Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

czwartek, 10 stycznia 2019

O wielkich sercach.

"Psierociniec. Niepiesek. Tom 3" Agata Widzowska  9/10


Pod koniec ubiegłego roku, wydawnictwo Wilga sprezentowało najmłodszym czytelnikom trzeci tom opowieści o "Psierocińcu". Jest to urocza opowieść o psie... kocie..., w każdym razie o "Niepiesku".

Każda ze zwierzęcych opowieści tej serii uczy młodych czytelników dobra, życzliwości i prowadzi przez świat nowych zjawisk.
Tym razem autorka tekstu, Agata Widzowska, kładzie nacisk na poszukiwanie tożsamości. Piesek, wychowany w kociej rodzinie, odkrywa przypadkiem prawdę o swoim pochodzeniu. Na dalszych stronach książki będzie chciał za wszelką cenę udowodnić, że zasługuje na miano prawdziwego psa. 
"Byłem gotów poddać się operacji i przyjąć serię bolesnych zastrzyków, byleby tylko poczuć się kimś, kimkolwiek." (str.23)
Czy zdoła tego dokonać? Czy będzie szczęśliwy w psiej rodzinie? A może w ogóle tej rodziny nie pozna lub nie zaakceptuje? 
"To bardzo ważne czuć, że ma się coś wspólnego z innymi i nie jest się samotnym ziarnkiem piasku na pustyni albo stokrotką pośród róż." (str.15)

Pod lekką formułą i pięknymi ilustracjami Marty Krzywickiej, rysowanymi prostą, przyjazną dzieciom kreską, autorka przemyca złote myśli i rady. Piętnuje wyśmiewanie się z innych, ocenianie po pozorach, chwaląc odwagę, tolerancję i zarzucenie niesnasek w chwilach, gdy konieczne jest wspólne działanie. Pochwala adopcję, gani zbędne rozrywki, takie jak myślistwo... tematyka przelewa się różnorodnością przez strony tej uroczej, świetnie napisanej książki.
"Pochodzisz z psiego rodu, ale wychowałeś się z kotami, dlatego czujesz się kotem i zachowujesz si ę jak kot. Kochamy Cię z całego serca, więc jesteś jednym z nas." (str.9)
Ponad rasami i gatunkami treść książki rysuje obraz dobrych serc, zmian poglądów na takie, które w pełni odzwierciedlają prawdę, zamykają zaś za sobą drzwi do stereotypów. Taka... bardzo polska ta piękna opowieść ze świata zwierząt. Bardzo skupiona na przywarach, które dla mnie stanowią esencję polskich wad narodowych. Może to przypadek? A może tak naprawdę to człowiek z natury takie właśnie cechy, i pozytywne i negatywne w sobie nosi?
"Jestem psem, mam kocia mamę, kociego tatę, ale najważniejsze jest to, że należę do jednej wielkiej rodziny zwierząt. Ludzie na całym świecie też są jedna rodzina, ale często o tym zapominają." (str.52)

Mądra, idealnie operująca językiem odpowiednim dla dziecka, pełna wierszyków, przy których logopeda uśmiecha się od ucha do ucha, kolorowana prosto i z wyobraźnią, urocza.
"Dzik zakupił dwa budziki, 
które dźwięk wydaja dziki.
W leśnej dziczy dzik się budzi:
- Cóż za dziki dźwięk ma budzik!
Lecz lwia część dzikiego zwierza
dźwięków słuchać nie zamierza
i w szał zaraz wpada dziki:
- Precz budziki! Precz budziki!" (str.17) - 
(nie mogłam sobie odmówić, przecież to o mnie ; )

Jeśli chcecie zrobić prezent zapalonemu młodziutkiemu czytelnikowi (sam wydawca określa książkę jako odpowiednią dla 6-12 lat), nie wahajcie się. Polecam z ciepłym uśmiechem.


Wydawnictwo: Wilga, GW Foksal, 2018
Seria: Psierociniec. Tom 3.
Ilustracje: Marta Krzywicka
Ilość stron: 56

dziękuję wydawnictwu Wilga za egzemplarz recenzencki


niedziela, 6 stycznia 2019

O "Mrocznych wiekach" i jasnym rycerzu.

"Gdzie jest prezydent" Bill Clinton, James Patterson  6/10


Recenzja przedpremierowa
Premiera książki: 30 stycznia 2019

Współczesny świat z ironicznym uśmieszkiem przygląda się pielęgnowanej przez ludzi miłości własnej. Samouwielbieniu, prowadzącemu do negowania ideałów, odrzucenia wiary w wiedzę i wartość nauki, pomniejszeniu znaczenia wybitnych jednostek. A człowiek potrzebuje autorytetów. Bez nich, z rykiem na ustach, sami zaczynamy ustalać własne pojęcia patriotyzmu, sami decydujemy, co jest naszym obowiązkiem a co należną swobodą. Bez wzorców nie wierzymy w bohaterów. Łatwiej uczynić nam bohatera z siebie samego, niż z człowieka, który pochwalić się może odpowiednimi predyspozycjami. Autorytet, podany w wersji "superhero", prezentuje nam, nie po raz pierwszy, niewątpliwy ekspert od tego typu zadań - James Patterson.

Jakiś czas temu otrzymałam do rąk dyplom wydziału amerykanistyki, zatem tytuły takie jak "Gdzie jest prezydent" interesują mnie w szczególny sposób. Także dlatego, że współautorem książki, napisanej przez giganta ilościowego fikcji politycznej, jest były prezydent Stanów Zjednoczonych - Bill Clinton, mniej znany z zasług dla kraju, bardziej z efektownego romansu ze stażystką oraz konieczności zmierzenia się z groźbą zrzucenia z urzędu, zwanego przez Amerykanów impeachmentem.

Tutaj nie ma przekłamania i przesady, patriotyzm w wydaniu amerykańskim jest właśnie taki, jak ten z powieści Pattersona. Nadęty, pompatyczny, nie znajdujący skazy w człowieku, którego naród namaścił na swojego lidera. Nie należy zatem ze zbytnią zaciętością piętnować propagandowej, miałkiej służalczości autora, pisze on bowiem tak a nie inaczej, ponieważ prawdopodobnie, jak miliony innych Amerykanów, szczerze w ten obraz miłości do kraju wierzy. Oni tak mają, tak mówią i myślą, tak okazują, i dla żadnego obywatela USA obraz prezydenta-zbawiciela świata nie będzie stanowił zaskoczenia. Gorzej z czytelnikiem polskim, u którego każda próba stworzenia ideału absolutnego, spotka się ze sprzeciwem. I myślę, że jedną z najistotniejszych kwestii decydujących o odbiorze i ocenie tej powieści będzie to, czy będziemy postrzegali opisaną postać jako "marvellowskiego superbohatera", czy też postawimy sobie bardzo realne i precyzyjne pytania o sens powielanych przez Pana Pattersona wzorców amerykańskiego ideału.

Temat nie jest odkrywczy. Niestety, chce się powiedzieć, że to wszystko już było. O wirusach komputerowych, o zagrożeniu techno terrorystycznym właśnie w takim, nieco innym od powszechnego wydaniu, o nieustannym zagrożeniu ze strony wielkich i mocarnych krajów.
"Jednym z największych paradoksów współczesności(...) jest to, że dzięki kolejnym postępom cywilizacyjnym ludzie są coraz bardziej potężni, lecz równocześnie coraz bardziej bezradni. Im większa potęgą, tym bardziej jest się wrażliwym i narażonym na ataki.(...) Nasze społeczeństwo stało się stało się całkowicie uzależnione od technologii." (str.292)
Linia dobrych i podejrzanych (złych): Stany Zjednoczone-Rosja-Chiny-Korea Północna, została już wielokrotnie opisana w formie dokumentalnej jak i fikcyjnej. Każdy z nas widział też choć jeden film o nieustannie panującym miedzy mocarstwami napięciu i o tym jednym bohaterze, który z ranami postrzałowymi, będącymi w stanie powalić byka, bądź umierając na śmiertelną chorobę, uratuje od nieszczęścia zagrożony kraj, nawet świat. Uratuje i będzie z tego czerpał chwałę, wciągając w ostatniej scenie na maszt flagę i odśpiewując z ręką na sercu znany w każdym zakątku świata hymn. Rzecz jasna treść, w każdej odsłonie zostaje nieco zmieniona, skorygowana, narysowana inną kreska i w nieco innych kolorach ale temu, że faktem pozostaje jego wtórność i nużąca przewidywalność, niestety zaprzeczyć nie można.

Byłabym niesprawiedliwa gdybym orzekła, że powieść "Gdzie jest prezydent" należy do nie wartej uwagi popularnej papki. Dostajemy tu bowiem mnóstwo wyjątkowo ciekawych informacji, które zwykle owiane są leciutką mgiełką tajemnicy, czy choćby niedopowiedzenia. To niewątpliwie zasługa współpracy z Billem Clintonem, który musiał posłużyć jako źródło informacji. To jego prezydencka przeszłość dostarcza nam tej rzadkiej wiedzy: począwszy od próbnych przesłuchań przed senacką komisją opisanych na początku książki, poprzez szczegółowe opisy naginania prawa, podejmowania decyzji i forsowania zmian niezbędnych do obrony lub ataku, aż po bardzo ludzki, ale też zdecydowanie precyzyjnie ukazany świat służb specjalnych, osób stanowiących "przyboczną" straż i doradców prezydenta, czy też po nazwanie miejsc, o których istnieniu mogą nie wiedzieć nawet zainteresowani polityką obywatele USA. 
"Nigdy dość nie podkreśla się ogromnych zasług agentów Secret Service, którzy codziennie narażają - lub tracą - własne życie, by mnie chronić. Robią to, czego normalnie nie zrobiłby nikt zdrowy na umyśle: nie uciekają przed kulami, tylko wręcz wchodzą w ich tor. (...) w dziewięćdziesięciu dziewięciu przypadkach na sto wykonują swoją pracę wzorowo i nigdy się ich za to nie chwali". (str.202)

Akcja powieści Pattersona nie pozwala też na permanentna nudę. Nie wiadomo kim są terroryści, nie wiadomo jak daleko się posuną, i czy w ogóle są terrorystami. Rozdział po rozdziale zastanawiamy się, czy bohaterowie podołają zagrożeniu "Wiekami ciemnymi", czy niezwykle inteligentne kobiety z otoczenia prezydenta pokonają upór i "buraczaną" prostotę polityków gotowych ściąć wiele głów dla kolejnej kadencji w parlamencie. Wreszcie, czy walczący z własnym organizmem prezydent będzie w stanie dodatkowo pokonać także złych, zagrażających jego ukochanemu krajowi ludzi? 
"To walka, którą toczymy od początku świata. 'My' kontra 'oni'. W każdym miejscu i czasie jednostki, rodziny, klany i całe narody zmagały się zn problemem 'inni'."(str.137)

Niewątpliwym plusem jest znakomite zbalansowanie tego thrillera politycznego, w którym polityki nie traktuje się ani po macoszemu, czyniąc z niej jedynie mało istotne, relacjonowane tło, ani też nie czyni z niej ciężaru leksykalnego, nie pozwalającego czytelnikowi przebrnąć przez dialogi skupione na funkcjonowaniu państwa w momencie, gdy rozchwiana polityka wewnętrzna niebezpiecznie splata się w czasie z zewnętrznym zagrożeniem.

Nie można powieści Pattersona zarzucić braku rytmu, ciekawej akcji, szybkości równej miarowemu truchtowi. Nie można językowi odmówić plastyczności, świetnego słownictwa i znakomicie łączących się w całość sprawnie prowadzonych dialogów i nie nużących opisów. Niestety, nie da się też w trakcie lektury pozbyć wrażenia wtórności, zniechęcenia nagromadzeniem czołobitności w stosunku do ludzi z samej góry władzy, poczucia propagandowości fragmentów, w których służba ojczyźnie wynoszona jest do poziomu boskiego namaszczenia.

Warto przeczytać "Gdzie jest prezydent" dla ciekawych informacji, zapoznania się ze światem bocznych uliczek polityki, także dla momentów, w których empatia każe nam współczuć ale i mocno wspierać bohaterów, walczących zarówno z zagrożeniem, jak i własnymi słabościami oraz przepełnionych chęcią rozwinięcia nad ukochanym narodem parasola ochronnego.
Ale czy tę powieść czytać trzeba? Czy ktoś, podobnie jak ja, nie zacznie po 200-300 stronach sarkać na hymny pochwalne oraz przegadanie wątków, które powinny nas nieść akcją a nie domniemaniem jej nastąpienia? Tego nie wiem.
Dla mnie jest to rzemiosło. Solidnie wykonana usługa na dobrym poziomie, zawsze gwarantowanym nazwiskiem Patterson.


Wydawnictwo: Znak, 2019
Tytuł oryginały: The President Is Missing
Tłumaczenie: Karolina Rybicka
Liczba stron: 539

Dziękuję wydawnictwu Znak za przedpremierowy egzemplarz recenzencki.

czwartek, 3 stycznia 2019

O kłębowisku podejrzeń.

"Żmijowisko" Wojciech Chmielarz  8/10


Ból potrafi bawić się człowiekiem jak marionetką. Potrafi zmienić jego czyny w niepojęte zachowania. Potrafi wdeptać go w ziemię i pozbawić tchu. Potrafi nałożyć mu maskę obojętności, a wnętrze rozpalić do czerwoności. Ból do zdradzie, kłamstwie, oszustwie. Ból po wykpieniu. Ból po własnych czynach godnych srogiej pokuty. Ból bo niekochaniu i byciu niekochanym. Po przedwczesnych decyzjach. Ból po poczuciu zmarnowania życia i uczuć. Wreszcie ból po stracie dziecka... i ból po własnym bólu... "Żmijowisko" daje nam wszystkie jego odmiany zamknięte w jednym sercu, jednej osobie. A na deser, dokłada wszystkie możliwe boleści ludzkie, nie ujęte w tej jednej postaci głównego bohatera w osobach mu towarzyszących, tworzących tło, zmieniających postrzeganie. Tak jak nazwa maleńkiego siedliska, jak nazwa miejsca gdzie kotłują się niczym żmije niedobre emocje, tak "Żmijowisko" stanowi kłębowisko stereotypów, nietolerancji, prostactwa w osądzaniu. Ot, agroturystyka okiem Wojciecha Chmielarza.

Ojciec, który traci dziecko może pracować nad zapomnieniem. Może uznać, ze jego rola jest skończona, gdy ostatnie podpisy składają policjanci, świadkowie i prokuratorzy. Gdy padają słowa, że na odnalezienie córki żywej, szanse są już bardzo nikłe. Może też nie ustawać w poszukiwaniach, lub choćby pielęgnowaniu dawno przygasłą nadzieję. A najczęściej będzie tracił zmysły, kilogramy, i drobina po drobinie, poprzednie życie. W ramach poszukiwań, w ramach fizycznej zapłaty za ludzkie chęci i życzliwość, w ramach niezgody na pustkę. A może jeszcze w ramach wielkiej tajemnicy, w ramach niepojętych, głęboko ukrytych niedopowiedzeń?
"Nagle, zupełnie nieoczekiwanie dla samego siebie, zaczął wrzeszczeć. Wrzeszczeć z całych sił. Najgłośniej, jak potrafił. Tyle, ile miał powietrza w płucach. I wrzeszczał. Wrzeszczał tak długo, aż jego struny gardłowo odmówiły posłuszeństwa i wrzask zmienił się w ciche, pełne żałości i smutku rzężenie." (str.323)
Matka, która traci dziecko chce wiedzieć. Chce ująć jego głowę w ręce i jeszcze raz usłyszeć jego oddech. Albo nie usłyszeć. Ale przynajmniej zamknąć mu oczy, pochować. Powiedzieć swej córce: dobranoc. Matka traci zmysły, nie widzi innych dzieci, mężowi wierzy a potem już nie... bo i on kłamie, z bólu lub niespełnienia. Ze zmartwienia lub braku sił. 

Gdy do maleńkiego Żmijowiska, w rok od zaginięcia córki wraca Arek, łączymy się z nim w cierpieniu i kibicujemy mu całym sercem w poszukiwaniach, ale i w pokonywaniu niechęci innych letników. Ta niechęć to pokłosie wypadków, które wydarzyły się w rodzinie Arka w ciągu minionego roku. Podobnie jak jego znajoma z poprzedniego pobytu - egzotyczna modelka i dziennikarka Adaome, zaczynamy wspierać go w dążeniu do odkrycia tajemnic, które pominięto, odszukujemy detale, które zbyto milczeniem lub przegapiono, ruszamy w leśny świat, zanurzamy się w błotniste dni jeziora. 
"Gdyby był kobietą, podeszłaby do niego i uściskała. Ale nie był, a ona nie miała pojęcia, jak zareagować, jakim gestem go pocieszyć, jakie słowa wypowiedzieć. Żeńską żałobę zawsze przeżywa się wspólnie, całą rodziną - z siostrami, córkami, ciotkami. Kobiety wiedzą, że w takich chwilach trzeba być razem, że czas może leczy rany, jednak tylko wspólna troska pozwala się im ostatecznie zabliźnić. Męską żałobę kwituje się suchymi kondolencjami i krótkim uściskiem dłoni. Później pozostaje samotność."

Wojciech Chmielarz proponuje nam podróż przez domysły i zaskakujące rozwiązania aż trzema torami. Prócz typowych Wtedy i Teraz, dopuszcza nas do rozmów, wydarzeń, tajemnic i walk, które rozegrały się Pomiędzy, które ukształtowały moment, od którego autor zaczyna snucie opowieści. 
Znajduje też sposób na wpuszczenie nas bocznymi drzwiami, w sposób nienachalny, nie pozbawiający prozy płynności i wartkości, w życie innych bohaterów. Jest czas by zrozumieć postępowanie rozczarowanej Michaliny, by przyjrzeć się powodom uporu starego Szuwara, są momenty bo pochylić się nad dobrem Gospodyni i dać się zaskoczyć skrywaną agresja Gospodarza. 
Jest wreszcie czas na nastolatków, na ich krnąbrność, histerię, pomysły przekraczające nasze wyobrażenie, łatwowierność. Czas na uleganie podszeptom zepsutej dziewczyny, by wyjść poza stereotyp 'wieśniaka', czas na spełnianie zachcianek, ale i na koszmarnie typowe dla nastoletniej naiwności przyznawanie się do czynów niepopełnionych. 
"Czy tak naprawdę na tym ma polegać dorosłe życie? Na ciągłym poprawianiu wszystkiego i nieustających rozczarowaniach..."

Autor posiadł niezwykły dar kręcenia literackich piruetów w sposób nie pozwalający na zastanowienie, na nadążanie za własnymi podejrzeniami. Zanim zdążymy się upewnić, kto jest winny, zanim sami sobie przytakniemy, autor już znajduje dla niego alibi albo... co jest dla mnie zabiegiem fenomenalnym, każe nam wątpić we własne, wysnute wcześniej osądy. Językiem codziennego życia, slangiem młodzieżowym, pijackimi okrzykami i babskimi pogaduszkami, autor nie pozwala ani na chwilę wyjść poza ramy kreowanej przez niego rzeczywistości. Przerzucając nas ponad trzema czasoprzestrzeniami, zmusza nas do nieustannej uwagi, czytania inteligentnego i skupionego na detalach. Niezwykle sprawne jest pisarstwo  Wojciecha Chmielarza, niezwykle równe, znakomite językowo i przykuwające uwagę w stopniu niemal drażniącym momentami, gdy trzeba książkę na chwilę odłożyć. 
Rewelacyjna, pełna zwrotów akcji ale też wielkiej elegancji proza. Co w przypadku Pana Chmielarza, który już jakiś czas temu wyniósł kryminał ponad pewien utarty, zwarty stereotyp, przestaje powoli dziwić. Pozostaje czekać na kolejną rewelacyjną powieść. Tymczasem szczerze polecam "Żmijowisko". 

Wydawnictwo: Marginesy, 2018
Liczba stron: 480 (ebook w formacie EPUB: 371)

środa, 26 grudnia 2018

O zgubionym nieodnalezionym.

"Dokąd odchodzą parasolki" Afonso Cruz  10/10


Mam za sobą setki, tysiące przeczytanych książek.
Jest środek nocy, zamknęłam książkę, skończyłam.
...
Nigdy w życiu, NIGDY, żadne zakończenie tak mną nie wstrząsnęło, nie złamało mi tak serca. Nigdy...

Podróżujesz południowymi morzami, zawijasz do portów Orientu, uczysz się ich brzmień, zapachów, kultury ludzi, którzy stanowią o ich niespotykanym kolorycie. Każdy port - muzułmański, hinduski, chrześcijański budzi w Tobie zadziwienie. Zadziwienie ludźmi. Bo u Afonsa Cruza każdy człowiek niesie mądrość. Wydaje Ci się, że musi to być tylko jego mądrość, typowa dla danej religii czy kultury, ale tak nie jest. Słowa, które czytasz wypowiadane w dyskusjach, subtelnych i tych pełnych lamentu arabskich sprzeczkach, rozmowach z uczącymi się świata dziećmi, splatają się w gruby, starannie wygładzony warkocz. A wgłębiając się coraz bardziej w świat powieści "Dokąd odchodzą parasolki", coraz bardziej nabierasz przekonania, że tylko ten posplatany z przekonań, przepiękny w swej różnorodności ale i podobieństwie warstw warkocz, stanowi prawdę uniwersalna, niepodważalną, zamkniętą w prawdziwie czującym ludzkim sercu.

Świat stworzony przez Afonso Cruza to świat pokory głównego bohatera - Fazala Elahiego, który rzadko podnosi oczy, stale skupiając wzrok na skromnie stawianych krokach, zaś umysł na rządzących jego myślami cytatach z islamskich uczonych i proroków. 
Jego wypowiedzi ubarwiają niezwykle mądre, trącające najczulsze struny, "Urywki perskie", które autor, w uporządkowany sposób zamieścił w apendyksie. Bez względu na naszą wiarę lub jej brak, stanowią one zbiór niezwykle trafnych spostrzeżeń, które stać się mogą przewodnikiem dobrego, płynącego z mądrego postrzegania świata, postępowania.

Fazal otoczony jest lub będzie w trakcie rozwoju opowieści ludźmi, którzy nie należą do zwyczajnych. Jego kuzyn - przemawiający dłońmi migającymi wiersze, nie prozę, to derwisz, mędrzec, ostoja spokoju, wspomożenie w chwilach wątpliwości i dramatów. 
"To bardzo ładne, że jego ręce są zdaniami, a jego ciało akapitami. Szkoda, że pan go nie rozumie, jego falujących rąk, bo z jego palców wychodzą piękne zdania. Mówi takie słowa, że można by je wieszać na ścianach, mówi takie słowa, że można by je sobie powiesić w salonie." (str.546)
Rozkrzyczana siostra, próżna i niepokorna, ma w sobie także niezwykłe pokłady miłości, okazać ją umie jednak tylko w chwilach, gdy owo ciepło wymyka jej się z rąk. Żona... Bibi jest z innego świata. Podróże zmieniły ją w kobietę uważającą się za pełna swobód, europejską, wolna od zakazów. Płynie ulicami, snując za sobą zapach zachodu, fale kruczoczarnych włosów i perlisty śmiech, mało przystający do świata islamu. 
"Bibi zdejmowała z męża niewidzialność, sprawiała, że Elahi się pojawiał, przestawiał wtapiać się w ściany." (str.77)
I to właśnie jej zniknięcie bez słowa, pozostawienie męża z małym synkiem bez wyjaśnienia, bez spojrzenia wstecz, rozpocznie faktyczną opowieść Afonsa Cruza.

Przez tę piękną książkę przewijała się będzie opowieść rodzinna, nauka jak panować nad przeciwnościami losu, wielka prawda słyszana z ust duchownych każdej z napotkanych religii, wreszcie, będzie się przewijała miłość i ogromne cierpienie. Ból nie do wyobrażenia dla samego autora, skoro umieszcza go na negatywie - na czarnych stronach złamanych bielą liter. Równie niewyobrażalna jest moc niektórych słów, powtórzeń, reakcji, którą autor podkreśla odgrodzeniem owych kilku liter od reszty tekstu. 'NIC' jest tak wielkie, że zajmuje centymetr strony a potem, obok, nie ma już nic, właśnie nic. Także sam początek książki, zderzenie mikołajowej opowieści snutej pięknym, pełnym dziecinnej czułości językiem, ilustrują obrazki spoza naszego postrzegania Świąt, spoza naszego postrzegania dzieciństwa, czasem i spoza postrzegania świata. 

Takie i podobne zabiegi redaktorskie powodują, że nad tym co ma do nas wołać, co ma nas zastanowić lub przygnieść musimy (!) zatrzymać się na dłużej, poświęcić im sekundę, dwie więcej. Musimy przerwać nasza podróż łagodnymi falami spokojnej rzeki by się wzburzyć, by wstać, by zareagować.
By w naszym sercu zazgrzytało coś spoza idealnie snutej
opowieści - złamanie szczęścia rzeczywistością, niepokojącą myślą, obawą.
"Tragedie cenią sobie
naszą intymność,
lubią przysiąść sobie z nami 
na herbatkę." (str. 59) 

Dzieci to w tej książce ilustracja dwóch stron życia - ogromnej miłości, która sprawia, że w szeroko otwartych ustach dziecka dostrzegamy planety, gwiazdy i galaktyki, oraz rozpaczy - pełnej strachu, głośnego lamentu i szoku pozwalającego widzieć jedynie czubki swych niedopastowanych butów. To plakaty, gdzie niczym król z bajki, ojciec chce oddać królestwo za powrót, a później tylko ukojenie. To podróże po spektakularnie pozbawione rozsądku rozwiązanie, to kolejne przywiązanie, to ukochanie dla szemrzącego niczym subtelny strumień nowego domowego życia. 
"(...)dzieci przegrywają wszystko, nawet młodość. Przegrywają wojny, przegrywają niewinność, przegrywają czystość, przegrywają dziecięcy zapach. Zło wygrało dzięki całej broni, jaką się posługuje, a Dobro przegrało przez całą broń, której nie ma." (str.263)
Wreszcie, dziecko to wyrok, to skazanie na wstrząs, to palec wskazujący i skazujący na nieopisane cierpienie. Za niekochanie, za niezadbanie, za nieprzywiązanie...


To nie jest książka, to przeżycie. To godziny w rytmie wirowania derwiszów, pragnących niczym Uroboros, niczym pies goniący za swym ogonem, dotknąć nieskończoności koła, dotknąć Boga. To ciepło, które przytulamy wraz z przepięknym językiem, fenomenalną formą graficzną, z ilustracjami z szachowej rozgrywki, mogącymi pokazać wszystko, jeśli tylko zechcemy to zobaczyć. 
"Świat to kwadraty czarne i białe, cisze i krzyki, śmiechy i krzyki. Nie kula spłaszczona na biegunach, lecz swego rodzaju szachownica, plansza z wojskami." (str.258)
To wielka literatura, to 596 stron uczuć, wzajemnego dbania bohaterów o siebie, nieulegania złym ludziom pokroju 'czereśniowego' Generała i jego synów, niewiary w fanatyczne zapatrywania mułły. Strony godzenia się na akceptację każdego dobrego słowa, bez względu na to, jaka religia kieruje ustami mówiącego.

I jest to książka, w której autor napisał także stronę 597... 

Wydawnictwo: Rebis, 2018
Tytuł oryginału: Para onde vao os guarda-chuvas
Tłumaczenie: Wojciech Charchalis
Liczba stron: 624

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Rebis.
 

niedziela, 23 grudnia 2018

O śmiertelnych błędach.

"Skazany na zło" Adrian Bednarek  8/10 


Mówią, że dobro powraca. A zło?
Bywa, że w naszym umyśle tworzą się usprawiedliwiania dla popełnianych czynów. Kierowani chęcią wymuszenia zadośćuczynienia za zło, zemsty za czyn, którego nie jesteśmy w stanie wybaczyć, dajemy sobie prawo do samosądu, do wyznaczenia pokuty winnemu, do bawienia się w boga i karanie za grzechy. Łatwo osądzać takie zachowania jako nieetyczne, pełne wewnętrznego zła, sprzeczne z kierującymi naszym życiem ludzkim poczuciem sprawiedliwości. Ale, czy gdyby to nam psychopata odebrał spokój, ukochaną osobę, poczucie życia prowadzonego wedle spełnionych marzeń, mielibyśmy w sobie moc pogodzenia się z losem? A może moc należy rozumieć inaczej? Może to ona kieruje zemstą?
Jak ocenić osobę, która, jak bohater "Skazanego na zło", podejmując niewłaściwą decyzję, ściąga na siebie przekleństwo ciągu wydarzeń, które przyniosą więcej zła niż dobra? I czy właściwie jakakolwiek decyzja, podejmowana przez człowieka szalejącego z niepokoju, zaskoczonego sytuacją mogącą zniweczyć jego plany, obrócić dotychczasowe życie w pył, może być dobra albo zła?

Adrian Bednarek, znany z cieszącej się wielka popularnością "diabelskiej" serii, powraca z bohaterem tyleż ciekawym co niepozornym. Takie przynajmniej odnosimy wrażenie po pierwszych rozdziałach. Rozpoczynając od wielkiego bum, prezentując nam już na początku książki trzęsienie ziemi o niebywałej skali, autor ukazuje nam bohatera w niezbyt pozytywnym świetle. Nie tylko, że nie wzbudza naszej sympatii fakt, że nie należy on do najwierniejszych i najbardziej szanujących kobiety mężczyzn, to dodatkowo jego niekoniecznie słusznymi decyzjami w chwili niespodziewanej tragedii zdaje się kierować jedynie egoizm i panika.
"Zastanawiałem się, w jaki sposób do codzienności wracają ludzie w podobnym położeniu. Zapewne wielu takich chodziło wolnych po ulicach, z sumieniem przepełnionym goryczą czynów, do których popchnęły ich niesprzyjające okoliczności. (…) Czy cały czas rozmyślali o swoich postępkach, wpadali w depresje lub targali się na własne życie? A może zbrodnia i brak kary uczyniły ich silniejszymi, pozwoliły twardo stąpać po ziemi?" (str.43) 
Być może znajdą się zwolennicy takich właśnie działań Wiktora Hauke, ale większość z nas, z pozycji zawsze wiedzącego lepiej czytelnika, od razu potępi jego postępowanie, spodziewając się, zresztą słusznie, przykrych konsekwencji.

Autor, usypiając naszą uwagę szansą na powodzenie odległego od litery prawa zachowania, działa tak naprawdę w celu zaskoczenia czytelnika coraz to nowymi zwrotami akcji. Strona po stronie życiem bohatera zaczyna rządzić szantaż, nieustanna niepewność, obawa o zaufanie żony, a przede wszystkim złość.  Do czasu, gdy Wiktor sam, i tylko sam, stanowił źródło zainteresowania psychopaty o wdzięcznym, nadanym sobie przez niego samemu pseudonimie Reżyser, Wiktor pozostaje na tyle pełen złości ale i pokory, by buntując się czuć jednocześnie zaciekawienie chorym zachowaniem przeciwnika. 


"Pamiętaj, nie bój się. Nadajesz się do roli. Jeśli wszystko rozegrasz według mojego scenariusza, nic ci się nie stanie. Odegraj role i wróć do swego nędznego życia, na zawsze marnując potencjał."(str.131).
Okazuje się jednak, że jest granica, której przekroczenie obudzi w nim pokłady złości, o które nawet bohater nie podejrzewał samego siebie. Gniew rodzi agresję, nakazy budzą sprzeciw, a pozorna niemożność odwetu skłania do odnajdywania rozwiązań wręcz nieprawdopodobnych. 


Gdy zdajemy już sobie sprawę, że bohater Adriana Bednarka, przepełniony wściekłością i chęcią zemsty, został przez Reżysera określony najlepszym z wybranych dotychczas Aktorów, gdy wiemy już dlaczego autor określił go "Skazanym na zło", akcja nabiera tempa nie pozwalającego na odłożenie książki.
"Zaraził Aktora prawdziwą nienawiścią. Zadłużony pijaczyna stał się bestią czerpiącą przyjemność ze zniszczenia. Stworzył Aktora doskonałego, wyniósł go na wyżyny nieznanych wcześniej umiejętności." (str.242) 
Gdy wydaje się, że zbliżamy się do rozwiązania, bohater lub kierujący jego życiem psychopata, wyrywają nam dywanik spod nóg. Znów leżymy oszołomieni, kompletnie nie wiedzący czego się spodziewać i czy wreszcie którekolwiek z naszych przypuszczeń znajdzie odzwierciedlenie w prozie Pana Bednarka.
Zaczynamy odnosić wrażenie, że wplatając z swój thriller niewyjaśnioną śmierć, morderstwa, szantaże, okaleczenia, przy opisie których aż zaciskamy powieki, autor przygotował dla nas mieszankę niemożliwą do przełknięcia. Nic bardziej mylnego. 


W świetnym stylu, plastycznie, z opisami zapierającymi dech, autor prowadzi nas przez swoją książkę z lekkością wręcz nieodpowiednią dla tego gatunku literackiego. Znakomitym, czystym językiem daje nam to, co wydaje się chronić bohatera przez zbyt ganiącymi osądami by zaraz pokazać, że złagodzenie wymiaru kary było zdecydowanie przedwczesne. A w końcu, prowadzi nas ku finałowi, który ma nam dać poczucie sprawiedliwości losu. Czyżby?

Znakomita książka, dająca poczucie uczestniczenia w akcji, zmuszająca do oceniania bohaterów, ciągłych zmian stosunku do nich, wreszcie, pozostawiająca nas z poczuciem braku możliwości jednoznacznego ocenienia czynów, których byliśmy świadkami. Polecam.

