Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

poniedziałek, 23 lipca 2018

O sercu i rozumie.

"Za dużo przypadków" Jeffrey Archer  (audiobook) 3/10


Bywa tak, że w trasę wyrusza się nagle. Trasa dość długa, samotna, zawodowa... wiadomo. Radio to dobry towarzysz podróży, no ale książka!... Proszę Państwa!... książka towarzyszem jest idealnym. A gdy dłonie na kierownicy, wtedy moja dusza czytelnicza łaskawie zgadza się na audiobooka.

Jeffrey Archer to jeden z tych autorów, których znam i lubię od dawna, i za którego (niestety pochopnie) poręczyłabym, gdyby ktoś zapytał czy warto po niego sięgnąć. Wprawdzie nie obdarowuje nas dziełami na miarę klasyków poetyckich opisów i rozrywających serce emocjonalnych bitew, niemniej służy wyśmienitej rozrywce, bez zbędnych obciążeń, potrzeby nadmiernego skupienia - zdawać by się mogło, ideał nieobecnego pasażera w podróży. Niestety nie w tym konkretnym przypadku.


A skoro o przypadkach mowa... "Za dużo przypadków" to niedługie opowiadanie, 60 minut opowiastki czytanej przyjemnie, acz moim zdaniem nieco zbyt słodko, przez Dorotę Pomykałę. Choć może Pani Dorota, okraszając dialogi westchnieniami i naiwną słodyczą w głosie, ratowała tekst, który według mnie na papierze nie obroniłby się przed odłożeniem. Bohaterka - naiwna acz sympatyczna Ruth, przeskakuje w trakcie ledwie godzinki przez trzy związki, trzy największe miłości życia, trzy oczarowania i jeden solidny upadek na cztery litery. Na szczęście słuchacz nie omdlewa z rozpaczy, gdyż nie ma ku temu powodów po szybkim ekonomicznym ocenieniu zysków i strat bohaterki. Bo przecież od początku jest jasnym, że całe opowiadanie rozpisał nam autor według znanego, niekoniecznie lubianego wzoru: "jeśli nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze". Jedyna osoba, która o tym nie wiedziała, to otumaniona męskimi zalotami Pani Ruth.


Jest (powiedzmy) romantycznie, ale cóż ma w sobie z romansu trzykrotne wpadanie po uszy w miłostki? Chyba tylko naiwność i beztroskę typową raczej dla nastolatek a nie matek dwóch, uczęszczających już do szkoły synów. Zatem może mamy tu suspens i niecierpliwe oczekiwanie na kolejne zaskakujące akapity, co przecież przychodzi Panu Archerowi bez trudu? Nic z tego, niestety. 


A zatem, czy cokolwiek pozytywnego wynika z przesłuchania owego audiobooka? Otóż, dostajemy lekcję wartą zapamiętania. Nawet gdy ma to być umilacz drogi, nawet gdy nie zależy nam na rozpamiętywaniu rozterek bohaterów długo po ukończeniu słuchania, poświęćmy jednak więcej niż chwilę na wybór odpowiedniej słuchanej lektury. I jednak nie oceniajmy po okładce, ups, przepraszam, po nazwisku. Bo miało być pięknie, a niestety nie było. 


Wydawnictwo: Mozaika, 2000
Tłumaczenie: Dorota Sękalska
Czyta: Dorota Pomykała
Czas odtwarzanie: 1 godzina 17 minut

opowiadanie pochodzi z tomu: "Krótko mówiąc"

czwartek, 19 lipca 2018

O czasie miłości i czasie śmierci.

"Historia złych uczynków" Katarzyna Zyskowska  9/10


"Jest czas na zabijanie i czas na miłość. Wszystkie historie są o miłości i śmierci, i ta też będzie właśnie o tym" (str.347). A w owym czasie na śmierć straszna jest wojna. Albo ta chwila, gdy znękana, niekochana, odrzucona dusza tylko w śmierci odnajduje wyzwolenie. Swojej lub cudzej. Ale zawsze tej, która da szansę na dalsze życie. Swoje lub cudze. A najstraszniejsza ze śmierci niesionych wielkimi bitwami i małymi potyczkami jest nie ta, którą za sobą niosą wydający rozkazy i dzierżący karabiny. Najstraszniejsza to ta, która każe zostać i czekać, ból znosić i cierpienie, i pogardę zarówno wroga jak i swoich. I niekoniecznie wojną światową niesionych ale wojną z zabobonami lub za ich przyzwoleniem, przeciw rudym i Żydom, przeciw innym. I ten wielki strach, który każe podejmować decyzje, które nigdy już naszego życia nie opuszczą. A jeśli się zdarzy, to tylko by przenieść uczynione zło na pokolenia następne i następne. Bo te decyzje okażą się lata, wieki później silniejsze niż czas na miłość. Będą zmuszały do walki z chęcią zemsty bądź do walki by mścić. A ci, którzy te straszne lata wojenne, powojenne, złe czasy poddania się woli innych, czasy wybierania mniejszego zła przeżyją, będą ciągnęli za sobą bagażem zbyt ciężkim, bo go unieść w próbach zapominania. 

Katarzyna Zyskowska nie bawi się w ocenianie, daje nam zdanie, dwa i wiemy. "Wszystko płynie, wszystko się toczy. Łzy po policzkach, rude głowy po mchu. I los..."(str.501). Daje nam autorka Felicję, która pokocha dwa razy i dwa razy pokocha źle. Felicje, która w swej codzienności ucieka od spojrzeń mogących sprostać jej niezwykłości i wyjątkowości. 
"Za dnia taka eteryczna, spokojna i introwertyczna, delikatna jak porcelanowa lalka, a pośród splatanych leśnych cieni, przy akompaniamencie spadających gwiazd, wstępuje w nią nieznana energia." (str.83)
I Bronka nam daje, który przed swymi miłościami będzie uciekał ani nie umiejąc ich docenić, ani im sprostać, wreszcie nie mogąc żyć ani z nimi ani bez nich. Bronek będzie ze sobą niósł raz żydowską duszę, raz polskie wychowanie, będzie arystokratycznym sobą cierpiał w pozbawionej światła piwnicy i z owej piwniczej niedoli wyrażał będzie niemą zgodę na coś, co jemu samemu wydawało się będzie zbytnia naiwnością. Będzie wybierał pomiędzy gorącym, rodzącym mu córkę żydowskim życiem dalekim od kabaretu a między idealizowaną latami Królową Śniegu, która wreszcie okaże się niespełnieniem i kłamstwem. Fela, ów młodzieńczy miraż, z owego pozornie zimnego serca wydobędzie wiele zła, lecz będzie to zło, które ma posłużyć obronie tego, co najcenniejsze i czego, prócz niej, nie ocalił się ocalić nikt. 
I rudowłosa, pięknie śpiewająca Estera, pojawiająca się u boku Bronka i Felicji na moment zaledwie. Ta Estera Żydówka pozostanie wyrzutem sumienia do końca życia obojga. A także daleko poza nie. Ku następnym pokoleniom, które owym torem zła w imię dobra, będą już podążały wiedzione przez  niekoniecznie ślepy los. 
Na kolejne lata, na dzieci i wnuki tych trojga, na rozsupłanie ich poplątanych jedną nicią losu autorka każe nam czekać do ostatnich stu stron. Tu wychowają się dzieci, tu zmierzą się z demonami przeszłości, okiełznując je bądź im ulegając. Wcześniej zaś będzie ciekawie i przerażająco, poważnie i oburzająco, pięknie i strasznie a przede wszystkim obezwładniająco.

