysiłku ale i z zapewnieniem ciekawych informacji jak i opinii samej Joyce Carol Oates. Między wierszami zaś przemyka bardziej, a momentami zdecydowanie mniej subtelnie podany obraz podwójnego życia, dwojakiej osobowości i walki umysłu uwięzionego między poprawnością a moralną nieprawością. By dojrzeć ukryte w tekście powody do analizowania i stawiania ocen wystarczy tylko dotrzeć do ostatniej strony i zadać sobie jedno pytanie. Czy zakończenie zaoferowane nam przez autorkę świadczy o zwycięstwie bohatera czy o jego porażce? Ale to już Pani Oates pozostawia ocenie czytelnika. 

Można z Waletem Pik spędzić jedno popołudnie, może dwa. Jeśli natomiast ma się wybrać z twórczości Pani Oates perełki i najlepsze tytuły, to jednak warto poszukać wśród innych. Równie zgrabnie napisanych ale jednak angażujących nas intensywniej w rozmyślania nad naszymi umysłami. Bo "Walet Pik" to nie jest słaba książka kandydatki do literackiego Nobla, jest po prostu nieco słabsza. 

Wydawnictwo: W.A.B, 2015
Tytuł oryginału: Jack od Spades
Tłumaczenie: Agnieszka Walulik
Liczba stron: 304

(dziękuję Ani G.)

poniedziałek, 14 maja 2018

O rodzynkowej babeczce z ogórkami :)

"Słodka bajka" Joanna Jagodzińska  


Ta bajka to naprawdę bajka a słodko w niej jest, i owszem, ale jest i słono, ponieważ tak być musi dla osiągnięcia efektu. A efektem jest morał, ba, rzekłabym, że autorce udało się w maleńkiej opowiastce zebranej na zaledwie 32 stronach zmieścić dwa morały. A to już prawdziwa sztuka.

Owa wspomniana sztuka odnosi się zarówno do warstwy literackiej jak i ilustratorskiej. By zacząć od słów - autorka operuje środkami językowymi, które nie pozwolą małemu czytelnikowi na sekundę nudy. Objaśnia wyrazy, o które maluch może zapytać, nie wychodząc ani na chwilkę z bajkowej konwencji. Stawia pytania i nie pozostawia ich retorycznymi. Moja wyobraźnia podpowiada jak chętnie maluch wykrzyknie odpowiedź, a Pani Jagodzińska doda swoje trzy grosze, spointuje, dopowie ledwie słówko, które poprowadzi nas dalej w opowieść. 
Na koniec, jako się rzekło, zostawi nas z dwoma pięknymi przesłaniami, którymi warto zarażać dzieci, póki wierzą, ufają i skłonne są zakorzenić w sobie dobre nawyki. Pierwszy z nich powie nam, że nawet najwspanialsze rzeczy, gdy dostawane w nadmiarze, mogą prowadzić nie tylko do znużenia ale nawet do sytuacji, które zaniepokoją i dzieci i rodziców - do choroby, smutku, poczucia monotonii. Drugi zaś powie nam o miłości to, w co wierzyć warto całe życie, choć my - dorośli wiemy, że różne ta wiara płata nam figle - wiary w prawdziwą miłość, dokonywania wyborów wedle serca a nie materialistycznych, często kuszących blichtrem pobudek.

Wspomniałam już, że ilustracje są prawdziwym dziełem sztuki. I nie dlatego, że Pani Joanna Paljocha sili się na ukazanie swego talentu w formie najbardziej zaawansowanej, wyszukanej czy doskonałej. Ilustracje są tutaj obrazami tego, co dziecko w swojej ocenie nazywa ślicznym obrazkiem - jakby wyszły spod rączki i małego pędzelka słuchaczy ilustrujących bajkę wyobraźnią, podczas gdy mama czyta z przejęciem opowieść. Buzie Królewiczów i rezolutnej Laury, uliczki z ich nierównościami i stragany bardziej rozsypane niż spadające z nich owoce, słodkości, torty i ciasteczka o kolorach sięgających poza możliwości cukierników - to wszystko pozwala dzieciakom czuć się tak, jakby karty książeczki wypływały wprost z ich zasłuchanych głów, z ich wizji szczęśliwego kolorami świata.

Jednym słowem, Szanowni Państwo, jeśli gdzieś obok kręci się mały adresat książeczki - niejadek znudzony obiadami albo łasuch, któremu kłódka nie wystarcza by zostać powstrzymanym od szalonego napadu na składy łakoci, albo po prostu dzieciak, który z otwartą buzią pochłania słowa, opowieści i bajeczki, z pełna odpowiedzialnością podpowiem, by przeczytać mu "Słodką bajkę".

Wydawnictwo: Alegoria, 2018
Ilustracje: Joanna Paljocha
Liczba stron: 32

Ps. Nie zdawałam sobie sprawy, że pisanie tej recenzji będzie dla mnie czystą przyjemnością. 
Bardzo dziękuję portalowi: