Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

sobota, 15 grudnia 2018

O ojcu marnotrawnym.

"Dunbar" Edward St Aubyn  9/10


"Każdy z nas kiedyś obróci się w pył. (...) Ale zrozumienie nie zginie, jest niezniszczalne, dopóki jest ktoś, kto na przekór wszystkiemu gotów jest mówić prawdę." (str.253)

Ileż to razy zdarza się, że prawda dnia codziennego przestaje być prawdą, gdy jest oceniona spoza kadru, z innego kąta, czasem z odbicia w lustrze. Ileż wielkich, zwykle mądrych decyzji, podjęto po oddaleniu się od centrum własnego świata, po zmianie perspektywy, po poddaniu się cierpieniu, które niezgodne jest z naszą zakotwiczoną głęboko w głowie wizją świata, przyjaciół,współpracowników,  rodziny. To odległość często kładzie fundamenty pod decyzje, po których dotąd ferowane wyroki okazują się błędne, pielęgnowana i pokryta pyłem odpowiedzialności i przyzwyczajenia miłość okazuje się wcale miłością nie być, darowane winy okazują się darowania niegodne, a ukochani członkowie rodziny okazują się owego uwielbienia zupełnie niegodni.
"Było trochę tak, jak gdyby zdjął ze ściany opatrzony obraz i zauważył go dopiero dlatego, że został po nim pusty hak i prostokąt brudu na ścianie." (str.234)
Wszystkie etapy takiego oddalenia, zrozumienia, ubolewania aż po bezsilne klęczenie w śniegu, podarował nam Edward St Aubyn, w należącej do bardzo już znanego Projektu Szekspir, powieści "Dunbar".

Wielcy autorzy zostali postawieni przed niemałym wyzwaniem. Na kanwie szekspirowskich dzieł mieli osadzić opowieść współczesną, która posłuży pozbawieniu dzieł wielkiego mistrza cienkiej powłoczki kurzu,która  opowie o przesłaniach, prawdach zawartych w komediach i dramatach słowami trafiającymi do współczesnego czytelnika. Za podstawę pisarskiej pracy Edwarda St Aubyna posłużył "Król Lear" - opowieść tyleż tragiczna co rodzinna. I tutaj, już na wstępie, trzeba z podziwem zakrzyknąć: Ależ sobie Edward St Aubyn doskonale poradził z tym zadaniem!. I nie ma grosza egzaltacji w owym wykrzyknieniu, znakomitość tej pracy jest bowiem dla mnie faktem.

Kim jesteś Dunbarze, człowieku biznesu, medialny potentacie, nadal utrzymujący niezłą formę osiemdziesięciolatku, że to Ty stanowić masz współczesny model szekspirowskiego bohatera? Czyżby chodziło o tak pospolitą sprawę jak to, że jesteś ojcem? Tak, to jest właśnie najważniejsza i najpiękniejsza rola do odegrania dla bohatera. Ocenienie własnego ojcostwa. Zrozumienie swej strasznej pomyłki, powrót ku właściwej rodzicielskiej ścieżce, marnotrawne ojcostwo pozwalające na powrót wiary w ludzi, którymi prawie całe ich życie rządzą pieniądze.

Bohatera poznajemy w scenie wesołej, zabarwionej ironią i pustym śmiechem wariata. Wariatem jest ten, którzy przekonuje o swojej krzywdzie i wariatem ten, który w swoim schizofrenicznym, popartym alkoholizmem obłędzie, wierzyć w owe zapewnienia nie chce.
"- Henry Dunbar? Chyba nie ten kanadyjski magnat prasowy?! (...) Jeden z najbogatszych ludzi na świecie, a z całą pewnością najpotężniejszy?" (str.13)
Miejscem owych wahań jest "sanatorium", które to słowo jest oczywiście eufemizmem dla domu wariatów. Domu, w którym milioner znalazł się za sprawą dwóch 'zatroskanych' zdrowiem ojca córek. Zatroskanie to kolejny eufemizm, a całość prowadzi do logicznego wniosku, że jeśli nie wiadomo co powodowało córkami, to oczywiście były to pieniądze.
"Obie były aroganckie, władcze i szorstkie - ta szorstkość nie była jednak ich siłą, za ich władczością nie stał autorytet, a ich arogancja była jedynie niezasłużona dumą z niezasłużonych dochodów."(str.81)
Jest i trzecia córka, niczym Kopciuszek wyzierająca nieśmiało z kart nieco bardziej zwyczajnych i codziennych. Bo o ile dwie starsze siostry zapewniają nam niezliczoną wręcz listę zniesmaczeń, negatywnych zaskoczeń, agresywnych reakcji i obrazków z taniej klasy filmów gangsterskich czy pornograficznych, o tyle młodsza, przyrodnia siostra, zdaje się być wzorem cnót niewieścich jak i córczynych.

Starszy pan, po bardziej przypadkowym niż planowanym samowolnym opuszczenia tymczasowego miejsca pobytu, zmuszony jest przedzierać się przez niegościnne lasy i wysokie śniegi. To ten właśnie czas i to miejsce, stanowią esencję pisarstwa w tej powieści Edwarda St Aubyna. Tutaj dokonają się zmiany, tutaj nastąpią nawrócenia, tutaj po pokornym padnięciu na kolana będą składane przeprosiny i obietnice. Wreszcie, tutaj czytelnik zostanie wchłonięty przez niezwykle piękny język uczuć, emocji, współodczuwania, zatroskania. I od tego momentu snuć się będzie opowieść niby baśń, nieco tylko udziwniona, może zdeprawowana, może  efektownie ubarwiona serią zakulisowych, a raczej współwybrzmiewających scen zawierających przekleństwa, panikę, pościgi i bardziej czy mniej zamierzone śmierci.
"Dunbar został jakby na nowo wytopiony w piecu, którego ani nie szukał, ani nie zbudował, i czuł, że nie ma już w nim wściekłości ani ambicji, tylko miłość."(str.235)
Zatem oddychamy z ulgą i zmierzamy ku szczęśliwemu zakończeniu? Hola, hola... czyżbyśmy zapomnieli, że "Dunbar" jest wariacją na temat szekspirowskiej tragedii? Tragedii!

Pokochałam prozę Edwarda St Aubyna mierząc się wcześniej tego roku z wybornie potraktowanym życiem Patricka Melrose, czytając opisy zniewalające realizmem i jednocześnie tak poetycko piękne, że nie pozwalające rozstawać się z pięciotomowym wydaniem na dłużej niż chwilę. Tutaj, gdy autor bierze na warsztat świat medialnych potentatów, giełdowe machlojki, zdrady i sprzedawanie swych ciał i dusz za pieniądze, moje uczucie mogło tylko wzrosnąć.
Wracamy do tej samej Brytanii, do tych samych wielkopańskich ciągot, do tego samego plugastwa życia dla samego hedonizmu, do machnięcia ręką na ludzkie życie i śmierć, do kupczenia własną rodziną i przysięgami zawodowymi.

To czego dokonał autor zdaje się być niewiarygodne. Lekką, bardzo obyczajową współczesność oparł na ponadczasowym pomyśle zaczerpniętym z szekspirowskiego 'Króla Leara', zawarł w niej romans, zdradę, przekupstwo jak i lekceważącą zabawę lojalnością. Doprawił doskonałym brytyjskim humorem i jak zwykle niesamowitymi opisami wewnętrznej walki, zmagań ze samym sobą, oswajania własnych niedoskonałości. Więcej tu pomiędzy zwrotami akcji samego Szekspira, którego inne dramaty (Król Ryszard III s.161, Makbet s.101) aż proszą się u uczestnictwo w komentowaniu, w ustach wariata wybrzmiewa Wordsworth (s.46), poezja, proza i codzienny język złości, frustracji i gniewu przenikają się w wyśmienitych opisach i dialogach. Dodać koniecznie trzeba, że rewelacyjne tłumaczenie zawdzięczamy Maciejowi Płazie, który sam przecież rozpieszcza nas swoimi literackimi dokonaniami.
Jest więc znakomita powieść, jest wielka radość z czytania, jest St Aubyn Proszę Państwa.


Wydawnictwo: W.A.B., 2019
Tytuł oryginału: Dunbar
Tłumaczenie: Maciej Płaza
Liczba stron: 256

Za przedpremierowy egzemplarz recenzencki bardzo dziękuję wydawnictwu W.A.B.

środa, 12 grudnia 2018

O tęczowym dywanie.

"Zaginiona księgarnia" Katie Clapham  7/10


Jeśli człowiek ma swoje mniej lub bardziej tajemne źródło szczęścia, jeśli czerpie z niego radość, siłę, ogień na kolejne, powszednie, pozbawione niespodzianek dni, zapał do kolejnych zadań i ciepłe uczucia do współdzielenia z bliskimi, to zniknięcie takiego miejsca jest nie lada tragedią. Co zrobi kawosz z niedostatkiem czarnego złota? Co zrobi meloman bez dostępu do muzyki? Wreszcie... co zrobi czytelnik bez ukochanego miejsca książkowych zakupów? A jeśli na dodatek ten czytelnik to mała dziewczynka?

Milly jest odpowiednikiem nas wszystkich - czytelniczą wersją mini. Książki to dla niej codzienna radość, ucieczka od smutku, zabarwienie samotnych momentów. Gdy jeszcze dodatkowo popędzi co sił w nogach na cotygodniowe "Godziny z bajkami", cały jej świat zamknie się wokół bujanego fotela, z którego popłyną słowa ukochanej starszej pani - księgarki Minty. 
"Milly nigdy nie opuściła ani jednej 'Godziny z bajkami' w księgarni pani Minty. Pani Minty znała wszystkie książki na świecie! Minty lubiła rzucać jej wyzwania." (str.2)
Tęczowy dywan, kolorowe poduszki, półki pełne pięknego słowa pisanego, pozwalają dziewczynce na radość, puszczanie wodzy fantazji i kolorowe sny. 

Gdy więc pewnego dnia Milly zauważy, że księgarnia, jak i jej właścicielka, nie tętnią już żywiołową młodością, pogodny nastrój dziewczynki uleci ku zmartwieniom i niepewnej wizji przyszłości czytelniczej.
"Pani Minty, jej bujany fotel i cała księgarnia zaczęły odrobinę... trzeszczeć." (str.15)
Czyżby mogło być jeszcze gorzej? Otóż, niestety tak.

Katie Clapham pisze o bliskim nam uczuciu miłości do
książek, ale także o poczuciu wspólnego uczestnictwa w pięknych wydarzeniach, o dzieleniu się z bliskimi swymi zachwytami, wreszcie o tym, że i mały człowiek jest w stanie odkryć w sobie lęk, niepewność i co wspaniałe, zbudować na nich mobilizację do działania. 
"Milly uważała, że praca w księgarni to najlepsza praca na świecie." (str.23)
Dodając do tej uroczej treści przepiękne, pełne pastelowych barw ilustracje Kirsty Beautyman, dostajemy do rąk wspaniały prezent dla młodziutkiego czytelnika. Parę drukarsko-kolorystycznych wpadek zrzucam na karb nadgorliwości w przekazie pór dnia i nocy. Nieco trudności może sprawić czytelnikom, szczególnie dzieciom, których skupienie jest jednak nieco mniej intensywne niż dorosłych, odczytanie ciemnych liter na ciemnym tle. Owszem, to świetny sposób na oddanie melancholijnego nastroju towarzyszącego dziecięcym niepokojom, ale gdy czytanie stanowi trudność, czar pryska. Na szczęście to tylko kilka stron. Reszta jest przyjemnością, która, przyznaję z zaskoczeniem, nawet mnie wzruszyła takim a nie innym rozwiązaniem. 
Święta za pasem, czytajmy takie urocze opowieści dzieciakom i sobie - na pohybel ponurym wieczorom.


Wydawnictwo: Wilga, 2018
Tytuł oryginału: The Missing Bookshop
Tłumaczenie: Ewa Kleszcz
Liczba stron: 84

za egzemplarz książeczki dziękuję wydawnictwu Wilga

poniedziałek, 10 grudnia 2018

O upokorzeniu w imię zemsty.

"Zgadnij kto" Chris McGeorge - 5/10

 

"Un homme sans demons est pas un homme du tout. Człowiek bez demonów przeszłości nie jest prawdziwym człowiekiem." (str.410)

Tyle wiemy o gwiazdach, gwiazdeczkach, celebrytach i uśmiechniętych twarzach z ekranów lub kolorowych okładek, ile nam pokazano. Ile zdradzono z ich bardziej czy mniej wymyślonego życia, ile pokazano w krzywym zwierciadle medialnego blichtru i przekłamania. Ile dla nas stworzono dla uciechy, rozrywki, sensacji, przykrywając jednocześnie prawdę, która niekoniecznie jest tak łatwa, miła czy efektowna jak jej plastikowa wersja. Panie i Panowie - Chris McGeorge na zaszczyt przedstawić gwiazdę telewizji, wyjętego ze śniadaniowych rozmów prezentera programów o wybaczaniu, laniu łez i rzucaniu obelg - jedynego w swoim rodzaju Morgana Shepparda! Prosimy o aplauz! 
"Sheppard był detektywem, który niczego nie potrafił. Ale ponieważ przede wszystkim był osobowością - telewizyjną, internetową - jego brak talentu nie miał tak naprawdę znaczenia. Miał rację nawet wtedy, gdy się mylił. "(str.337)

Początek książki to powielana wielokrotnie w kinie i literaturze scena z hotelowego pokoju. Sześć osób, budzących się jedna po drugiej, łączy dezorientacja. Poza tym, jak się wydaje, nie łączy ich nic. Niektórzy są dla siebie rozpoznawalni, inni stanowią kompletną zagadkę. My zaś siedzimy w głowie głównego bohatera i razem z nim zdobywany kolejne informacje, po czym przypisujemy twarzom fakty. Uroczą grupę autor namalował następująco: starsza aktorka - niezbyt pogodzona z faktem odchodzenia w niebyt zawodowy jak i umysłowy; kelnerka o bystrym umyśle i sympatycznym usposobieniu 'dziewczyny z sąsiedztwa'; introwertyczna nastolatka - skurczona w świecie mieszczącym się między ciasnym kątem pod stołem a słuchawkami pozwalającymi oddalić się w tylko swoją przestrzeń; boy hotelowy - sprząta w tym hotelu zatem wie, zna, pokaże gdzie i co, sam będąc mocno przerażonym; prawnik - chodząca buta i pewność siebie niszcząca każdy promyk nadziei na współpracę i zrozumienie.

Ach, jest też oczywiście Morgan Sheppard - nasza gwiazda. Nie tylko gwiazda opowieści, autorski wybraniec ale i osoba, przed którą objawiający się na ekranie człowiek w 'końskiej głowie' postawi zadanie. To on ma zbawić współtowarzyszy, to on, znany od lat jako 'dziecięcy detektyw' ma wykazać się swoimi umiejętnościami by wskazać zabójcę. No właśnie, jest i zabójstwo. Bo to nie wszyscy lokatorzy pokoju. W łazience, w wannie, spoczywa ciało zamordowanego mężczyzny. Ciało, na które każdy zareaguje rozpoznaniem lub choćby skojarzeniem. Każdy innym, inaczej powiązanym, niemniej wątpliwości nie będzie. Zatem kto zabił tego gorzej czy lepiej znanego 'hotelowego gościa? Wiesz? Jeśli nie wiesz, to idąc za tytułem książki "Zgadnij kto". Oto i zadanie, którego rozwiązanie może ocalić bohaterów przed śmiercią w wybuchu. Zatem do dzieła. Tyle, że Morgan to detektyw z telewizji, 'końska twarz' nie będzie się kwapiła z odpowiedziami a tymczasowi mieszkańcy będą zmieniali oskarżenia z minuty na minutę. 
"Żyjemy w takich czasach, że można zrobić dowolne szaleństwo i nazwać je reality show. Więc dlaczego nie coś takiego? Ale to się działo naprawdę. Wyczuwał to." (str.28)

Akcja, prowadzona dwutorowo, będzie nam powoli dostarczała dodatkowych wskazówek na temat przeszłości Morgana. Wyjawiając jego młodzieńcze, pozornie nieistotne winy i przewinienia, będą nas owe wskazówki prowadziły ku rozwiązaniu. Tymczasem rozmowy i wydarzenia hotelowe skupią uwagę na prawdzie o ludzkich zachowaniach w sytuacjach ekstremalnych. Wtedy, gdy czujemy nieustanny stres, gdy jesteśmy zdani na łaskę nieznanej osoby oraz na wątpliwe umiejętności telewizyjnej gwiazdki. 
Czytając dość statyczną opowieść, czytelnik porównuje swoje odczucia do emocji, które wyzierają z uwięzionych, próbuje odgadnąć ile prawdy jest w ich deklaracjach i relacjach z poprzednich spotkań z denatem. I oczywiście próbuje odpowiedzieć na pytanie kto jest mordercą, a co chyba jeszcze ważniejsze, dlaczego leżący w wannie mężczyzna mężczyzna zginął. No i cóż, rozglądając się wokoło siebie każdy zaangażowany w tę zagadkę musi mieć w głowie pytanie niczym z klasyki polskiego rocka: "Co ja robię tu?". 
"Różne reakcje na uświadomienie sobie sytuacji: wyparcie, epizod maniakalny, pogodzenie się, złość i (...) zwykłe niezadowolenie." (str.32)

Pomysł, powielany po wielokroć, należy do klasyki kryminału. Nie zaskakuje, ale też nie został zmarnowany. Opowieść prowadzona jest płynnie, dobrym językiem, zatem książki nie odkłada się w połowie, wręcz przeciwnie, z łatwością podąża się kolejnymi latami życia Morgana, od momentu, gdy jako jedenastolatek rozwiązał tajemnicę śmierci nauczyciela od matematyki, do chwili obecnego uwięzienia. Dwutorowość dodaje smaku, nie pozwala by trzy godziny pobytu w zamknięciu rozciągnęły nam się w nieskończoność. 

Mam jednak wątpliwości co do spójności językowej. W chwilach, gdy wracaliśmy do dzieciństwa bohatera, odnosiłam drażniące wrażenie, że autor nie poradził sobie ze zmianą języka i stylu na tyle, by czytelnik nie poczuł się nagle wrzucony w niezbyt inteligentną książkę dla nastoletnich chłopców. Brakuje mi też dołożenia starań, by warstwa emocjonalna nie była jedynie płaskim malunkiem bez głębi. Nawet jeśli autor stara się opisać odczucia bohaterów, to czyni to w sposób mocno wskazujący na braki w warsztacie.
 
Nie jest to ani tytuł, dla którego należy usilnie szukać czasu w napiętym grafiku, ani też książka, przy której się niecierpliwimy, walczymy z nudą bądź chęcią odłożenia jej w ciemny kąt. Dobry temat potraktowany został przeciętnie, może się podobać, nie zabierze wiele czasu, zapewni odpoczynek od trudnych tematycznie i wybitnych stylistycznie powieści. 
Dla zachęty dodam jeszcze, że prawie wszystko co napisałam tutaj o bohaterach, sytuacji rozpoczynającej opowieść, treści prognozującej taki a nie inny rozwój akcji, okaże się na końcu kłamstwem. Nie moim, to kłamstwo made in Chris McGeorge. I może dlatego warto w wolnej chwili pobawić się i Zgadnąć kto?  

Wydawnictwo: Insignis, 2018
Tytuł oryginału: Guess Who
Tłumaczenie: Michał Jóźwiak
Liczba stron: 416

Książkę przeczytałam dzięki portalowi czytampierwszy.pl

piątek, 7 grudnia 2018

O niedostrzeganiu.

"Kijanki i kretowiska" Aleksandra Zielińska  9/10

Opowiadania jak krągłe, cięte w kliny ciasto. Bardzo pospolite ciasto, z tych niedekorowanych, niedosładzanych, nie zmuszanych do wzrostu polepszaczami. Każdy kawałek inny. Zdaje się, że zapach taki sam, no, może podobny. Ale smak... Próbujesz jednego - dziwny, nawet niesmaczny, wreszcie, pod koniec, gdy już mija ciekawość, zdaje się być wręcz odrzucający. Ale gdy odchodzisz od stołu, działa jak narkotyk. Nie można o nim nie myśleć, cały czas budzi dziwne skojarzenia, i pozostawia ten niedający się określić smak - niby zwyczajny jak chleb powszedni ale inny, zaskakujący. Wracasz więc do stołu i sięgasz po następną porcję. I po następną. Aż do momentu, gdy za "Kijankami i kretowiskami" zamyka się okładka. I wiecie... ten smak mam nadal gdzieś pod powierzchnią, w wyobraźni. Nie do odsunięcia.

Recenzje opowiadań są dla mnie najtrudniejsze. Niby stanowią całość, wyszły spod tego samego pióra. Niby - jak w przypadku Aleksandry Zielińskiej - styl i język jest niezmiennie prosty, surowy i bezlitosny w opisach, pozbawionych prób ubarwienia, historii. Ale to jednak odrębne dzieła. Odrębne opowieści, historie, tragedie. Osobne życie bohaterów, osobne cierpienie, zdumienie, niedowierzanie. Wszystkie razem i każde z osobna są zadziwiające, straszne, odbierające w końcowych linijkach dech.

To nie są opowieści zrodzone z fantazji, to nawet nie są próby deformowania rzeczywistości. Czasem zdarzy się autorce uskok w stronę baśni po to, by Bullerbyn było wioską z realnymi problemami, a Kay i Gerda staczali wojny o codzienność. W sprowadzaniu na ziemię Pani Aleksandra jest bezlitosną mistrzynią.
"Tak to wygląda w naszej małej wiosce, w tej kropce na mapie, która zostaje po muszych nogach i tak trudno ją wypatrzeć. Wszędzie i nigdzie. Bullerbyn." (176)
To opowieści o życiu tak zwykłym, że nie ma zwyklejszego. I o tym, że bywa, iż to życie kończy się nie tyle nagle, nie tyle też tragicznie, co przypadkiem. Czasem przez pomyłkę, częściej niechcący. Zbiegiem okoliczności, niedopatrzeniem, myślą i zaniedbaniem. Albo niewinnością, rakiem, depresją, bólem niemożliwym do zniesienia. Tak jak potykamy się o kamień, tak jak wpadamy w dołek w drodze, tak też umieramy. Albo zabijamy. Tak wyszło. Przez pomyłkę, niechcący. A po drodze w owym życiu zdarza się szare. Albo i czarne. Ktoś molestuje, dręczy, zniewala. Ktoś komuś w fanatycznym uniesieniu podkłada pod życie ogień. Ktoś kogoś wysyła do spalonego domu, na spotkanie z brodą zamieszkałą przez owady, nawet ptaki. Tylko, że tutaj samo się to dzieje, nikt nie chce, nie zamierza i nawet w myślach nie obraca. A pozostali tkwią w swoich rytmach, tuż obok, i nic. 
"(...)ludzie są doskonali w przeoczaniu, jeśli tylko chcą." (str.136)

Postacie z "Kijanek i kretowisk" same są jakby niewyrosłe z ziemi. Jakby nieprawdziwe w swojej zwyczajności, która pod wierzchnim naskórkiem, kryje pokłady skóry nie do opisania. Albo zbyt delikatnej, pergaminowej, nieodpornej na świat, myśli, innych ludzi, albo grubej, poranionej, naznaczonej bliznami, z sączącym się z nich bólem i zarazą. Czytając po wierzchu uśmiechniemy się do przedziwnych zabaw, zmian, wyjazdów, kłótni i nieporozumień, do spokojnego, nudnego wręcz życia w polach, nad stawami pełnymi kijanek i rzekami z pluszczącymi japońcami, w blokach szarego miasta, w szpitalu - i naszym i szwajcarskim. Podzielimy się z bohaterami chlebem powszednim, codziennym zmęczeniem, pamięcią o porażkach, nie przestając pielęgnować zrozumienia i spokoju drobnych radości. A potem przyjdzie Aleksandra Zielińska i nam ten uśmiech z twarzy zetrze. Jednym ruchem, jednym słowem, zdaniem, opisem. I zostaniemy tak w pół kroku, w pół linijki. I nic już nie będzie takie samo. 

W opowiadaniach pojawiają się rzeczy spoza codziennego spostrzegania. Ale nie mamy odczucia, że ktoś wykreował dla nas inny świat. Jeśli dziewczynka boi się guzików, to tak po prostu ma. Inni boja się dziwniejszych rzeczy. 
"Nie boisz się prawie niczego poza jedną rzeczą, ale nie rozróżniasz, czy chodzi o strach, czy bardziej o samo obrzydzenie, niepokój, i tę suchą torsję, jaka rośnie ci u podstawy żołądka na widok guzików." (str.6)
Jeśli są dzieci ze swoja niewinnością, to przecież wszystkie takie są. A jeśli porzucona kobieta nie umie uciec od "pustego brzucha" ani w siebie ani w świat, to dzieli tę tragedię z innymi 'niematkami'. Tylko, że Pani Zielińska nadaje tym oczywistościom inne nazwy i obrazy. Nie tłumaczy bólu, nie tłumaczy też tych, którzy ból zadają. U niej po prostu tak jest. Coś jest, a zaraz potem nie ma. Ktoś żyje, a za chwile już nie. Ktoś bawi się lalkami, kijankami i konwaliami, a potem okazuje się, że popchnął lekko, że zmieszał ze sobą, że wszedł tam głębiej. Przecież to nic wielkiego, przecież tak się robi. 

Zabolała mnie ta książka. Zabolała świadomością, że przecież autorka nic nie dodała od siebie prócz talentu, wyobraźni, postrzegania nieporównywalnego ze zwyczajnym, i niezwykłych umiejętności literackiego podania na dłoni najbardziej codziennych z codzienności. I świadomością, że jeśli odjąć duszę artysty i wkład autorki w sposób kreowania opowieści, to to wszystko przecież jest. Tutaj, obok. Pomiędzy stawem pełnym kijanek i świeżo wzniesionym u progu domu kretowiskiem. 

Ps. Te opowiadania są doskonałe, znakomite. Ale przeczytajcie je w ciepłe, jasne dni. Zostawiają po sobie wstrząsający ślad w takie dni jak dzisiejszy. Szare, grudniowe, zwyczajne przecież...

Wydawnictwo: W.A.B., 2017
Seria: ...archipelagi...
Liczba stron: 200

niedziela, 2 grudnia 2018

O ponagdatunkowej przyjaźni.

"Serce na sznurku" Małgorzata Domagalik  7,5/10


Bez baśni, bajek, opowieści, nie ma dzieciństwa. Nie ma dzieciństwa bez opisanej w nich ufności, wiary, że zawsze znajdzie się ktoś lub coś, co otrze nasze wielkie jak grochy łzy, kto przytuli i zapewni o miłości, wreszcie, kto obroni nas przed złem, przed strachami, przed wielkimi czarnymi buciorami. A najpiękniej o tej bezpiecznej części życia, o stałym wsparciu i mocnym oparciu, przekonuje się dzieciaki w Święta, w Mikołajki, w dni, w których powtarzamy wielkie słowa, wielkie nauki, a wielkie uczucia każą nam częściej spoglądać na innych z uśmiechem - szczerym i wzruszonym, czasem nieco wymuszonym i lekko udawanym, ale jednak uśmiechem.

Puk, puk. Już grudzień. A jak grudzień to Mikołajki. I te co za tydzień, i te wigilijne... A jak Mikołajki to oczywiście bajki. Z myślą o dzieciaczkach, które obdarzone są szczęściem wiary w mówiące zwierzaki, w cuda ponad prawdą, w miłość ponad gatunkami, rodzajami i rasami, wydawnictwo Wilga wznowiła śliczną opowieść Małgorzaty Domagalik - "Serce na sznurku".

W niewielkim, urokliwym opakowaniu dostajemy od autorki polarne tereny zamieszkałe przez dobre z natury zwierzęta i, mniej już godne pochwał, grupy myśliwych. Tych ostatnich autorka przedstawia jako pozbawionych współczucia, mordujących dla zysku, stanowiących przeciwieństwo instynktownych, zgodnych z naturą zachowań zwierząt.
 
Zwierzęta zaś... ach, cóż to za cudowna menażeria! 
Jest nasz bohater Ksawery, niedźwiedź tyleż polarny co groźny. I jak się okazuje powoli obejmujący zrozumieniem pojęcia takie jak przyjaźń, współczucie, a przede wszystkim wdzięczność. 
"Wdzięczność to ciężka lekcja do odrobienia." (str.129)
Mała foczka, wyrwana nagle z objęć matki ucieczką przed (znowu!) okrutnymi zamiarami myśliwskich czarnych buciorów, okazuje się być nadzwyczaj rezolutną, szybko uczącą się, choć niezmiennie naiwna istotką, słodką niczym torcik bezowy ale i odważną, gdy serce i instynkt podpowiadają jej takie właśnie rozwiązania. 
"Czy moja Mama byłaby dumna z takiego widoku? Czy uznałaby, że jestem mądra? Jednego jestem pewna: bycie niemałą i mądrą przychodzi z dużym trudem." (str.87)
Ewelinka, misiaczek polarny, to dokładnie taka rozkoszna kulka, jaką wyobrażamy sobie myśląc o młodym niedźwiedziątku, wzór beztroski dzieciństwa.
Wilki, groźne z natury, autorka łagodzi ironią, bawiąc małych czytelników dodawaniem zwierzakom cech zupełnie nieprzystających do wilczej natury.
Takie przykłady można mnożyć poprzez wszystkie bajkowe postacie. Ach! Jest też pingwinia drużyna odziana w zielone getry i białe czapeczki, która kompletnie mnie uwiodła :)

Pozwalając zwierzętom komunikować się ze sobą, wyrażać skrajne emocje, przechodzić od jednego nastroju do kolejnego, autorka czyni je przyjaciółmi dzieci. Mówiące zwierzaki (przecież to oczywiste, że ze sobą rozmawiają!) są dla dzieci powiernikami, mają te same co dzieci problemy i troski, są po prostu takimi samymi dziećmi, tyle, że w innej skórze, w innym futrze. Zwierzęta nie mają tutaj cech i uczuć, których nie mogłoby doświadczyć czytające książeczkę dziecko. A jeśli ich nie ma, to na pewno może ich dostarczyć fantazja. Dlatego nauczanie, propagowanie dobrych zachowań, wytykanie nietolerancji, niezrozumienia i innych bezwartościowych odczuć przychodzi Małgorzacie Domagalik w łatwością. Dziecięcy świat to świat, w którym często zwierzak wie i rozumie więcej niż dorosły, niewiele mający z małymi ludźmi wspólnego. Zatem to, co powie niedźwiedź Ksawery lub jego mądry przyjaciel Emilian, to czego nauczy foka, to jaką dobrocią i chęcią pomocy wykażą się pingwiny, jakim współczuciem zapłaczą renifery - to wszystko może trafić głębiej w dziecięce serca pełne fantazji i wyobraźni. 
"(...) uznałem, ze wreszcie nadszedł odpowiedni moment, aby podzielić się z Wami utrzymywaną długo tajemnicą. Oto ona. W życiu najważniejsze są honor, przyjaźń i... tolerancja." (str.119)

Bajka nie zaskakuje innowacjami, opowiada prostą ale piękna historię, którą i dorosły człowiek czyta z przyjemnością. Nie zaprowadzi nas w odległe światy ale wglądnie w serca, każe dzieciom zrozumieć dobro, a dorosłym zastanowić się, jak zobrazowane zwierzęcą opowieścią cechy, mają się do ich faktycznego życia i postępowania. I stawiają na koniec zasadnicze pytanie: Czy zasługujemy na to, by stać się członkami Ruchu Kryształowego Serca na Sznurku? Nie wiemy? Zatem przeczytajmy, najlepiej we dwoje, z maluchem u boku i zdecydujmy, czy biec do kufra, pudełka, szkatułki, w poszukiwaniu czerwonego sznureczka, na którym zawiesimy owo serduszko. Bo to właśnie ono, położone pod choinką obok urokliwie napisanej opowieści Małgorzaty Domagalik, wspieranej przepięknymi ilustracjami Marcina Piwowarskiego, może stać się najpiękniejszym podarunkiem tych Świąt.

Wydawnictwo: Wilga (GW Foksal), 2018
Ilustracje: Marcin Piwowarski
Liczba stron: 144

Dziękuję wydawnictwu Wilga (GW Foksal) za recenzencki egzemplarz książki.

 

wtorek, 27 listopada 2018

O mieście złym.

"Dobre miasto" Mariusz Zielke  7/10

 

W małych miastach pies śpi z kotem, sąsiad z narzeczoną brata, a złodziej z żoną obrabowanego. I rzecz jasna, wszyscy o tym wiedzą. W małym mieście są baraki biedoty i pałace domniemanych lub rzeczywistych milionerów. I jest na tę społeczną skrajność ogólnomiasteczkowa zgoda. Są zdarzenia mało i mniej moralne, są zachowania cudownie anielskie. Jest po prostu średnio. To akceptowalna, ba, lubiana średniość, której stałość wynika z tego, że wróg jest wrogowi przyjacielem, zaś przyjaciel to najczęściej tylko partner od czyściutkich jak łza i od brudnych podmiejskim błockiem interesów. Proszę Państwa, Mariusz Zielke z ironią otwiera szeroko drzwi, byśmy ujrzeli i doświadczyli zjawiska o jakże urokliwej nazwie - "Dobre miasto".
"Szare, zmrożone, pełne krzywych bloków o ziemistych
barwach, z kolorami zawsze wpadającymi w brudną zieleń i rozmyty błękit, jakby w powietrzu rozpylono jakiś barwnik obrzydzający ludziom nawet najbardziej słoneczne dni" (str.30)

W "Dobrym mieście" przebywamy wraz z dziennikarką Małgosią, dla której to miasto nie jest ani obce, ani dobre. Przyjedzie trochę na zlecenie gazety, trochę na prośbę, może żądanie nieutulonego w żalu Krynickiego, bo "jego zdaniem należy mu się zemsta, a miasto musi mu ja umożliwić, skoro nie potrafiło zapobiec nieszczęściu" (169), trochę w niezgodzie na medialne ukrzyżowanie aresztowanych. Nie będzie obiektywizmu w ocenie wszystkich postaci, nie będzie jedynie świeżego oka i wrażeń nieskażonych skojarzeniami czy wspomnieniami. Małgorzata bowiem stąd wyrosła i stąd uciekła najszybciej jak mogła. I nawet nie przez rozmyte szarości i błękity, także nie dlatego, że młodzież perspektyw i szans szuka z daleka od miasteczek, dla których nawet kropki nie przewidziano na mapie. Uciekła, bo tutaj była "tą dziewczynką", "tą córką". I tutaj się wydarzyło. I zapomnieć się nie mogło. Nigdzie. Zwłaszcza tutaj.

Nie tylko Małgosia jest żywym świadectwem ukrytej w nazwie "dobroci" miasteczka. Są jeszcze sprawcy powodu, dla którego się tutaj znów pojawiła. Rafał - chłopak z baraków, bokser, sława i niesława w jednym, poeta i wyznawca przedziwnej teorii, że miłość istnieje - ta prawdziwa, ta wierna miłość. Jego przyjaciel Mirek - nerwowy mąż i ojciec, fantasta, teoretyk przedziwnych pomysłów, sprawca zaistnienia możliwości szybkiego, mało legalnego, ale w jego mniemaniu jakby nieco usprawiedliwionego moralnie pomysłu na szybki zarobek. Są dwaj krezusi - Krynicki i Dąbek-Dąbrowski - bogaci, szastający pieniędzmi i łaską, dający pracę (legalną lub nie) i wiarę w mniej czy bardziej uczciwe możliwości (ważne, że intratne). I cała personalna obudowa, podbudowa, nadbudowa małomiasteczkowego życia. Wszyscy razem na co dzień, wszyscy zgodni w razie zagrożenia, wszyscy zamykający szczelnie drzwi przed ciekawością obcych. Taki mały polski kraj zamknięty między tablicami wjazdu i wyjazdu. 
"Nigdy nie pokazują się razem. Oficjalnie udają rywali czy wręcz wrogów. Ale mówi się, że gdy Krynicki organizuje party w swojej willi, Dąbek tam bywa, razem z burmistrzem, szefem policji, prezesem sądu, najlepszymi adwokatami w mieście, prokuratorem rejonowym, ordynatorem szpitala, szefem zakładu pogrzebowego, księdzem proboszczem i paru innymi grabarzami ludzkiej wolności." (str.272)

Mariusz Zielke rozpoczyna od postawienia prostej tezy. Porwano i zamordowano żonę Krynickiego - potentata, twórcy i szefa przynoszącego krocie nowoczesnego browaru. Ona - anioł wcielony. On - czysty jak łza. Wielki żal i wielki ból. Winnych złapano, wsadzono do aresztu, czekają na proces. Rafał, Mirek i ich katastrofalnie prymitywny kompan - winni morderstwa, jeszcze przed procesem, winni i już. Tak miało być, jest, wszyscy są zadowoleni. 
Do Dobrego Miasta wraca Małgorzata, po latach, w innej roli. Ale oni wiedza, przecież to Dobre Miasto. Dlaczego wróciła, dlaczego pyta, sieje jakieś wydumane wątpliwości, wciąga w prostą przecież, choć tragiczną historię inne, postronne, niezaangażowane osoby, biedne matki, zawiedzione żony, wreszcie, cierpiącego katusze wdowca? Od początku zawisa nad nią widmo tak modnego w małych społecznościach stwierdzenia - nieważne: prawda czy nieprawda, z dobrym wynikiem czy złym, ważne że zrobione.  
"W świecie, w którym są już ustalone oficjalne wersje, każda nowa, burząca te główne, staje się problemem. A jak jeszcze ktoś chce ja opublikować w mediach... O, to dopiero robi się problem. Nikt nie lubi problemów i nieoficjalnych wersji. To znaczy, lubią je internetowi spiskowcy i nieroby, ale kto by ich słuchał!" (str.303)

Językiem prostym, stanowczym, i tym bandyckim, prześmiewczym i mającym często za nic życie ludzkie, ale także językiem uczuć zakazanych, spisanych w wiersze i uniesienia, autor zabiera nas w teoretycznie prostą historię. Jest w niej wina i kara, są winni i ofiary. Gapie i oskarżyciele. I nawet jest nierealny Kryśka, ten Kryśka z domu wariatów. 
Tylko kto jest kim? I dlaczego dziennikarka i zainteresowany nią policjant w ogóle robią coś więcej niż oddanie się romansowi? I po co w ogóle pytać tych wzajemnie się pilnujących ochroniarzy? I ludzi niewinnych... Natalię po co pytać? TĘ Natalię, której Małgosia już nie zna, nie słyszy, pamiętać nie umie ani zapomnieć? A w ogóle po co wspominać Agnieszkę Krynicką... o zmarłych nigdy źle... dobrze też już niekoniecznie... Przecież wszystko zostało ustalone i omalże udowodnione na pierwszej stronie powieści. Przecież wiadomo jak było. Przyznali się, opowiedzieli, zapisane, zarejestrowane. No przecież wiadomo. Czyżby?

Dzieje się nam "Dobre miasto" tu i teraz, w rozpaczy krystalicznie czystego biznesmena i wszystkim, co pozostało po anielsko dobrej zonie;  dzieje się w myślach przykutych do zostawionej przez Małgorzatę w Warszawie 'niemiłości'; dzieje się w powrotach baraków i ulicznych wojenek; dzieje się w gangsterskim uśmieszku; w zakochaniach, odkochaniach, życiowych prostych historiach i tych dramatycznych, okrutnych, niszczących psychicznie, ściągających na dno. Poszatkowane na lata, dekady, okresy szkolne, zawodowe, złe i dobre, wspólne i osobne, życie bohaterów prowadzi nas przez przypuszczenia, samokreujące się w głowie oskarżenia i uniewinnienia. Autor lawiruje, poddaje w wątpliwość, puszcza oko do naszej pewności, każe zmieniać zdanie o bohaterach, złościć się na kłamstwo, które przyjęliśmy za prawdę - jednym słowem tworzy dobrą, interesującą powieść kryminalną.

Nie jest to kryminał napisany dla zabawy. Nie jest też łatwy, nie omija polityki, nie ucieka od osądów zabarwionych wewnętrzną złością lub przynajmniej kąśliwa ironią. To gęsta, mroczna opowieść, wymagająca czasu i cierpliwości. Jest tutaj dokładna analiza środowisk miejskich. Jest wskazanie palcem na przyzwolenie na bandytyzm, korupcję, kłamstwa. Jest piętnowanie milczenia. Jest zgroza nieprzemijających traum z dzieciństwa czy młodości. Jest bałagan w głowach, osądach, kpina z ufności i sprawiedliwości. To książka do czytania i myślenia. A zakończenie i tak zaskoczy. Konkludując... czyż nie tak właśnie wygląda dobry, ambitny kryminał z Polską i Polakami w tle? Polecam. Warto.

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Liczba stron: 480

 za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Czarna Owca

piątek, 23 listopada 2018

O balonikach z wycinków.

"Nikt nie idzie" Jakub Małecki  9/10


Wyszorowałam starą łódkę, pomalowałam, odnowiłam, i wyruszyłam na morze, którego kolor, zmarszczenie fal, ciepłotę, miałam znać wyjątkowo dobrze. Tymczasem od samego wypłynięcia z portu morze okazało się inne, inaczej pachnące, zaskakujące innymi wodnymi stworzeniami, wysuwające zdradliwe skały w zupełnie innych miejscach. Przygotowałam stary, ciepły koc, utkany z rdzawych dygotów i śladów małomiasteczkowych urzeczeń, a ten pled okazał się inny - szaro miejski, poszarpany ulicami, brukami, tramwajowymi torami. Pociągnęłam za nitkę by spruć opowieść słowo po słowie i snuła się ona pięknie jak dotychczas... ale inna nić zostawała mi w dłoni, inny kłębek uzbierałam przy jej zakończeniu. "Nikt nie idzie" jest inne. Piękne, kojące, dojrzałe, niby spokojne a niepokojące, niby oderwane od świata a mocno w nim osadzone - inne. 