Zaczynając czytać tę powieść miałam wrażenie brania w dłonie lekkiej, przyjemnej historyjki. Począwszy od dziewczyny, która wyrywa się z małego miasteczka by w Warszawie w mieszkaniu ojca, o którym dotychczas wiedziała niewiele, spędzała będzie czasy studiów. Poprzez miesiące, gdy tam mieszkając pozna swojego wykładowcę, zostanie jego kochanką, potem partnerką. Kochanką nietypową, bo żyjącą w związku niepozbawionym brutalności, agresji. I czytając te pierwsze strony miałam wrażenie, że przyjdzie mi odłożyć "Historię złych uczynków" na półkę z zalewającymi rynek thrillerami, ciut erotycznymi, ciut psychologicznymi, rozszarpującymi kolejne rany chorych związków. Ot Nina I Miłosz, prosta historia o toksycznej miłości. 
"Obrażona i zarazem tęskniąca jak pies za panem, skomląca o ostatni czuły gest, o wybaczenie, sprzątałam pobojowisko, które zrobiliśmy wspólnie w mieszkaniu." (str.153)
Tylko czy Miłosz, ten ze światka przestępczego, ten, który nagle znika bez śladu bezlitośnie pozostawiając na pastwę losu osamotnioną, ciężarną Ninę, to ten Miłosz, który tkwi w naszej wyobraźni dzięki pierwszemu wrażeniu? Czy Nina to ta ścigana pechem i własną chora bezwładnością to Nina, która niesie ze sobą świadectwo poprzednich pokoleń? To co przygotowała nam w odpowiedzi Pani Zyskowska to rozwiązanie wręcz niewiarygodne. 

Gdyby owa trudna miłość nie pojawiła się w naszej teoretycznie prostej i zwyczajnej opowieści z początku książki, nigdy nie doszłoby do poznania faktów z przeszłości, Nina nigdy nie poznałaby matki Miłosza, nigdy nie odbyłaby ze swoją matką rozmów, powodujących zachłyśnięcie się straszną prawdą, nigdy nie doprowadziłaby nas wreszcie do finału, który jest tak szokujący, że wszystkie głoszone czy dopiero tkane teorie kompletnie tracą sens. Wszak jest czas miłości i czas śmierci...
Od drugiego rozdziału już nie jesteśmy w Warszawie, albo troszkę tylko, gdy getto stanie się faktem dla Bronka i jego ojca. Bardziej zaś jesteśmy w Aninie, w "domku dla lalek", przez który przewiną się postacie czasem szybko znikające z kart życia, czasem wulgarne, czasem nieumiejące kochać własnych dzieci, czasem pałającą żądzą do młodych dziewczynek. Ale i te siejące dobro, pokutujące za winy, zostające pośród ruin, gdy nie zostaje nikt, uciekające tylko dlatego, że przyszło im ratować własne dzieci. 

Dwutorowość czasowa, historyczna to dla autorki także dwutorowość językowa. "Historia ..." łączy owe odległe czasy i miejsca w sposób wybitny. To co szybkie, związane ze współczesną Warszawa i jej stylem istnienia, także z ciemnymi sprawkami, światem gangsterskim, autorka podaje nam językiem współczesności - krótkim, niemal reporterskim, przetykanym przekleństwami nadającymi moc reakcjom, złości, brutalność. Druga zaś opowieść - ta sprzed lat, z innych traum i przeżyć, z innych salonów, lśniących lakierków, letnisk, potem zaś wojny i jej szaleństwa, napisana jest niezwykle poetycko, jest niczym opowieść snuta przez wybitnych klasycznych pisarzy pieszczących czytelnika inwersjami, formami biernymi, smakowitą polszczyzną. Zmieszanie owych języków powoduje, że wydarzenie się przenikają ale nie stapiają w jedno. Że nie tylko opisowo, ale i duchowo przenosimy się wraz ze stylem i formą w odrębne czasy, że szybko otrząsamy się z tego co zaszłe, by zmierzać dzisiejszymi torami w wulgarność PRLu i kolejnych dekad. I znów wracamy w łagodny, przejmujący styl, który tym bardziej wszystko co straszne, wojenne, czyni przenikliwym, co budzi naszą empatię i niemoc. 

Przepiękna książka. W roli głównej kobiety. Silne, wytrwałe, chroniące swoje dzieci wszelkimi sposobami. Kobiety, dla których kłamstwo, upodlenie, nawet zabójstwo staje się dozwolonym środkiem, gdy chodzi o ochronę miłości - tej partnerskiej lub matczynej. Póki nie stanie się jasne, że za krzywdy, także te, które same w sobie usprawiedliwiały, muszą mieć swoje konsekwencje, muszą zostać ukarane. Jak decyduje się je karać Katarzyna Zyskowska? W sposób, któremu dają wyraz stare wierzenia, zabobony, biblijne cytaty, symboliczne wydarzenia i stworzenia. I to owe złe uczynki, które autorka uczyniła bohaterami "Historii..." i nasze subiektywne ich odbieranie powodują, że owa, rozpoczynająca się od zwyczajności powieść, prowadzi nas w zakątki niezwykłe, tak ludzkie i tak jednocześnie zależne o pohukującej w raz z sową, prastarej sprawiedliwości.
"Zaglądałam przeznaczeniu w oczy wiele razy, bo chociaż uciekałam stąd daleko, to nie uciekałam od siebie. Nie da się uciec od siebie." (str.456)...

Wydawnictwo: Znak, 2018
Liczba stron: 512

poniedziałek, 16 lipca 2018

O artystce, matce, kobiecie.

"Malarka ptaków" Melissa Ashley  7/10


Powieść opisów, barw, egzotycznego ptactwa. Powieść podróży poza horyzont. Powieść miłości, poświęcenia, matczynych dramatów i rozterek. Taką właśnie książkę podarowała nam Melissa Ashley, przelewając na karty "Malarki ptaków" życie, emocje, wahania niezwykłej artystki, a jednocześnie wkładając w nią w sposób widoczny swoje własne serce, miłość do natury i podziw dla bohaterki. 

Bardzo trudno jest stworzyć biografię osoby, która tak naprawdę nie może nas zachwycić niebywałymi przygodami, czy też poruszającymi w nieustannej gonitwie emocjonalnymi rozterkami (choć rozterki jako takie, także dramatyczne, jednak się zdarzają) tak, aby owa biografia nie stała się zbiorem suchych informacji, które przerodzą się w listę dat, odwiedzonych miejsc i związanych z nimi osiągnięć naukowych. Co więcej, to co czyniło życie Elizabeth niesamowitym w czasach jej współczesnych, jak łączenie ze sobą opieki nad dziećmi, życia rodzinnego i pracy zawodowej, czasem również wymagającej długich i dalekich podróży, dzisiaj nie jest niczym niezwykłym, nie jest niczym, co powodowałoby odczucia z pogranicza wielkiego poklasku. Niemniej jednak trzeba zdać sobie sprawę, o jakim czasie czytamy. Pamiętajmy, że początek XIX wieku to czas nietypowy dla rozdzielania rodzin przez względy zawodowe, dla podróży zamorskich, dla asymilowania się z australijską, niezwykłą, bo kolonialną formą życia. To czas, gdy kobiety prawie nieustannie były w ciąży, połogu lub właśnie goiła rany po kolejnym poronieniu bądź pochowaniu niemowlęcia. Elisabeth nie odstawała od tego typu przyjętej za właściwą, roli kobiety. To, co stanowi o jej wyjątkowości to fakt, że postanowiła połączyć macierzyństwo z wielką pasją, którą stanowiła, inaczej niż obecnie pojęta praca zawodowa u boku męża. To połączenie czyni Elizę kobietą niezwykłą nawet dziś. Bo czyż nie jest prawdą, że rzadko się zdarza, by kobieta, która poświęca się tak dużej rodzinie, znajdowała także czas i ochotę na to, by rozwijać swoje zainteresowania w dziedzinie wymagającej tak wiele czasu, tak długich podróży a przede wszystkim, tak drastycznych decyzji?  

