Będzie mi niezmiernie miło, jeśli podzielicie się ze mną komentarzami, wrażeniami, wdacie się ze mną w dyskusje i polemiki.

Dziękuję za każdy komentarz, za każdy ślad, który zostawiacie.

To, że czytacie moje recenzje i książki, które subiektywnie acz z wielką szczerością i przyjemnością staram się ocenić, oraz to, że chcecie mi o tym powiedzieć, jest dla mnie najpiękniejszą nagrodą.

poniedziałek, 7 maja 2018

O ruinach po Wielkiej Wojnie.

"Przebudzenie" Anna Hope 7/10



Są książki, które o wojnie nie opowiadają hukami wystrzałów ani przelaną krwią. Opowiadają bólem i pamięcią. I taka jest książka Anny Hope.
Wojna to nie opisy bitew, chwała bohaterów i fetowanie zwycięstw. Wojna to skazy na charakterze, życiorys połamany w sposób, który nie pozwala go już posklejać, choćby prowizorycznie. To wstyd z noszenia w psychice obrazów, których nie sposób zapomnieć. Taka jest prawda o wojnie i taką prawdę ta książka opowiada - bezpośrednio, we wspomnieniach żołnierzy oraz w obrazach, które te straszne lata wytworzyły w umysłach kobiet, którym przyszło trwać pomimo śmierci, która nawiedzała je w listach zbyt często.

Przenosimy się do Londynu na kilka listopadowych dni 1920 roku. Różne są powody, dla których mieszkańcy miasta oczekują na sprowadzane z francuskiego pola bitwy zwłok Nieznanego Wojownika. Jedni widzą w nim poległego brata, syna, ukochanego. Inni, dzięki niemu dostrzegają ogrom łaski losu, który bliskiego im mężczyznę pozostawił przy życiu. Na kilka dni przed wielkim wydarzeniem są wśród Londyńczyków tacy, którzy uważają święto sprowadzenia zwłok za śmieszne, niedorzeczne czy też niewiele warte duchowo czy emocjonalnie. Są tacy, którzy buntują się przeciw takiej formie upamiętnienia poległych, pielęgnując w sobie ból po stracie tego jednego - Znanego im żołnierza. I są trzy kobiety, których te kilka jesiennych dni zmienia, budzi do ponownego życia.

Ada straciła syna ale nigdy nie wypuściła go ze swych objęć, wszędzie widzi nie tylko jego obraz ale i ciało. Evelyn, pozornie pozbawiona emocji dzięki niewdzięcznej urzędniczej pracy, krzyczy całą sobą z bólu po stracie ukochanego, nie dopuszczając nawet do siebie myśli o nowej miłości. Hettie, patrząc w oczy brata, który przywiózł z wojny zamknięcie się we własnej niezbadanej skorupie, chce potrząsnąć nim i pozostałymi, by zobaczyli czas obecny, by ruszyli z miejsc.  Żadna z nich nie godzi się ani ze stratami, które wojna poczyniła w ich życiu ani z obecnymi skutkami tych strat. Żadna nie czuje się pocieszona, żadna nie wierzy w szanse, żadna nie widzi jasno. I nie można się dziwić stuporowi, w którym tkwią ani przez chwilę. Wojna nie dotknęła ich ciał ale dotknęła ich dusze, złamała niczym suche gałązki i zamknęła w świecie żalu, niedowierzania, czasem buntu.

W te kilka opisanych przez Annę Hope dni 1920 roku, wszystkie one, a co za tym idzie, można domniemywać, że też rzesze "popsutych" wojną ludzkich dusz, dostają kolejną szansę. Dowiadują się, że można kochać, a jeśli nie kochać, to przynajmniej dać się unieść na chwilę ku niebu, ku marzeniom i fantazjom. Uczą się zostawiać zmarłych wieczności i widzieć świat, nie tylko dostrzegać jego kolory ale je czuć i brać garściami.
Ich losy nie splatają się bezpośrednio, ale krążą między nimi ci sami ludzie, opowiada im się te same tragedie, poznają te same tajemnice, łagodzą te same wojenne traumy bliskich, patrzą na świat oczami opowiadających lub milczących żołnierzy, zaczynają i chcą rozumieć. Powoli, niczym kwiat w ruinach, rozkwita na naszych oczach ich tytułowe "Przebudzenie" (dobre, dosłowne tłumaczenie tytułu oryginału - "Wake")

W notce autorskiej Anna Hope wspomina o tej książce jako o "Trenie" bo prawdopodobnie taki tytuł miała pierwotnie nosić. Bardzo podoba mi się to, że jednak nazwała ją słowem, które przynosi nadzieję (jak jej nazwisko z ang. Hope - nadzieja), że nakazała sobie przeprowadzić swoje bohaterki przez okres wojennego łkania i rozpaczy w żałobnym trenie, by przywieźć je ostatecznie do ponownego obudzenia ciepła i dobra.

Warto z autorką pochylić się nad losem tych, którzy nieprzygotowani na ogrom zniszczeń fizycznych i duchowych Wielkiej Wojny, musieli owe zniszczenia w sobie nosić całe pozostałe życie albo zabić je wraz z sobą samym. Warto tez razem z nią uwierzyć, że po traumach, które nawet opisywać jest wielkim trudem, człowiek potrafi wstać. Nie zapomnieć - nadal pamiętać, czcić, upamiętnić kwiatami na trumnie nieznanego żołnierza - ale potem popatrzeć w słońce, objąć świat i żyć. 
 
Wydawnictwo: Świat Książki, 2016
Tytuł oryginału: Wake
Tłumaczenie: Maria Olejniczak-Skarsgard
Liczba stron: 338

sobota, 5 maja 2018

O słowach niosących zło.

"Ofiara" Max Czornyj  7/10


Oceniając niedawno debiutancką powieść prawnika o włoskim zamiłowaniu do wina i serów, miałam wrażenie, że takie samo tempo, jakie obowiązuje w niezwykle emocjonalnych rozmowach Włochów (wśród których autor praktykował), zdecydował się zaserwować nam także w swojej powieści. Nie byłam przygotowana na szarpane, agresywne zwroty akcji, wsparte dodatkowo nerwowością bohaterów i specyfiką krótkozdaniowych i krótkorozdziałowych przekazów. Tymczasem, jak się okazuje, autor "Grzechu", po rozpędzonym expressie pierwszej powieści, w kontynuującej główne wątki poprzedniczki "Ofierze",  zaserwował nam całkiem smaczne danie - równie pospieszne ale już z siedzeniami pierwszej klasy - nadal z nieco surowymi kantami ale dające poczucie komfortu. (recenzję wspomnianego "Grzechu" znajdziecie tutaj ->  https://pani-ka-czyta.blogspot.com/2018/02/o-karze-nieboskiej.html)

Uważam, że w stosunku do nieco chaotycznego, bardzo emocjonalnego, by nie powtórzyć - agresywnego w przekazie, sposobu prowadzenia akcji w debiutanckiej powieści, "Ofiara" daje nam obraz bardzo składny, łagodniejszy, a co za tym idzie bardziej wyszukany tematycznie. I błędnym będzie założenie, że owo rozszerzenie tematyki odbierze nam poczucie fizycznego wręcz współodczuwania bólu i emocji, złagodzi gwałtowność reakcji głównego bohatera - komisarza Deryły, czy też pozbawi autora fenomenalnej plastyki opisów tyleż makabrycznych co wstrzymujących oddech czy marszczących brew. 

Drugi odcinek, bo chyba w takich kategoriach należy traktować "Ofiarę" uspokaja akcję poprzez większą swobode operowania słowem, poszerzenie warstwy psychologicznej (nie tyle w przeciągłych rozważaniach co w ukazaniu ludzkiej twarzy nerwowego komisarza oraz jego kolegów po fachu), wreszcie poprzez pozwolenie sobie na zauważenie, że świat policjantów, prawników i innych "sił opresyjnych" (jak sam autor z ironią je nazywa) to także świat ich rodzin, przeraźliwego strachu o ich utratę i bezpieczeństwo. Świat przedstawiony w "Ofierze" to bowiem świat zwyczajnych ludzi, których psychopatyczny siewca zła, perwersyjny w swej niewierze, buncie przeciw uznanym tradycjom chrześcijańskim czy wręcz chęci ukazania swej przewagi nad Bogiem, niezdolnym w odpowiednim stopniu karać winowajców, sprowadził do roli marionetek w teatrzyku, któremu na imię:chory umysł. Chory nie chorobą, która poddaje się leczeniu. Chory niezdolnym do uczuć czy empatii skrzywieniem, brakiem litości, ślepą wiarą w satanistyczną nieomylność a co więcej, zdolnym pociągać za sobą innych.