Na przystankach stoją ludzie w ubraniach z różnych tkanin, epok, mód i preferencji, Niektórzy mają na sobie dwie kurtki, rozpięte, pod nimi kamizelka. 
Ściskają w dłoniach teczki, torebki, walizki. Mają w plecakach grube zeszyty z wycinkami i wiele różnobarwnych balonów wypełnionych helem. 
Wtulają twarze w kołnierze i szaliki albo wystawiają na słońce. Czekają na inny kawałek świata, który pokaże się na "odwrotnym" przystanku. 
Rozmawiają, milczą, śmieją się, telefonują. Umierają. 
Na przystankach ludzie umierają a ich dzieci, duże dzieci, dzieci-dorośli, "chłopcy-mężczyźni" odchodzą w świat z podaną im ręką. Na przystanku może zniknąć życie. 

Olga mówi do mnie całymi zdaniami. Nie, mówi do mnie stronami całymi. Swoim życiem, wyborami, decyzjami, odczuciami.
"(...) ona też jest tylko przecenionym produktem w bogatej ofercie mniej lub bardziej samotnych ludzi udających ludzi mniej lub bardziej szczęśliwych." (str.38)
Mówi do mnie tym, że bierze za rękę tego ni mężczyznę ni dzieciaka. Tym, że ciąża nie może być obciążeniem. Tym, że brak ciąży też tym obciążeniem nie może być. Tym, że kocha niby tylko chwilę ale gdy uczucie jest tym przypomnianym z dzieciństwa, wyczytanym z haiku, wypatrzonym w japońskich drzeworytach, wybieganym wokół osiedla... to wtedy to uczucie warto poprosić by zostało, by pojechało z nią i z Klemensem-chłopcem-mężczyzną i patrzyło w górę na jego lot, na jego niespotkanie z ojcem lotnikiem. 

Treść najnowszej książki Jakuba Małeckiego to nie jest olśnienie. Żadnej tu niesamowitości, żadnej magii. Szara ta treść jak życie. I jak w życiu, rozbłyskuje bólem częściej niż szczęściem. 
Jest Marzena, dziewczyna, kochanka, matka. Kobieta pozbawiona losem okrutnym męża młodego i przystojnego jak z obrazka. Matka, która syna innego trochę, dziwnego nieco, chroni przed światem, otula nadzieją, że przecież coś się zmieni, że ta niemoc mówienia i wielka głowa, ciało całe wielkie kiedyś będzie zwykłe, zwyczajne, najzwyklejsze. Bo kiedyś sam żyć musi i na pewno zdoła. 
Jest mała Olga i dorosła Olga. Ona i jej niekochania, życie dziwne i urodzajne w zabawę, przygody, kaliskie wspomnienie długich palców ojca pianisty, który nie gra. Bo przecież "prawdziwy pianista nigdy nie gra" (str.36). I Olga przy ojcu starszym, nieporadnym, który Rachmaninowa kołysał będzie w pamięci lub niepamięci po kres. Niedaleki. 
Jest Igor, który trwa. Pomimo wszystko, dla niej. Darowuje fragmenty siebie, uczucia darowuje, nie przedmioty. I fascynacje, które w głowie Olgi żyją nieustannie nawet wtedy, gdy Igor jest elementem innego świata.
"Ponad sto stron wierszy, grafik, obrazów. najważniejszy prezent, jaki kiedykolwiek dostała. (...) Zdjęcie wnętrza Igora. Jego największe marzenia i lęki, obwiązane wstążką i wręczone jej z okazji urodzin." (str.80)
Jest Klemens. Syn lotnika, dzierżyciel balonów, łyżek, szczotek do kurzu. Zauważony, zaopiekowany, niezdarny i nieświadomie groźny. Syn-dar, syn-przekleństwo, którego można, trzeba bronić własną piersią do ostatniej chwili. Nawet jeśli jest obcym, pochylonym nad ciałem niezrozumieniem, wcale nie synem.
Jest Kalisz i Warszawa, przejazdy, przebieżki i myśli ciągnące się miedzy dwoma miastami. Ucieczki we wspanialszy warszawski świat, powroty w ramiona rozumiejącego, stabilnego Kalisza.

"Nikt nie idzie" to kolejna dawka zwyczajności, która podana została tak pięknie, że ból boli w dwójnasób, a radość cieszy do łez. Gdzie wzrusza balon ulatujący w niebo, a serce łamie się w literach opisujących zwrot przez skrzydło. Inna książka, inne, japońskie, poetyckie inspiracje. Inna narracja, może surowsza, może bardziej wybrukowana, mniej miękka niż trawiaste poprzedniczki. 
A emocje i uczucia nadal te same, nadal zostawiające po sobie westchnienie. Pustkę ścieżki, po której "nikt nie idzie". Ścieżki zamkniętej w krótkich wierszach pisanych przed śmiercią. 
"Pamiętał, jak Olga opowiadała mu kiedyś o fascynacji Igora japońskimi wierszami śmierci, które mnisi, poeci, ale i kupcy, nauczyciele, rolnicy, właściwie wszyscy, pisali w tym dalekim kraju na łożu śmierci, tuż przed osunięciem się w czerń." (str.195)
A może ścieżki, która otworzy się w wielki, pełen kwiatów łan pośrodku kalisko-warszawskiej szarości? Piękna książka, warta każdej chwili, subtelna... A przy tym piękna grafiką, rozpisaniem na niedługie, medytacyjne rozdziały, na urywki opowieści, urywki czucia. Taka sama a jednak inna. 


Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2018
Liczba stron: 264

poniedziałek, 19 listopada 2018

O nieidealności.

"Dietoland" Sarai Walker  7/10


"Virginia Woolf powiedziała kiedyś, że upiora trudniej pokonać niż rzeczywistość." (str.393)

Nad lunaparkiem próżności, codziennie rano rozbłyskuje wielki biało-czerwony neon - "DIETOLAND", zapraszający pięknych, młodych, szczupłych ludzi na pokaz dziwów, które wzbudzą śmiech lub politowanie. 
Na podwyższeniu po lewej - cuda nie z tej Ziemi! - pies na trzech łapach, kot o dwóch głowach, o! i jeszcze ta strasznie gruba baba, której ciężko wstać z krzesła. Cha, cha, cha! 
A po prawej na okrągło pokazują pełne rozbłysków, wygiętych ciał, silikonowych biustów reklamy wszystkiego. I prawda, jak to ładnie, gdy śliczna panienka wydyma usta nad oponami, a inna uśmiecha się wybielonymi równiutkimi ząbkami do sosu pomidorowego? Ach! 
W głębi, za napisem 'Tylko dla dorosłych', w szczelnie zamkniętym i wygłuszonym pomieszczeniu, można obejrzeć, coraz częściej określano jako normalne, filmy porno, w których mężczyzna, dwóch, trzech upokarza kobietę w każdy możliwy sposób, mową i uczynkiem, na myśli nie ma czasu. Ale co to, nie do wiary, na tamtym kobieta bije i obraża mężczyznę. Zboczenie, ohyda, fuj! 
Wieczorem obsługa zauważa, że w neonie zgasły dwie litery: T i O. Ale przecież nie warto się tym przejmować. Bo rzadko kto przystanie, by przeczytać jaśniejący na wiele kilometrów napis "DIE LAND". I o tym niewidzeniu, przejrzeniu lub nie, stadnym widzeniu lub ze stada odpadaniu, jest książka Sarai Walker. 