Ogromną walkę staczają ze sobą matka i malarka, żona, bez której mąż nie wyobraża sobie dalekiej wyprawy i kobieta, która w związku z owym faktem musi swoje, maleńkie jeszcze dzieci, pozostawić pod opieką matki i kuzynki, która musi odchodzić od zmysłów, nie mogąc być przy chorej córce w momencie, gdy jej dalsze życie pozostaje niepewne. Wreszcie, wielką walkę prowadzi przeciwna zabijaniu, ubolewająca nad polowaniami i kradzieżami gniazd dusza i mieszkający w głowie naukowiec. 
"Kim byłam, żeby oceniać śmierć naszych chwostek? Nawet gdyby udało nam się utrzymać przy życiu pierwsze schwytane okazy, byłoby to fałszywym zawieszeniem wyroku. Nie da się zliczyć, ile zwierząt poświęcimy my i inni w służbie nauce, jak też uciec przed prawdą, że to my decydowaliśmy o tym, czy stworzenie, bez względu na to, jak piękne lub rzadkie, przeżyje." (str.229)
Są to momenty, które spotykają się także z moim sprzeciwem. Nie jest dla mnie zrozumiała, pomimo świadomości walorów naukowych, fascynacja preparowaniem, wypychaniem, cóż.. zabijaniem zwierząt dla celów badawczych. Wiem jednak i rozumiem, że w ówczesnych czasach nie dysponowano technologią pozwalającą na to, by śledzić życie, migrację, zwyczaje ptaków, i że był to właściwie jedyny sposób na to, by zapoznawać współczesnych z egzotyką świata ptaków, szczególnie tych reprezentujących faunę odległych kontynentów. Może gdyby nie tacy pionierzy jak Elizabeth i John, nie bylibyśmy w stanie nigdy dowiedzieć się tak wiele. Poza tym, ilustracje, jakie tworzyła bohaterka, były wtedy bardzo pożądane, stanowiły "ówczesne fotografie", wstęp do zachwycających nas obecnie zdjęć czy filmów przyrodniczych. To sprawność malarki, jej dokładność, szczegółowość tworzonych przez nią portretów ptaków, sprawiały, że osoby zafascynowane światem ornitologii mogły spełnić swe marzenia, nawet jeśli nieosiągalnym było zgłębianie ich poprzez własne naoczne obserwacje. Dlatego czytając "Malarkę ptaków" rozdział po rozdziale budujemy w sobie ogromny szacunek dla pracy Elizy. 

Opisy ptaków, związanych z nimi badań, podróży, także samego ich zdobywania - polowań na nie, procesu ich przechowywania i zachowywania dla współczesnych i potomnych, jak i samej ilustratorskiej pracy bohaterki, są pisane językiem niezwykle plastycznym, z podkreśleniem nie tyle naukowych informacji o stricte gatunkowej przynależności, klasyfikacji, miejscu w tabelach i wykresach, co skupiające się na kolorystyce, sposobie układania skrzydeł, kończyn, barwności upierzenia i innych niezwykłych cech. Pozwala nam to przechodzić przez nie łagodnie, z głową pełną kolorowego, egzotycznego ptactwa, bez wrażenia czytania rozprawy naukowej. Kreują one przed naszymi oczami wizje danego okazu, pozwalają nam wyobrazić go sobie i zrozumieć dlaczego zafascynował zarówno kolekcjonerów, w tym męża Elizy - Johna, jak również ją samą, przelewającą swój malarski talent na ilustracje, które miały w przyszłości służyć poszerzeniu wiedzy o faunie, głównie australijskiej. 
"Rdzenni mieszkańcy i Europejczycy nadawali rajskim ptakom swego rodzaju magiczny status, nazywając je ptakami aniołami, ptakami duchami lub bogami. Ich urzekająca uroda obudziła przekonanie, że są nie z tego świata." (str.131)
Przyznać jednak muszę, że w którymś momencie złapałam się na tym, że owe opisy nie tyle stały się dla mnie nudne, co niejako zapętlone, powtarzające ten sam temat podany innymi słowy, bo też inne dzioby, stopy i trele dostajemy z kolejnym zoologicznym opisem. Nie oznacza to, że sama opowieść jest nudna, bo tak nie jest. Niemniej, zdecydowanie odpowiednim odbiorca tej książki będzie ktoś, kto w sposób bardzo subtelny, nieprzesadnie naukowy ale jednak chce poznać charakterystykę ptaków, zapoznać się z nowymi europejskimi, potem zaś australijskimi gatunkami.

Melissa Ashley spowodowała, ze jej książka trafia nie tylko do osób zainteresowanych ptactwem. Dzieje się tak dlatego, że ów dziennik, pamiętnik, w który została ubrana biografia niezwykłej kobiety, napisana jest językiem, który przeprowadza nas przez opowieść niczym przez połączenie powieść obyczajowej, wspartej na przemyśleniach i odczuciach, z przygodowymi wtrętami, dyskursami na temat niezwykłych dla nas czasów, sposobów zarządzania kolonią, niewiarygodnych morskich podróży, zagłębianiem się w nieznane rejony. Jest tutaj więcej pięknych opisów niż niszczących płynność, suchych faktów. Tyle samo miejsca poświęcone zostało matczynym obowiązkom i rozterkom, poznawaniu i opisywaniu ludzi, których bohaterka poznała w swych podróżach, a także tych, którzy dzielą jej pasje. I nie są to opisy skupiające się jedynie na ich umiejętnościach i wykorzystywaniu ich w pracy ale opisy, które czynią z nich zwykłych ludzi, stawiających czoła problemom. Nawet kiedy poznajemy zafascynowanego światem zwierząt, młodego Karola Darwina, to jest to postać ciekawa, ale jednocześnie omylna, postać kreująca pewne poglądy ale jednocześnie nie wstydząca się prosić o pomoc, kiedy uważa się za mniej kompetentnego w danej dziedzinie.

Tę płynną, bardzo obrazową książkę czyta się z przyjemnością. Jest opowieścią, która ma pośród dziennika z życia ilustratorki przemycić pewne informacje, które być może podane w inny sposób okazałyby się dla nas nudne. Przez całą powieść odczuwa się bardzo mocno, że Melissa Ashley to nie tylko pisarka, ale też poetka i wielka miłośniczka ptaków. Pisze bardzo subtelnie, a jednocześnie fakty, które mieści pomiędzy linijkami delikatnie tkanej powieści, są naukowo sprawdzone, interesujące w swej dokładności. Zaś dzięki wydawnictwu, na okładkach możemy dodatkowo zobaczyć przedruki oryginalnych ilustracji spod piór i ołówków Elisabeth Gould. Niezwykle uprzyjemniają one przechodzenie do kolejnych rozdziałów, nazwanych przez autorkę gatunkami ptaków. Wydarzenia opisane w danym rozdziale odpowiadają zarówno opisom ludzi jak i ptaków wiodących nas przez wydarzenia.
Tutaj muszę bardzo subiektywnie dodać, że prócz atrakcji oferowanych przez samą autorkę i sposób wydania jej powieści, wydawnictwo dodatkowo zaoferowało mi egzemplarz recenzencki w sposób, w jaki nigdy nie zostałam obdarowana książką. Z burzy kolorowych piórek wyjrzała ku mnie subtelna opowieść, niepozbawiona walorów naukowych, dająca kojące wrażenie i mogąca stanowić doskonały, pięknie podany prezent dla miłośników ptaków. 

Wydawnictwo: Czarna Owca, 2018
Tytuł oryginału: The birdman`s Wife.
Tłumaczenie: Agnieszka Wyszogrodzka-Gaik
Liczba stron: 504

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości wydawnictwa: 

piątek, 13 lipca 2018

O piątej odsłonie tatrzańskiego śledztwa.

"Zerwa" Remigiusz Mróz  5/10


Przy wybujałej wyobraźni i produktywności Remigiusza Mroza, znalazłam się w którymś momencie w przestrzeni pomiędzy niecierpliwą sympatią, każącą automatycznie ściągać z półek kolejną powieść sygnowaną jego nazwiskiem, a zniechęceniem wynikłym z ilości wydanych książek oraz tak różnej ich jakości, że zawsze otwiera się je z niepewnością otrzymania sycącego pożywienia dla umysłu. W wypadku "Zerwy", która zamyka mój ulubiony cykl Pana Mroza, niestety czuję się jednocześnie przejedzona i nadal głodna. Jak w przypadku dziecka, które oszukało głód słodyczami. 

Wiktor Forst jest bohaterem sprawy kryminalnej rozbitej na pięć tomów. Początkowo planowany jako trylogia, cykl rozrósł się do rozmiarów pentalogi z nieco niejasnych dla mnie powodów. Powody owe zdają się być jednak oczywiste dla autora, który z Posłowiu obiecuje zakończenie serii, choć nie ostateczne rozstanie z bohaterem. Dla mnie owa deklaracja brzmi równie wiarygodnie jak ta składana po trzecim tomie, niemniej być może faktycznie pewna, warta opisania sprawa, została dla Pana Mroza zakończona, zamknięta, rozwiązana. Mam szczerą nadzieję, że tak jest, gdyż jak powiadają zorientowani w skutkach nadmiernego dobrobytu ludzie: "co za dużo to niezdrowo". 

Opowieść, jako całość jest dobra, ciekawa, niepozbawiona momentów ekscytacji. Porusza sprawy ważkie, piętnuje pewne zachowania - od psychopatycznych po bardziej zwykłe, odruchowe a jednak kończące się fatalnie dla innych i samego sprawcy. W "Zerwie" nie brakuje osądów wkładanych w usta bohaterów bądź podawanych w formie komentarza do wydarzeń. Po raz kolejny utwierdzamy się tu w przekonaniu, że najgorszym typem człowieka jest fanatyk. O ile w przypadku przestępców niesionych agresją, gwałtownymi reakcjami, chęcią zemsty, możemy spodziewać się jakiegokolwiek prześwitu zdrowego rozsądku, o tyle owej racjonalności nie da się przypisać osobom ślepo wierzącym w ideę dyktującą jedynie słuszna prawdę oraz prawo do wymierzania sprawiedliwości za czyny dokonane w niezgodzie z owa prawdą. 
"Każdym z nas targają takie same złe emocje. Każdy z nas kiedyś w duchu powiedział sobie, że pozabija tych i owych za to czy tamto. Każdy kiedyś rzucił do siebie samego, że się powiesi. Tyle, że mamy granice, tamy, bariery(...)"  (str.373)
Przekonania polityczno-historyczne są tu w stanie zagłuszyć jakiekolwiek chęci dążenia do kompromisu, poddania się sile przeciwnej argumentacji, zdają się zaś usprawiedliwiać każde postępowanie, włącznie z wyjątkowo brutalnymi morderstwami, często popełnianymi na ludziach, którzy w żaden sposób za owe piętnowane fakty historyczne nie mogą ponosić odpowiedzialności. Tymi właśnie zagadnieniami zdaje się najmocniej zajmować Remigiusz Mróz w "Zerwie".

Cykl o Wiktorze Forście, ścigającym tego właśnie typu opętanego żądzą zemsty na narodzie oprawcę, zaczynaliśmy od wysokiego C. Z zaangażowaniem towarzyszyliśmy pokiereszowanemu psychicznie i moralnie komisarzowi, który w swojej szorstkiej męskości pociągał nas zarówno jako człowiek jak i policjant mimo obaw o jego zdrowie fizyczne i psychiczne, zniesmaczenie nałogiem czy uniesienie brwi przy postępowaniu i wątpliwej zgodności z prawem.
"Nie znała nikogo, kto dźwigałby tak duży bagaż doświadczeń.Ani nikogo, kto potrafiłby go unieść. Być może ciężar w końcu złamał mu kręgosłup, nie tylko moralny, ale także mentalny" (str.350) 
Pogrążaliśmy się w kryminalne zagadki, ścigaliśmy wraz z nim Bestię z Tatr i kibicowaliśmy każdemu działaniu, które mogło bohaterów, z którymi łatwo było się utożsamić, ostatecznie ocalić. Z tomu na tom seria stawała się bardziej płynna, bardziej zaangażowana w szukanie podłoża postępowania mordercy i , tak jak lubię, przenosiła nas z czysto policyjnego spojrzenia na śledztwo w głąb umysłów osób bezpośrednio zaangażowanych w akcję jak i tych, którzy asystowali pierwszoplanowym postaciom. 

W ostatnim tomie  - "Zerwa" - konsekwentnie zatytułowanym wedle górskiego nazewnictwa, otrzymujemy rozwiązania zagadek stawianych nas poprzez strony poprzednich tomów, następują zmiany akcji zmierzające ku wyjaśnieniu zachowań pozytywnych, szczególnie zaś tych negatywnych bohaterów, a co za tym idzie, pojawiają się cóż... zmartwychwstania, dziwne, niepoparte faktami zachowania, niewytłumaczalne przemiany bohaterów. Mimo, a może także poprzez przenoszenie bohaterów, bądź esencji ich rozmów z polskich gór, przez Rosję, Finlandię aż po niejednokrotnie wspominana Ukrainę czy polskie wschodnie rubieże, mam wrażenie, że w swoim pędzie do zadziwienia zakończeniem, Remigiusz Mróz nieco się zapomniał. Niektóre akcje pojawiają się absolutnie znikąd, nie są poparte jakimkolwiek ciągiem przyczynowo-skutkowym,  jakimikolwiek wydarzeniami przedstawionymi w poprzednich tomach czy nawet na początku samej "Zerwy". Pojawia się wrażenie braku zdecydowania samego autora, który niczym małe dziecko bawi się z nami w ciuciubabkę, żongluje życiem i śmiercią. Jakby sam sobie przyklaskiwał kilkukrotnie zmieniając zdanie na temat ewentualnego zakończenia bądź ciągnięcia wątku danego bohatera. (w głowie roiły mi się hasła typu: Ha, mam was, on żyje! A nie, właściwie to nie żyje. Albo dobra, żyje... Litości...). Autor tak bardzo chce uatrakcyjnić nasze poszukiwania winnego, że namnożenie podobnych akcji prowadzi do zniechęcenia, a czasem nawet śmieszności. 

Można się zgodzić, że książka napisana jest sprawnie, czyta się ją szybko, nie ma potrzeby zatrzymywać się czy wracać do poprzednich rozdziałów, by systematycznie podążać za akcją ale owa sprawność pisarska niestety nie idzie w tym przypadku w parze z jakością. Odnosiłam wrażenie, że książkę piszą dwa odmienne pióra. Jedno, które tworzy niezwykle kulawe dialogi, przy których moja miłość do polszczyzny przeżywała katusze, bo czy nie warto przekonać się przed zleceniem druku czy słownikowo, składniowo, redakcyjnie książka nie razi niechlujstwem? Zbyt pobieżna korekta pozwoliła bowiem na: "finlandzkie ciasteczka", "alarmistyczne działanie słonego zapachu", "przerywanie mi w spotkaniu z podwładnymi", "jeśli co do czegokolwiek była przekonana" i inne lapsusy z pogranicza niedbałości i stylistyki zgodnej z tłumaczeniem angielskich zdań za pomocą powszechnego internetowego tłumacza. Należy przyznać, że książka została poparta dokładnym badaniem faktów historycznych, że na kartach odbywają się ciekawe spory dotyczące poglądów na kontrowersyjne wydarzenie z życia Polaków i ich sąsiadów, ale to wszystko ginie w owym, naprawdę nieatrakcyjnym sposobie ich podania.
"Zerwa" nie jest złą książką, niemniej jest to powieść, w której przeskoki od nadmiernie prostego języka dialogów do wybuchów patriotycznych uniesień i emocjonalnych skrajności nie zostały skomponowane w sposób, który pozwalałby na swobodne, pozbawione gwałtowności podążanie za  jednymi i drugimi. Dialogi, rozpisane na krótkie, urwane, często niezgrabne językowo zdania pokrywające cała stronę, następują po górnolotnych sformułowaniach, gdzie wykrzyknienie "Na Boga!" włożone kilkakrotnie w usta policjantów jest jednym z mniej patetycznych. Nie jest przyjemnie zapadać się w plastyczne opisy sytuacji i wydarzeń, po czym przez kolejne strony przedzierać się przez rozmowy na siłę prowadzone w stronę dowcipu, z powtórzeniami i brakiem lekkości stylistycznej, która dotychczas w powieściach Remigiusza Mroza, udanie chroniła nas przed językowymi zgrzytami. 

Czytanie serii o Wiktorze Forście było przyjemne. Rozumiem, że większość z nas niesionych popularnością, podobnie jak Pan Mróz dopisywałoby kolejne tomy do pierwotnie planowanej trylogii, ale nie jestem pewna czy ten pomysł przyniósł spodziewane efekty. Być może był on dobrze przemyślany ale, odnoszę wrażenie, że o wiele mniej dopracowany. Bo "Zerwę" czyta się do końca tylko po to, żeby dowiedzieć się jak, wcześniej faktycznie niosąca nas przez tomy opowieść, zostanie zakończona, jak autor zamknie losy bohaterów, jakimi ludźmi okażą się postacie, które zdążyliśmy polubić. Niestety, nie czyta się w tej samej mierze dla samej literackiej przyjemności. Miło mi było przebywać w towarzystwie Wiktora Forsta, zapałałam do niego autentyczną sympatią. Niemniej, po przeczytaniu "Zerwy" jeszcze milej jest mi się z nim pożegnać. Dalszy ciąg, podany w podobnym stylu, nie byłby moim zdaniem wart przeżywania kolejnych obaw o rozczarowanie. Pozostaje mi przyglądać się kolejnym pojedynczym powieściom, w których autor eksperymentuje z wieloma gatunkami, i jeśli nawet jedna z nich wydaje się być próbą nieudaną, o tyle kolejna pozwala na określenie czasu a nią spędzonego jako fascynującego. Mnie samą zadziwia owa sinusoida odczuć przy kolejnych powieściach Remigiusza Mroza, ale jest ona faktem.

Wydawnictwo: Filia, 2018
Cykl: Komisarz Forst (tom5)
Liczba stron: 495

poniedziałek, 9 lipca 2018

O amerykańskim letargu.

"Elegia dla bidoków" J.D. Vance   7/10





O ile tytuł książki może wydać się wielu osobom formą kpiny, żartu słownego czy też przyczynku do rozprawienia się z rozpowszechnioną wiarą w amerykański sen, o tyle mnie, z racji wykształcenia, skłania do podejścia do tematu w sposób jeszcze bardziej subiektywny niż zwykle. Znam bowiem, przekazywany ustami wykładowców, faktyczny stan społeczeństwa amerykańskiego i bynajmniej owo "bidokowe" odniesienie do życia w USA nie wzbudza we mnie ani kpiącego uśmiechu ani też niedowierzania. Bo o ile ani autor ani ja nie zamierzamy tutaj przeczyć możliwościom szumnie wpajanym kolejnym pokoleniom amerykańskiej młodzieży, o tyle nie wzbudza też wątpliwości fakt, że bieda, nędza, nieumiejętność radzenia sobie z niepowodzeniami finansowymi, socjologicznie uzasadnione tkwienie w skrajnie trudnych warunkach materialnych nie jest w owym, pozornie mlekiem i miodem płynącym kraju, oczywistością. 

To, co czyni "Elegię dla bidoków" wyjątkową pozycją to fakt, że ośmielił się ją napisać młody człowiek, którego pochodzenie to doliny społeczne, który się owych dolin nie wypiera, który z pomocą niezwykle rozbudowanego wachlarza publikacji i własnych badań, pragnie owo zjawisko tkwienia w biedzie o ile nie wytłumaczyć, to choćby naświetlić.
"Nasza elegia ma podłoże socjologiczne, to prawda, ale dotyczy także kwestii psychologii, społeczności, kultury, wiary." (str.180) 
J.D. Vance przyznaje, że wiele pokoleń jego rodziny to bidoki, że on sam z owych bidoków wyrósł i odważnie oświadcza, że tylko przypadek, któremu na imię było Mamaw (tak nazywał swoją babcię) spowodował, że nie pielęgnuje on nadal owego bidoka w sobie, przekazując go kolejnym pokoleniom.
Celowo trzymam się tutaj formy tłumaczeniowej, z którą nota bene się zgadzam, jako, że należy odróżnić słowo o dość neutralnym brzmieniu jakim jest "biedak" od kpiarskiego, używanego z pogardą i zdecydowanie wspartego konkretnymi cechami osobowymi i środowiskowymi tytułowego "bidoka" ( z ang. hillbilly). Miał bowiem autor w zamiarze pokazanie grupy społecznej, która nie tylko podlega dramatycznym prawom rynku, nie tylko ledwie wiąże koniec z końcem z racji przemian przemysłowych czy gospodarczych, ale też sama na owa biedę wyraża zgodę lub też w niezgodzie lecz aprobacie na nędzę żyje z czystego przyzwyczajenia, przekonania, że tak właśnie być musi choć niekoniecznie powinno. Pierwotne "zejście z Appalachów" w miasta takie jak Jackson nie wynikało z braku chęci do pracy, wręcz przeciwnie, było ruchem w kierunku posad w rozwijającym się przemyśle. Ale to, co pozbawieni później pracy robotnicy uczynili z problemem, który pojawił się po upadku zakładów i kopalń, to już kwestia nie tyle gospodarcza co kulturowa i społeczna.

Trzeba przyznać autorowi, że wykazuje się niezmierną odwagą cywilną wskazując na błędy jakie on sam i jego rodzina od pokoleń popełniają w zderzeniu z trudnościami. Trzeba też jednak owej rodzinie przyznać, że mimo rządzącego nimi prostactwa, awanturniczości, czy czasem zwykłego chamstwa, stanowią oni i tak grupę, w stosunku do której właściwe mogłyby być słowa wsparcia, a nawet, po poznaniu relacji rodzinnych, nawet sympatii czy zrozumienia. Jest to bowiem grupa, która przynajmniej próbuje. Są wśród nich tacy, którzy podejmują pracę, ba, nawet tacy, którzy dzięki owej pracy i minimum elastyczności opuszczają kompletnie zapuszczone miasteczka u stóp Appalachów by wreszcie trafić do "prawie średniej" klasy, czy też może klasy, którą sami chcieliby uznawać za średnią. Gdzieś poza nimi, poza ich skromnymi ambicjami, poza ich patriotycznym poczuciem pracy i walki dla kraju pozostaje grupa osób, z przyjemnością korzystających z socjalnej pomocy, odsuwających na bok jakiekolwiek ambicje, żyjących ponad stan (przy czym ów stan tak czy owak plasuje się gdzieś w rejonach nizin społecznych). Na tę grupę, nawet rodzina J.D. Vance'a patrzy z niesmakiem i wyrzutem.
"W miejscowościach pokroju Middletown ludzie bez przerwy gadają o ciężkiej harówce. Da się przejść przez całe miasto, w którym trzydzieści procent młodych ludzi pracuje niespełna dwadzieścia godzin tygodniowo, i nie napotkać nikogo świadomego własnego lenistwa." (str.74) 

Sam autor, prowadząc nas przez autobiograficzne wątki, nakreśla obraz chłopca, który przerzucany miedzy ojczymami lub kandydatami na nich, wiecznie wkomponowywany w kolejne patchworkowe  rodziny, zwodzony narkotykami, uczony niechęci do edukacji i  przeświadczony o jej niewielkim znaczeniu w życiu, gubi drogę, która intuicyjnie wiodła go ku większym ambicjom. I tylko fakt, że prosta w zachowaniu ale  niezwykle rozumna i ciekawa świata babcia zaczyna, przyglądając się zmianom politycznym i społecznym, odgradzać wnuka od atrakcji zapewnianych przez życie wśród bidoków, pozwala mu znaleźć odpowiedzi na pytanie, czy jeszcze cokolwiek jest w stanie uczynić ze swoim  młodym życiem. 
"Mamaw nigdy nie traciła tej nadziei, choć przeżyła tyle rozczarowań i udręk, że nawet nie potrafię tego objąć umysłem. Jej życie było niby zaawansowany kurs tracenia wiary w ludzi, ale Mamaw zawsze znajdowała jakiś sposób, żeby wciąż ufać tym, których kochała. Nie żałuję więc, że jej uległem." (str.163)

Jakże niewiarygodne wydaje się nam, postronnym czytelnikom, często pojawiające się stwierdzenie o nieprzystawalności, niedopasowaniu do świata, do którego przecież Vance dostał się dzięki własnej ciężkiej pracy. Jak trudno nam pojąć, że prestiżowe studia mogą dla kogoś o takim dzieciństwie być tyleż powodem do dumy co do poczucia bycia zdrajcą wobec własnej rodziny i wychowania. Jakże obcy jest nam, określa to sam autor „ów wewnętrzny konflikt, którego zarzewiem był mój gwałtowny awans społeczny” (str.256). Czy w Middletown można wyrosnąć? Czy można wyrzucić je z serca drogą wojskowej musztry i uniwersyteckiego budowania własnej wartości?

Bardzo trudno recenzować książkę, która stanowi niejakie studium socjologiczne środowiska w oparciu o życie najbliższych i swoje własne. By oddać wszelkie aspekty, które autor chciał nam nakreślić należałoby wpisać tu bowiem jeden wielki cytat, ująć w cudzysłów każdy akapit. Żadna z poruszanych kwestii nie pozostaje bez znaczenia dla zrozumienia w pełni istoty życia, jakie musiał za sobą zostawić autor, istoty przeżyć i wątpliwości jakie wraz z osiągniętym poziomem nim szarpały. Czasem wydaje się aż niewiarygodne, że w opisywanych sytuacjach mógł nastąpić jakikolwiek pozytywny zwrot, że chłopiec żyjący w tak, nie tyle trudnych, co skomplikowanych warunkach mógł w marines nabrać pewności siebie, dyscypliny i wiary we własne możliwości, by ostatecznie ukończyć prawo na jednej z bardziej renomowanych amerykańskich uczelni. 

Pisząc zarówno o początku jak i końcu książki nie zdradza się zakończeń, zwrotów akcji, winnych. Bo to nie tego typu pozycja. Tutaj cała dotychczasowa droga autora-bohatera od początku jest jasna i nazwana. Natomiast wszystko to co po drodze, wszystko to co w międzyczasie, co należało pokonać, stanowi o niezwykłym znaczeniu tej opowieści. Opowieści napisanej prosto ale z odniesieniem do wielu naukowych źródeł, napisanej bez ogródek ale z wyczuwalnymi pokładami miłości i rozgoryczenia, opowieści, którą warto poznać by zmienić nieco pogląd na bardzo pobieżnie nam przedstawiany obraz Stanów Zjednoczonych i ich społeczeństwa. Dopiero tak podana prawda może nam pomóc zastanowić się nad wielkością jednostki zamiast uznawać, że z pewnością miała ona dobra darowane wraz z urodzeniem się w danej lokalizacji geopolitycznej. Bo w tej książce nie chodzi o amerykański sen, chodzi w niej raczej o to, że czasem ograniczone możliwości wynikają tylko z naszych własnych ograniczeń. I co gorsza, ograniczeń na które przyzwalamy. A to z kolei skutkuje brakiem wiary, niezgodą i uległością wobec tych, którzy wiele obiecują. Nawet gdy obiecują niemożliwe, o czym przychodzi nam się przekonać szybciej, niż byśmy sobie tego życzyli. Czyż ta amerykańska autobiograficzna opowieść nie powinna stanowić pola do rozważań dla innych osób, grup społecznych, narodów? Także dla naszego? Ale to już subiektywne odczucie na bardzo subiektywnym blogu recenzenckim. Polecam ku przemyśleniom.


Wydawnictwo: Marginesy, 2018
Tytuł oryginału: Hillbilly Elegy
Tłumaczenie: Tomasz S. Gałązka
Liczba stron: 318

piątek, 6 lipca 2018

O tym, kto się boi ostatni.

"Mayday" Grzegorz Brudnik  9/10


Świat lubi bohaterów, zaś uwielbia tych z nich, którzy za pomocą broni, intelektu i nawiązywanych przez lata znajomości, ratują świat przed złymi ludźmi. A gdybyśmy otrzymali w prezencie Polaka, który owe warunki i oczekiwania spełnia w dwójnasób? Grzegorz Brudnik zdaje się z uśmiechem i lekkością mówić "voilá", przedstawiając nam Aleksandra Galla, przewodnią postać swojej debiutanckiej  powieści "Mayday".
Jest to opowieść o katastrofach, spisku, władzy, znajomościach. O tym jak mały jest nasz świat, gdy przychodzi rozwikłać zagadkę, w której motywem napędowym jest władza, bogactwo, poczucie bezkarności. O tym jak budzić w ludziach strach. Bo to on jest najkrótszą drogą do spełniania najbardziej krwawych z zachcianek; on daje nam władzę, wodzi nas odpowiednimi ścieżkami, każe nam postępować zupełnie niezgodnie z zasadami. To opowieść o strachu i o tym, kto się boi ostatni. 
"W interesie elit leży, by zwykli ludzie się bali. Świat arabski płacił mi, bym straszył Amerykanów. A Amerykanie... Też żebym straszył Amerykanów. Rozumiesz?" (str.432)