Autor nie rezygnuje z brutalności, opisy nadal przyprawiają o wstręt, który jak wiemy, bynajmniej nie powoduje w czytelniku braku chęci kontynuowania lektury (może warto za autorem i psychiatrami zadać tu pytanie: ile w każdym z nas jest z psychopaty? ale to już podparta czarnym humorem drobna uwaga na marginesie) ). Pozorne znikanie ze sceny ujmowanych przez policję współwinnych wcale nie pozbawia nas bycia świadkami kolejnych manipulacji, zaś teoretycznie zamknięte etapy sprawy okazują się być jedynie przymkniętymi drzwiami, które wystarczy lekko pchnąć, by na nowo znaleźć się w centrum koszmarnych wydarzeń. Ocaleni wcale ocalonymi nie są, zabójca jest albo sobą albo naśladowcą, uleczony nosi w głowie słowa, które nadal czynią go nieuleczalnym. "Słowo (...) to najniebezpieczniejsze narzędzie." (str.299)

Pogmatwał nam Pan Czornyj obraz sprawy niesamowicie. Ale w przeciwieństwie do poprzedniej części, w "Ofierze" czyni to skrupulatnie, kręci akcją niby twisterem ale tym razem takim, którego kształt jasno widzimy. Bardzo podoba mi się rozłożenie tematyki na wiele szerszą perspektywę oraz to, że tym razem nerwowość i agresja podkreślają jedynie te momenty, które tak właśnie podkreślone być powinny by nie zgasić ciągle tlącego się napięcia. 
Po tej lekturze to już nie jest kwestia mieszanych uczuć czy też kolejnej szansy. Po "Ofierze" będę z pełna świadomością czekała na ciąg dalszy. Już jesienią po popełnionym "Grzechu" i poniesionej "Ofierze" przyjdzie czas na "Pokutę".  
I jeszcze słówko porady. Moim zdaniem czytanie samej "Ofiary" mija się z celem, gdyż jest ona bardzo ściśle powiązana z poprzednią częścią. Warto więc troszkę pokręcić nosem przy pierwszej części by zakończyć drugą z zaskoczeniem, które z pewnością zachęci do ciągu dalszego, który przecież nastąpi.

Wydawnictwo: Filia, 2018
Cykl: Komisarz Eryk Deryło (tom 2)
Seria: Mroczna Strona
Liczba stron: 420

poniedziałek, 30 kwietnia 2018

O wielu drogach jednego bytu.

"Poświata" Michael Chabon  8/10

Recenzja przedpremierowa. 
Premiera książki: 9 maja 2018

Ze współczesnego świata umykają autorytety. Umykają postacie godne podziwu, naśladowania czy choćby pochylenia się nad ich życiem po to, by przekazać je kolejnym pokoleniom, młodym zagubionym poszukiwaczom celu i sensu życia. Umykają osoby, które można by namalować na portrecie "prawdziwego mężczyzny". Prawdziwego w pojęciu klasycznym. Michael Chabon miał to szczęście, że pod koniec życia, jego zdawałoby się zwyczajny Dziadek, podzielił się z autorem opowieściami, rwanymi fragmentami, niechronologicznymi wspomnieniami z dni i nocy, miesięcy i lat, które owe życie uczyniły w oczach pisarza niezwykłym, godnym opisania, zapamiętania, przekazania.  Tylko czy naprawdę chodzi tu o rzeczywistego dziadka pisarza, skoro jak sam twierdzi "W 'Poświacie' jest wiele sygnałów, że to stek klamstw."? (wywiad z autorem, Magazyn "Książki" Nr2, maj 2018). I czy naprawdę istnieje powod, dla którego czytelnik miałby tej pewności dociekac?  Opowieści okraszone niezwykłą fantazją, której nie sposób oddzielić od fenomenalnie z nią sklejonych faktów, ewentualnie półprawd dają nam obraz czasów trudnych i niezwykłych oraz odpowiedzi, jaką dał na nie człowiek o wyjątkowej osobowości.