Wydawnictwo: Novae Res, 2018
Liczba stron: 328

piątek, 21 grudnia 2018

O ręcznie robionych świętach.

"Idą święta" z serii 'Emi i Tajny Klub Superdziewczyn' - Agnieszka Mielech  6,5/10

 

Już prawie pora wrzucić pod drzewko prezent dla żądnych wiedzy, nieco podrośniętych młodych czytelników. Tym razem w serii 'Emi i Tajny Klub Superdziewczyn' Agnieszka Mielech, zgodnie z kalendarzem, proponuje zarażające optymizmem i szerokim uśmiechem zadanie, opatrzone tytułem i przewodnim hasłem: "Idą święta".

Ta najnowsza, przedświąteczna, a przede wszystkim bardzo pouczająca książeczka, pokazuje  czytelnikom jak przygotować prezenty DIY. Począwszy od typowego dla współczesnych młodych dziewcząt i chłopców pomysłu na 'Święta na luzie', autorka przenosi nas z pomocą rodzicielskich interwencji w kraj bardziej twórczych, pełnych niezwykłości pomysłów na radzenie sobie ze wszystkim, co może święta uczynić zbyt kosztownymi, pracochłonnymi czy... zasmarkanymi.


 Jak radzić dobie z przeziębieniem, jak stworzyć domowy syrop, a zbolałą głowę ukoić pod wielkim różowym ręcznikiem, nad miska parujących leczniczych ziół i olejków? 
"Trzeba działać natychmiast! Znam niezawodny sposób na to, jak się go szybko i skutecznie pozbyć! To mój słynny eliksir z imbiru, miodu i cytryny. Duża dawka witaminy C w połączeniu z rozgrzewającym imbirem!" (str.25)
Jak upiec prostą i pyszną  muffinkę? Jak zrobić ozdoby świąteczne i śliczne opakowania z dostępnych w tanich sklepikach pół-bombeczek, pół-łańcuchów i półproduktów w każdej wymarzonej wersji? Jak poradzić sobie z najbardziej nawet szalonymi świątecznymi pomysłami? Rady i porady wysypują się tutaj z każdej strony.

Co więcej, nie brakuje w "Idą święta" nauki samego języka
polskiego, jako że autorka zadbała o objaśnienie trudnych słów i niejasnych akronimów, używanych w pełnych ekscytacji rozmowach dzieci i dorosłych. Każdy zaś członek klubu (bo jest i chłopczyk!), dzięki lepszej od innych znajomości jakiejś dziedziny, dzieli się odkryciami i wiedzą nie tylko z innymi dziećmi, ale i z rodzicami. Książeczka jest pełna odnośników, wyjaśnień, ba, nawet przypisów. 
"Czy wiecie, że pierwszy komputer został zbudowany około roku 1945*, ważył 27 ton i miał rozmiar niewielkiego domu?" (przypis: *Wiele różnych maszyn ubiega się o miano najstarszego komputera świata, tutaj mowa o komputerze ENIAC)" (str.36)
Nie brak tutaj odniesienia do dobrych dla środowiska zachowań, do szacunku dla starszych, do uczenia się od bardziej doświadczonych członków grupy, rodziców, znanych dzieciakom osób.
"Możemy przygotować olbrzymie ekologiczne choiny z różnych materiałów z odzysku - zaproponowała Fau. - Oszczędzimy kilka drzew i ekosystem* będzie nam za to wdzięczny. (przypis: *Ekosystem - termin z dziedziny ekologii. Układ elementów żywych lub nieożywionych, które pozostają ze sobą w różnych relacjach.)" (str.141)

Tylko... czy w tym nawale wiedzy, wyjaśnień, porad i przepisów nie gubi się nieco radość z samego czytania? Czy dziecko nieustannie kierowane ku wyjaśnieniom i nie mogące podążyć za akcją bez skupienia uwagi na objaśniających przypisach nie zniechęci się nieco samym składaniem zdań w uroczą skądinąd opowieść?

Na końcu dostajemy jeszcze efektowny bonus w postaci rysunkowych porad (znów!) jak stworzyć większość wypieków, ozdób, świątecznych kartek czy oryginalnych opakowań prezentów. Tylko czy szarość i mała atrakcyjność całej książeczki, wydrukowanej na marnej jakości papierze i ozdobionej mało ciekawymi rysunkami, została zrekompensowana zdecydowanie atrakcyjnym dodatkiem rysunkowym. Ach! mamy tez bonus od wydawnictwa. Kolorowa (wreszcie) bombka - zdecydowanie śliczna, prosta w wykonaniu i inna od wszędobylskiej powtarzalności.

Trudno ocenić tę książeczkę bardzo jednoznacznie. Zapewne są amatorzy kolorów i amatorzy ciekawostek. Są amatorzy nauki poprzez zabawę i zabawy dla samej radości. Myślę, że to, co treść Opowieści Agnieszki Mielech daje młodym umysłom jest wspaniałe, sam sposób podania tej wiedzy - chyba nieco mniej atrakcyjny od pożądanego. Wybór w rękach 'podchoinkowych' darczyńców.
  
Wydawnictwo: Wilga (GW Foksal), 2018
Seria: Emi i Tajny Klub Superdziewczyn (tom9)
Ilustracje: Magdalena Babińska
Liczba stron: 208 

za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu Wilga
 

środa, 19 grudnia 2018

O wyborach w cieniu wesela.