Wyobraźmy sobie poukładane na półeczce fakty. Niedaleko brzegów Japonii ulegają kolizji dwa bliźniacze, największe samoloty świata. Wina, jak zwykle w takich przypadkach, spada początkowo na kontrolera lotów, później waha się pomiędzy tuzami terrorystycznego światka, okraszona przyznaniem się do winy największej jego postaci - Sługi. Mamy tragedię, mamy winnego... może dwóch.... Nic bardziej mylnego. Fakt kolejny: lubiący biurokrację, porządek i podpisy kończące sprawę urzędnicy zawsze wysyłają na miejsce katastrofy zespoły śledcze. Takowoż czyni amerykańska Narodowa Rada Bezpieczeństwa Transportu, pragnąca na swój własny sposób opisać i udokumentować śmierć, którą w owej katastrofie poniosło wielu obywateli USA. Współpraca japońsko-amerykańska nie jest tu zatem niczym dziwnym czy niepożądanym. Nic bardziej mylnego. Zięć właściciela wspomnianych, teoretycznie niezawodnych i niezniszczalnych maszyn, polski inżynier mechanik, opłakujący w tym czasie stratę żony i córki (w nota bene tego samego typu katastrofie), może okazać się specjalistą służącym radą napotykającym na przedziwne przeszkody Amerykanom. Taka międzynarodowa kooperacja specjalistów, podobnie jak żałoba bohatera to sytuacje jasne i oczywiste. I tutaj także należy powtórzyć: nic bardziej mylnego. 

W "Mayday" mamy tak wiele warstw, że czyta się ją z wrażeniem obierania wyjątkowo dorodnej cebuli. Każda nowa warstwa kryje pod sobą kolejną, każda prawda okazuje się kłamstwem, a co ciekawe, bywa, że owo kłamstwo jest również kłamstwem. Niesamowite pokłady inwencji, pomysłowości, prowadzą nas od, wydawać by się mogło, wytłumaczalnych katastrof i wypadków aż po wyjaśnienia, od których włos jeży się na głowie, lub przy których, z zaskoczenia i niewiary nie możemy doczekać się odwrócenia kolejnej kartki by upewnić się, że autor naprawdę chce znów uraczyć nas zwrotem akcji, niemożliwą do przewidzenia zmianą, kolejną odsłoną nowych twarzy wydawałoby się znanych nam już postaci. 

Grzegorz Brudnik zapewnia nam liczną galerię bohaterów. Na miejsce tych, którzy muszą zginąć, zniknąć ze świata nierozwiązanej tajemnicy, pojawiają się natychmiast nowi - jeszcze bardziej ciekawi, fascynujący, jeszcze mocniej wpływający na gwałtowne zmiany akcji, które nadają powieści niesamowitego tempa i różnorodności. Aleksander Gall został bowiem wyposażony przez autora w liczne grono znajomych i ogrom koneksji na całym świecie, korzysta z pomocy specjalistów o nieprzebranej wiedzy. Każde miejsce obdarowuje go szacunkiem, poważaniem i gotowością wsparcia. 
Osoby zaangażowane w spisek bądź w jego rozwiązanie nie są postaciami tuzinkowymi. Mamy tutaj cały wachlarz postaci począwszy od kongresmena i agentów CIA, poprzez jednego z najsprawniejszych włamywaczy i więziennych uciekinierów świata, świetnego hakera będącego jednocześnie niezwykle uzdolnionym fałszerzem; kobietę, której urodę może przyćmić jedynie zamiłowanie do wyścigów samochodowych. To jedynie wierzchołek góry, w którą ułożyć można bohaterów zdobiących każdą ze scen obrazujących kolejne perypetie Aleksa.  

Samego Aleksandra autor również uzbroił w cechy odpychające postronne osoby ale zgodne z wyobrażeniami czytelników o osobie nieprzeciętnej, poszarpanej wiatrem uprzedniego życia, gotowym na znacznie więcej niż przeciętny człowiek, ba, nawet szpieg czy żołnierz. Jak wiele trzeba przeżyć, jak wiele trzeba zobaczyć i stracić aby pozbyć się emocji albo przynajmniej umieć tak je ukrywać, tak nad nimi panować, że ręka nie zadrży nawet wtedy, gdy traci się coś najcenniejszego, kiedy trzeba zabić człowieka, kiedy dostrzega się zdradę w oczach osoby, której kiedyś mocno się zaufało. Trzeba przeżyć na przykład śmierć żony i dziecka. Tak jest w przypadku Aleksandra Galla.
"Ten człowiek nie miał układu nerwowego. A jeśli miał, to korzystał z niego nader rzadko." (str.190). 
Czy wspomniana tragedia to powód, dla którego Aleks będzie chciał wspomagać amerykański zespół śledczy, czy może kierują nim inne motywy? Czy będzie działał wedle planu czy intuicyjnie podąży za zmieniającymi się okolicznościami? I czy wreszcie drgnie mu powieka? Czy okaże ludzkie uczucia? Słabość? Ból? I czy to wszystko tym razem będzie prawdą?  

Fascynująca jest dla mnie ilość szczegółów zawartych w książce. Szczegółów głównie z bliskiej autorowi kategorii katastrof i pracy nad rozwikłaniem ich powodów, ale i z wielu innych dziedzin, zaskakujących różnorodnością i rozległością. Praca nad zdobyciem informacji zawartych w powieści wymagała ogromnej, mrówczej szczegółowości, dociekliwości. Najdokładniej zgłębiamy dzięki autorowi detale techniczne, szczegóły budowy i działania maszyn, urządzeń, sprzętu technicznego, komputerów itp. Lecz bez obaw, nawet dla technicznego laika, podobnego do mnie, owe opisy nie stanowią przeszkody w czerpaniu przyjemności ze śledzenia akcji przetykanej tego typu fragmentami. Są one bowiem w bystry sposób zmieszane z odczuciami, reakcjami, przemyśleniami osób, które z owymi cudami techniki się stykają. A emocje owe przekazywane są w sposób lekki, dowcipny, czasem wzbudzającymi śmiech swojską przaśnością języka. Nie tylko technicznie poszerzymy wiedzę i słownik dzięki Panu Brudnikowi. Niejednokrotnie zaskoczy nas wtrętami, które spowodują, że dowiemy się czegoś i o huraganach i o wysepkach, na których zieleń jest zieleńsza niż gdziekolwiek na świecie i o tym, że polski architekt podarował miastu Nagasaki piękny pomnik "Kwiat życia i pokoju" (dla mnie to nowa, godna zapamiętania informacja). 

Stałam się ostatnio ogromną fanka polskiej literatury, którą coraz śmielej określa się mianem "filmowej". Nazwa ta wynika ze sposobu prowadzenia narracji, z obrazowości języka, z przejrzystości akcji, pozwalającej bez trudu wyobrazić sobie osoby i sceny, z którymi z równą łatwością szybko udaje nam się stopić intelektualnie i emocjonalnie. Wynika ona i z tego, że prawdopodobnie scenariusz na nich oparty byłby podstawą do nakręcenia hitu ekranowego. Na obwolucie debiutu Grzegorza Brudnika także odnajdziemy zdanie sugerujące, że "ta książka jest jak film". I, o ile narzucanie odczuć zwykle budzi mój sprzeciw, o tyle to zdanie jest w przypadku "Mayday" idealnie trafionym komentarzem. Nie jest to pierwsza powieść tego typu, jaką zdarzyło mi się czytać i jeśli przyjdzie mi stykać się z kolejnymi napisanymi na tym poziomie, takim językiem, z takim niesamowitym ładunkiem energii i emocji, to na pewno ów typ stanie się tym, po który będę sięgała w pierwszej kolejności. Ach co za przygoda, wyzwanie dla intelektu i karuzela emocji! 
Wydawnictwo: Filia, 2018
Liczba stron: 578

Książkę przeczytałam dzięki polowaniu na vortalu Czytampierwszy.pl  oraz wydawnictwu Filia, oferującemu tam swoje pozycje. 

poniedziałek, 2 lipca 2018

O poszukiwaniach w czasie.