Michael Chabon nie jest nowicjuszem w trudnej sztuce snucia opowieści. Bardzo doceniany w Stanach Zjednoczonych, obsypany nagrodami, w tym Nagrodą Pulitzera, miał chwile wielkiej sławy zarówno na rynku literackim jak i filmowym, kiedy to powieść z 1995 roku - Wonder Boys, została zekranizowana, z takimi sławami jak Michael Douglas i Tobey Maguire w rolach głównych. Ważną pozycją okazała się także powieść "Związek żydowskich policjantów", którą większość krytyków uważa za najistotniejsze dzieło pisarza. Prawdą jest jednak, że większość jego powieści i esejów pozostała na polskim rynku niezauważona. A szkoda, gdyż czytając "Poświatę" ma się wrażenie czytania niezwykle dojrzałego dzieła i czuje się niejaki żal, że z tak ciekawym i wyrafinowanym literacko materiałem ma się do czynienia dopiero teraz.

Język tej powieści to zdecydowanie język niezwykły. Z opowieści, rozmyślań filozoficznych, niezwykle emocjonalnych rozważań o rodzinie, sensie wojen i zabijania, niespełnienia własnych, często wygórowanych planów i ambicji, opisanych niezwykle poetyckim językiem, pełnym metafor, odniesień do duchowego świata
, autor niesłychanie płynnie i łatwo przenosi nas w dialogi pisane  językiem prostoty, agresji i złości. Przaśne słownictwo żołdaków, brutalność wypowiedzi żołnierzy, w taki sposób uciekających mentalnie od bólu po widokach i decyzjach, których już nigdy nie da się zapomnieć, wulgarność języka seksu, która tutaj jakoś dziwnie przystoi, wszystko to wpasowuje się w elementy biografii Dziadka, niczym przyprawy w bardzo wyszukane danie. To prawdziwy kunszt, gdy między scenami tak różnie opisanymi i tworzącymi zupełnie niesterowany czasem splot skoków w przeszłość i przyszłość, nie zgrzyta ale iskrzy, nadając powieści nieco codzienności, zwyczajności i pospolitego człowieczeństwa.

Ojcu bohatera przyszło być prawdziwym mężczyzną burzliwego dwudziestego wieku. Inżynier, żołnierz, więzień, mąż kobiety, której psychika nie sprostała współczesnym czasom i ich okrucieństwu, " kobiety z pęknięciem w mózgu, przez które wpadały cienie i wyciekały sny" (str.262), ojciec i dziadek, zawsze nosił w sobie nieoceniony spokój. Jego racjonalność i opanowanie koiły szaleństwo żony i niepokoje córki, sprawiały, że przyjaciele umierali w jego ramionach bez lęku, który często czyni te ostatnie sekundy nieznośnymi. Wspaniały człowiek i wspaniały bohater. Bohater, którego poświata, niczym inna poświata -  ukochanego przez niego Księżyca, zawsze rozpraszała mrok, zawsze dawała to minimum blasku, które pozwalało brnąć dalej nawet w największym bagnie.

"Poświata" to obraz wielu charakterów, to pochylenie się nad przeróżnymi drugoplanowymi postaciami, które autor traktuje z niezwykłą atencją. Dane jest nam poznać tyle żywotów, tyle szczegółów z życia osób bliskich Dziadkowi, że
czujemy się członkami jego rodziny, uczestnikami wydarzeń, poprzez dzieloną z nimi radość, wspólne cierpienie i ból. I jakże to niewiarygodne, że w usta takiego człowieka autor wkłada słowa o własnej niedoskonałości, o niespełnieniu obowiązków, o niedokończeniu dzieł. "Jestem rozczarowany sobą. Swoim życiem. Wszystko czego próbowałem udawało mi się tylko połowicznie. Człowiek stara się wykorzystać dany mu czas. Tego go uczą. Ale kiedy się zestarzeje, patrzy wstecz i widzi, że udało mu się to mnóstwo czasu tylko zmarnować. Jego przeszłość pełna jest spraw, których w ogóle nie zaczął albo nie dał rady dokończyć. Które całym sercem starał się stworzyć, a one nie przetrwały, albo całym sercem zwalczał, a one mimo to wciąż są. Wstyd mi za siebie". (str.302-303)