Plum ma na imię Alice, ale nikt tak do niej nie mówi. Nie mówi również, nawet nie myśli tak o sobie sama Plum. Alice bowiem to alter ego, do którego dąży bohaterka. To kobieta idealna, pożądana czy też, nie owijając w bawełnę, ujmując rzecz w stylu autorki, "ruchalna". Kobieta akceptowana, podziwiana, przebierająca w mężczyznach jak w ulęgałkach i podążająca za modą. Alice to marzenie, które Plum ma doścignąć już niedługo, kiedy tylko, po operacji żołądka, jej 135-kilogramowe ciało skurczy się do rozmiarów noszonych przez modelki, gwiazdy ekranu, ściśnięte wyszczuplającą odzieżą zjadaczki sałaty z musztardą. 
Plum wykonuje pracę dla pisemka dla nastolatek, pisze odpowiedzi na listy ZA kogoś, jest w tym, i innych aspektach życia schematyczna, pozbawiona chęci do jakichkolwiek zmian, ukierunkowana na to, by przetrwać, przebiec niezauważona przez kolejne miesiące po to, by wreszcie zacząć prawdziwe życie. 
"Nie znosiłam, kiedy ludzie robili aluzje do mojej tuszy, choć bardzo rzucała się w oczy. Czułam się wtedy tak, jakby potwierdzali, że coś jest ze mną nie w porządku, podczas gdy ja miałam nadzieję, że tego nie zauważyli." (str.39)

 
Szereg dziwnych wypadków, związanych z tajemniczą Leetą, jak i z działalnością jeszcze bardziej zagadkowej Jennifer, doprowadzi bohaterkę do pytania postawionego przez jedną z nowo poznanych kobiet: A jeśli to jest Twoje prawdziwe życie? A jeśli właśnie teraz je przeżywasz? Szukając wraz z bohaterką odpowiedzi na to właśnie pytanie, Sarai Walker napędzi opowieść, w której nie ma haseł, nawoływań i obraźliwego opluwania przeciwników. Jest sporo faktów wprost z amerykańskich gazet, równie dużo stawiających włosy na głowie relacji z życia, i często śmierci kobiet. Jest raport z gwałtu na czternastolatce, są dane o wykorzystywaniu seksualnym kobiet żołnierzy i inne dramatyczne przykłady zamiatanych pod dywan spraw. Jest rozprawka o tym, czy cokolwiek może usprawiedliwiać samosądy. Jest stopowanie za daleko idących ocen, które prowadzą do skrajności i obwiniania całych grup, tak odległego od karania jednostki. I jest opowieść o Plum, o dziewczynie, której treść życia stanowić ma staranie się o to, by sprostać postawionym jej przez żyjące stereotypami społeczeństwo wymaganiom.

"Dietoland" nie jest o dietach. O przepraszam, trochę jest, nawet bardziej niż trochę. Ale o dietach jako przemyśle, sterowanym w sposób mający nas przekonać o naszej wierze w potrzebę ich stosowania, chwalenia i wyśmiewania tych, którzy ich unikają lub nie są w stanie im sprostać.
"Brała udział w konferencjach z redaktorami magazynów i producentami programów, potajemnie nagrywając ich rozmowy i spotkania, często pełne rasistowskich lub seksistowskich podtekstów.(...) Była obecna przy wymyślaniu nowych problemów, którymi kobiety mogłyby się zadręczać." (str.336)
Ale przecież diety są dla zdrowia! Dieta wzmacniająca, odsysająca, wsysająca, rozluźniająca, spinająca, kiełbasiana, jajeczna i truskawkowa, na uda, na oczy, na serce. Oczywiście, mnóstwo z nich zapewnia długie życie, a reszta? Tylko jaka reszta? 
Po dietach czas na kobiece ciało, bo przecież dzięki dietom staje się ono doskonałe. Ciało do pokazywania, do chwalenia się, do używania, do nadużywania, do obrażania i do pielęgnowania, do moczenia i wysuszania, do silikonu, do sztucznych rzęs, do tipsów, do operacji plastycznych, do wypełniania staników z V...S..., do reklamowania na autobusach, do filmów. No dobrze, część sprawia nam samym wielką przyjemność, a reszta? Ale jaka reszta? 

Żyjemy w świecie konsumpcji, idealnego wyglądu, wiecznej młodości, a każdą kobietę, która się temu sprzeciwia, antagoniści bohaterki nazywają wojującą feministką, brzydką babą, lesbą. I nie tylko te, często niezgodne z faktycznym obrazem określenia piętnuje autorka "Dietolandu". Czyni to w sposób przekonujący, bardzo obrazowy, przetykając smutne, fantastycznie zrelacjonowane historie opowieścią o Alice, która całe życia spędziła jako Plum po to, by... stać się Plum? Tutaj trzeba już dotrzeć wraz z bohaterką. 

Cała opowieść Sarai Walker bazuje na spokojnym, ciekawie opisanym i zbeletryzowanym dążeniu do przekazania nam, a następnie przekonania nas do kobiecej, feministycznej wizji problemu. Naprzeciw Programowi Odchudzającemu Baptistów (od nazwiska, nie kościoła), autorka stawia Nowy Program Baptist, który wyrósł na zgliszczach pozostałych po zbijaniu majątków na sterowaniu przekonaniami, na wykorzystywaniu niepewności i naiwności kobiet. Nowy Program składa się z myśli, na które brakowało czasu w starym. Składa się z odwrócenia ról, z samostanowienia, wreszcie z samoakceptacji. Tyle, że pewnych przekonań nie da się zmienić. Tyle, że w okna czerwonego domu nadal będą leciały cegły owinięte w strzępy starego przekonania o potrzebie sprostania ideałom. Tyle, że wiara w atrakcyjność Dietolandu będzie żyła w niektórych (większości?) z nas, bez względu na to, czy będziemy się uśmiechały zachęcone jaskrawością neonu, czy zauważymy w porę przepalone kłamstwem i wykorzystywaniem moralnym, seksualnym i materialnym, dwie litery o wadze większej, niż może się wydawać - litery T i O. 

Wydawnictwo: W.A.B., 2018
Tytuł oryginału: Dietland
Tłumaczenia: Agnieszka Walulik
Liczka stron: 415

ze egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu W.A.B.