  "Toń" Marta Kisiel  6/10  

 

Nigdy nie wiesz komu otwierasz drzwi, nigdy nie wiesz co wyniknie z tego, że wpuściłeś do domu tę właśnie osobę. Może więc rodzice mają rację ucząc dzieci by nie wpuszczały obcych? Podobnie jak Ciotka Klara w sposób drastyczny i stanowczy uczyła pozostawione jej opiece bratanice? Kategoryczny nakaz, którego dziewczynki nie rozumiały ale przestrzegały. 
I w dorosłym już życiu złamały. Jeden raz. 
I tak rozpętały opowieść o tytule "Toń". 
"Po pierwsze, nigdy nie wpuszczać nikogo za próg. 
Po drugie, nigdy nie zostawiać pustego mieszkania. 
Po trzecie, nigdy nie wspominać, co się stało z rodzicami." (str.17)

Marta Kisiel tworzy raczej dla czytelników młodszych ode mnie lecz tym razem pozwoliła sobie na powieść, która śmiało może być czytana bez nudy, niesmaku czy poczucia niedojrzałości zarówno przez młodych, jak i dojrzałych wiekiem. Początkowo odnosiłam wrażeniem, że książka nie jest skierowana do mnie. Nieszczególnie porywała mnie opowieść o dwóch bardzo różnych od siebie siostrach, trzpiotce Dżusi i dojrzałej, stonowanej Eleonorze, które po kilku latach dobrowolnej rozłąki spotykają się znów, teoretycznie by poradzić sobie z nieobecnością ciotki, zaś w praktyce by odszukać pamiątki po rodzicach a może i samych rodziców. Szesnaście lat temu zaginęli oni bowiem bez wieści i od tej chwili, starsza od Eleonory ledwie o sześć lat ciotka, musiała przejąć opiekę nad dziewczynkami. Robiła to w jedyny sposób jaki umiała - kategorycznymi zakazami, nadmiernie srogimi poleceniami, bez miłości, której sama będąc jeszcze nastolatką nie dostawała i okazać nie umiała. Teraz, gdy siostry spotykają się po kilku latach, znowu przepełnione niechęcią wobec siebie i ciotki, odkrywają, że ta znienawidzona nieczułość ciotki wynikała z chęci obrony ich przed siłami, które pojawiają się w życiu dziewczyn niczym grom z jasnego... czasu.

Tego typu obyczajowe powieści nie są moim ulubionym gatunkiem nawet wtedy, gdy latem skłaniamy się ku lżejszej literaturze. Po jednej trzeciej książki byłam lekko zniechęcona. Nie miałam ochoty czytać o rozterkach młodości, zaszłościach rodzinnych i zjawiających się w życiu panien Stern antykwariuszach, zegarmistrzach i sąsiadach wielu pokoleń. Było to dla mnie zbyt proste, niewymagające, pozbawione emocji, które wzruszyłyby dojrzałą duszę (no cóż, czas leci...). Ale cóż się okazuje. Marta Kisiel nie byłaby sobą, gdyby nie wkleiła w "Toń" swojego ulubionego języka wydarzeń fantastycznych, niewyjaśnionych, zagadkowych. I tymże językiem nie opisała podróży w czasie, a właściwie nie tyle podróży co zapadania się w przeszłość, poddania się czasowi i tonięcia w nim. Do owego tonięcia w przeszłości nie są predysponowani wszyscy ludzie, bohaterowie powieści, członkowie rodzin. Ów dar albo raczej umiejętność, mają osoby, o których tutaj mówi się "psychopompy" (rodzaj męski: jeden psychopomp). 
Antykwariusz Ramzes (czyż nie jest to niepokojące imię?) okazuje się być bardziej z innego niż tego świata, zegarmistrz zaś jak najbardziej człowiekiem, lecz obarczonym powiązaniami rodzinnymi, które czynią niemożliwym osiągnięcie szczęścia z tą a nie inną wybranką. Ciotka nie jest po prostu ciotką, sama Eleonora uświadamia sobie istnienie innej strony jej własnej duszy, sąsiadka trzyma w dłoniach sekret, który pozwoli rozwiązać rodzinne tajemnice, dzielący się wiadomościami wiekowy listonosz pada zaś ofiarą zazdrosnego o poszerzenie kręgu wtajemniczonych pewnego mrukliwego Juniora. A zatem dzieje się wszystko to, czego nie spodziewałam się po pierwszych kilkunastu rozdziałach. I dzięki temu książka zaczyna nas nieść i cieszyć innością, subtelnym poczuciem niesamowitości. 

Książka jest lekka, lektura jest przyjemnością a fragmenty, w których dostajemy opisy współczesnego, a przede wszystkim starego - około wojennego Wrocławia, są niezwykle ciekawe, opowiedziane ze swadą lecz jednocześnie przytaczające wiele interesujących faktów historycznych. Poruszamy się po Wrocławiu w śnieżycy, na rowerze, podziwiając go i uciekając przed bombami i pożarami. To czyni podróż po tym mieście w różnych warstwach czasowych prawdziwie fascynującą. 
" (...) Za to w takim miejscu jak Wrocław! - ach! Wojny, oblężenia, powodzie, plagi, pożogi!... Nie zliczysz nawet ile tych warstw się uzbiera! Kiedy psychopomp się w nich zanurza, przeszłość, jak woda, z początku może mu się wydawać przejrzysta. Lecz im głębiej schodzi, im dłużej tam krąży, tym bardziej ją wzburza. Coraz więcej gęstego, grząskiego mułu wzbija się z dna i przeszłość zaczyna się mieszać. Rzeczywistość mętnieje. Wypływają fantasmagorie. Znikają żywi ludzie, a ich miejsce zajmują upiory. Koszmary. Dlatego najpierw brodzisz w czasie. Potem brniesz. Wreszcie tracisz orientacje i grzęźniesz. 
- I toniesz?
-Tak. Bezpowrotnie" (str. 185-186)
Kiedy już wiemy czego i kogo szukamy, w jaki sposób bohaterki mają się w owym poszukiwaniu poruszać, kiedy już niezbyt urokliwa prawda rodzinna wychodzi na jaw a inni ludzie okazują się być kim innym niż się zdawało, wszystko zaczyna zmierzać ku wytłumaczeniu, rozwiązaniu. Przygoda, czasami przetykana bólem, trudnymi decyzjami, nawet tragedią, niezgodą na prawdę, zaczyna prowadzić nas ku ostatnim rozdziałom, które, jako że czytamy powieść obyczajową, zaprowadzą nas do wygranej "tych dobrych". Lecz czy koniecznie do happy endu, to już zupełnie inna sprawa. 
Język Marty Kisiel jest leki, przyjemny lecz nieprzesadnie prosty. Wątki, także te miłosne, nie są podawane naiwnie. Może nie ma tu zaskoczeń i gwałtownych zawirowań, ale niewątpliwie nasza ciekawość jest nieustannie podsycana, momentami nawet pojawia się niecierpliwość, która każe nam w pośpiechu zmierzać do kolejnych stron w poszukiwaniu rozwiązania napiętej sytuacji. 
Dobra książka na lato.

Wydawnictwo: Uroboros GW Foksal, 2018
Liczba stron: 316