"Dzikusy. Tom1. Francuskie wesele" Sabri Louatah  8/10


Czasami życie rzuca nas w miejsce, które nie jest naszym światem, które ubiera nas w niedopasowane ubrania i nakazuje żyć według norm, które momentami wydają się być skrojone na miarę naszych marzeń, a czasami zupełnie nie przystają do naszych preferencji, nawyków i norm wyniesionych z domu rodzinnego, kultury czy religii. Taki często jest świat imigrantów, szukających nowych szans w miejscach odległych od tradycji, którą ze sobą dźwigają. Bywa, że jest to świat arabskich mieszkańców Francji. I na pewno jest to świat rodzin, którym przyjdzie urządzić "Francuskie wesele". Oto tytuł pierwszej część sagi "Dzikusy", którą Sabri Louatah, sam będący z pochodzenia Algierczykiem, szturmem podbił rynek francuski.

Rodzina to mrowisko, szczególnie ta wielopokoleniowa, wielodzietna, wieloraka charakterologicznie i wiekowo. Pełno tutaj południowego temperamentu, typowego dla kobiet islamu lamentu, upominania o szacunek dla rodziny, urażonej dumy. Tę książkę, mimo pozornej, pozbawionej efektownych zmian akcji powolności, mimo zaledwie jednego dnia rozpisanego na miejsca i godziny, czyta się krzykiem. Na ów hałas składa się połączenie dwóch niezwykle emocjonalnych wydarzeń: wesela i wyborów prezydenckich.


Dzięki autorowi, od samego początku wpadamy w kompletny chaos. Zamierzony oczywiście. Przygotowania do wesela i sama radosna uroczystość powodują, że w jednym miejscu zbierają się osoby, które chyba nigdy nie powinny przebywać ze sobą dłużej niż kilka minut. Bracia tyleż się kochają co nienawidzą, matki i ich siostry dzieli i łączy tyle samo racji i poglądów. Niepokoje prowadzą w telefoniczne rozmowy, chaotyczne poszukiwania, momenty pełne głośnych wybuchów zarówno radości, jak i niedowierzania. Na domiar złego, rodzina panny młodej jest niby taka sama, ale jednak inna. 

Nie wystarczy być francuskim imigrantem, trzeba jeszcze nieść ze sobą taka samą przeszłość. Tutaj natomiast zauważamy, że w trakcie zadamawiania się na nowych ziemiach, kolejne pokolenia zdążyły bardziej i mniej się zasymilować. Dopiero teraz ma znaczenie nieco inny, oddalony o kilometr kraj, ba, nawet kraina pochodzenia, to teraz porównuje się różne akcenty, wynosi swój styl mówienia czy ubierania się ponad to, co kiedyś wspólnie określano typowym dla świata arabskiego czy muzułmańskiego. Także najmłodsi, choć w większości już dorośli członkowie rodziny, dolewają oliwy do ognia swoim poparciem dla tego co nowoczesne, francuskie, dalekie od korzeni. 

We "Francuskim weselu" wszystko co rodzinne prowadzi ku ukrywanym tajemnicom, grzeszkom z przeszłości, wzajemnym oskarżeniom i pozbawionym szacunku komentarzom. Można śmiać się ale też i gorzko zapłakać nad permanentną walką nowego ze starym, naszego z ich, dobrych wróżb i pochlebstw dla tego czego Allah broni i plugastwem tego, co pozbawione wiary ojczystych ziem. Na jaw wychodzą mniej i bardziej koszmarne brudy: ktoś okazuje się być homoseksualista, ktoś transwestytą, ktoś nie szanuje kuzynki, ktoś upokarza starszego człowieka namalowanymi na ciele rasistowskimi znakami. Sodoma i Gomora w pięknym francuskim anturażu.

Tymczasem w Paryżu zetrzeć mają się dwaj kandydaci do urzędu prezydenta państwa. Jeden świetnie znany także nam z nazwiska, prasy i wydarzeń ogólnoświatowych, drugi zaś świetnie znany z tego, że jako pierwszy ma szansę stać się prezydentem pochodzenia arabskiego. Ileż to budzi emocji! Także, a może przede wszystkim, wśród uczestników wesela oraz ich nieobecnych przyjaciół, znajomych i krewnych.


Dlaczego jeden z kuzynów nie dotarł na wesele? Dlaczego temat wyborów aż tak często i w tak gorączkowym wydaniu pojawia się jako przerywnik opowieści o weselu? Na te pytania cóż... NIE znajdziemy opowieści. Obietnicą takowej staną się ostatnie strony, na których wydarzy się coś o wadze przekraczające wszystkie wcześniej opisane wydarzenia. I właśnie tutaj, znakomity acz wywołujący na usta nieparlamentarne słowa autor, urwie opowiadanie prawie w środku zdania, zawiesi nas w powietrzu, puści oczko i zamknie drzwi. 

Fenomenalne i wyprowadzające z nerwów, burzące czytelniczy spokój i wykrzywiające uśmiech zakończenie. Ale czy ktoś odważy się dotrzeć do tak kulminacyjnego momentu i nie sięgnąć po tom drugi? Ja nie! Jestem zachwycona tym zaproszeniem do kontynuacji. A wieść gminna niesie, że to co przeczytałam, co sprawiło mi wielką przyjemność, co ubawiło mnie sarkazmem (podobieństwo do nazwiska kandydata przypadkowe), to tylko przystawka. Danie główne zaserwuje nam ponoć dopiero tom drugi. O czym nie omieszkam się przekonać już za kilka dni. 

Ps. To kolejna z pozycji pół przeczytanych - pół wysłuchanych. Polecam z całego serca audiobooka czytanego przez Pana Marcina Popczyńskiego. Interpretacja jest zaiste, Madame et Monsieur, porywająca! 

Wydawnictwo: W.A.B., 2016
Cykl: Dzikusy (tom1)
Tytuł oryginału: Les Sauvages
Tłumaczenie: Beata Geppert
W wersji audio czyta:  Marcin Popczyński
Liczba stron: 304