"Poświata to także niezwykły obraz astronomicznej, fizycznej, matematycznej, technicznej fascynacji Dziadka tym, co unieść nas może poza świat, poza glob, prawie poza własne materialne, grawitacyjne istnienie. Fascynacja owa prowadzi go przez Europę w poszukiwaniu niezwykłego wynalazcy rakiet po to, by w zderzeniu z wojennymi obrazami zepchnąć go w rozpacz wiodąca ku chęci zemsty na owym pozornie oświecającym świat człowieku, jak i zadośćuczynienia za ból, który jego wynalazek zadał. Będą tu opisy skupione na technicznych stronach rakiet, będzie fascynacja ich możliwymi zastosowaniami ale będzie też cichy ból świadomości ich zastosowania, aż po łagodzące rozczarowanie opisy śladów pozostawionych przez człowieka na Księżycu.

Autor rzadko używa imion, wiąże opowieść niezwykłą bliskością emocjonalną, poprzez nazywanie nawet małej dziewczynki Matką, nawet młodego żołnierza Dziadkiem. Ten zabieg stylistyczny w połączeniu z niezwykle wysmakowanymi opisami myśli i emocji, jak i z pozorną beztroską rozrzucania fragmentów opowieści w przestrzeni czasowej powoduje, że książkę czyta się bardzo emocjonalnie. Trzeba też powiedzieć, że czyta się ja powoli, z troską, z wielką uwagą, jako że i język i nagromadzenie faktów i owa przenikalność fragmentów życia Dziadka czynią z "Poświaty" powieść bardzo ambitną choć przecież teoretycznie podobną do innych biografii.

Warto poświęcić czas na tę zupełnie inaczej od przeciętnych skonstruowaną amerykańską opowieść. Warto poznać amerykańską rodzinę od wewnątrz, wbić swoje oczy w każdy aspekt jej istnienia. Warto dać się ponieść samej opowieści i pięknej mieszaninie faktów i fantazji autora, który wraca na polski rynek zdecydowanie godnym tego dziełem. Szczerze polecam.

Wydawnictwo: W.A.B. 2018

Tytuł oryginału: Moonglow
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Liczba stron: 464

Za możliwość zapoznania się z powieścią przed jej polską premierą dziękuję wydawnictwu W.A.B. (Grupa Wydawnicza Foksal Sp. z o.o.)

 

wtorek, 24 kwietnia 2018

O czarnym szlifie historii.

"Miejsce i imię" Maciej Siembieda 8/10


Kończąc recenzję sensacyjno-historycznej powieści "444" obiecałam sobie i światu, że nie będzie to moje pierwsze, a zarazem ostatnie, spotkanie z Maciejem Siembiedą. Oceniając ową powieść na 6 nie czyniłam tego z przekory dla wielu pochlebnych opinii. Widziałam w niej ogromny potencjał skruszony nieco stylistycznie, a może raczej kompozycyjnie, być może faktem mierzenia się z debiutem powieściowym. Jest bowiem Pan Siembieda doświadczonym bywalcem dziennikarskich zakątków, co i pozytywnie i negatywnie przełożyło się na pierwszą próbę stricte powieściową. 

Powinnam była zacząć od "a nie mówiłam?". Na kartach nowej powieści mieszającej w bardzo kunsztowny sposób elementy kryminału, historycznego śledztwa i dziennikarskiej swobody operowania faktami, dostajemy bowiem stylistycznie dopracowaną, płynną, wciągającą i nieodkładalną opowieść. Napisana z wielkim smakiem i wyczuciem historia kolejnego śledztwa byłego IPN-owskiego prokuratora Jakuba Kani jest nie tylko bardzo dobrą kontynuacją cyklu ale także przykładem na to, jak można, bazując na niezwykle sympatycznej głównej postaci, zbudować jeszcze lepszą jakość.

Jakub Kania nie jest tu postacią dominującą. Bardzo podoba mi się tendencja Pana Siembiedy do wglądania w prywatne życie innych, mniej czy bardziej pozytywnych bohaterów, nawiązywanie do ich przeszłości, czasami dające wrażenie tłumaczenia powodów obrania takiej a nie innej drogi życiowej. A tych postaci, życiorysów i dróg serwuje nam autor co niemiara. I aby czytelnik poczuł się usatysfakcjonowany, są one od siebie kompletnie różne, czasami tak odmienne, że nasze zdziwienie budzi fakt powstania między nimi jakichkolwiek więzi, choćby w interesach. Bo gdy nie wiadomo o co chodzi, chodzi rzecz jasna o pieniądze. A konkretnie o ich najbardziej jaskrawą postać - diamenty. 

Tym razem trafiamy za bohaterami na Górę Świętej Anny czy tez do pozostałości obozu Annaberg o historii tyleż niejasnej, co interesującej dla szerokiej gamy potencjalnych, materialnych lub moralnych spadkobierców. Od żydowskich mistrzów fachu, przez wietrzących okazję do wzbogacenia się niemieckich faszystów okresu wojny, po chcących z przeróżnych przyczyn odnaleźć groby więźniów agentów, przedstawicieli, członków organizacji i sekcji różnej maści. A wszystko to co współczesne, opiera swą działalność na bardzo uczciwym lub zupełnie załganym motywie przywrócenia "miejsca i imienia". Więźniom, współwyznawcom, miastu, przodkom...

Życie Jakuba Kani stanowi kotwicę normalności. Bez ganionej przeze mnie ostatnio nadmiernie osłodzonej warstwy uczuciowej, autor wplata w śledztwa, podsłuchy i niezapowiedziane wizyty to, co rządzi sercem bardziej niż praca - codzienność narodzin, sporów małżeńskich, obaw i troski o bliskich. Sadza  na wózku wybitnego znawcę czasów drugiej wojny światowej, nadaje niektórym postaciom wrzuconym stereotypowo do worka z oprawcami ludzką twarz, zaskakuje faktami, o których prawdziwość nie podejrzewalibyśmy tamtych czasów. 

"Miejsce i imię" uczy. Tego co oczywiste - nie uleganiu pazerności, sensowności niedowierzania zasłyszanym hasłom polityczno-społecznym, wiary w miłość i jej nadrzędność. Uczy też historii, jakby od niechcenia łącząc elementy dziennikarskich odkryć z pięknie zarysowaną opowieścią prowadzoną w trzech wątkach czasowych. Wreszcie, uczy cierpliwości i pokory wobec oczekiwań. Bo ja tak bardzo się nie zawiodłam na swojej intuicji wobec Macieja Siembiedy, że teraz mogę stwierdzić z pewnością: przeczytam kolejną powieść. 
Szczerze polecam poszukującym inteligentnej, napisanej piękną polszczyzną powieści, którą przepływa się niczym rzeką, niosąca ze sobą podaną bardzo elegancko, z ciepłem, uczuciem i nutką dowcipu, historię miejsca i imienia.

Wydawnictwo: Wielka Litera, 2018
Cykl: Jakub Kania (tom 2)
Liczba stron: 488

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

O bliznach po komunie.

"Szwy" Wacław Holewiński 6/10


Bardzo trudno osobie dojrzałej, także politycznie, odciąć się od własnych poglądów, od doświadczeń zbieranych latami, od tub propagandowych głoszących swoje prawdy z każdej ze stron. Odciąć się po to, by obiektywnie, jak na recenzję literacką przystało, ocenić książkę nie po autorze, nie po jego poglądach lecz po słowach, zdaniach, paragrafach w niej zawartych. I dlatego jest to jedna z trudniejszych recenzji, jakie przyszło mi pisać.

Wacław Holewiński to osoba, którą oprócz określenia "pisarz" czy "autor" wiąże z przeczytaną przeze mnie książką także to, że on sam był i nadal jest uczestnikiem swojej narracji, świadkiem owych czasów. Można po wielokroć powtarzać za autorem, że "to tylko powieść", mając na myśli zarówno tę pisaną przez Holewińskiego jak i tworzoną przez jego bohatera - Maksymiliana, ale i tak nie uda nam się uciec od oczywistego łączenia obu postaci w jedno. Czy to jako autobiograficzna powieść czy tylko jako powieść mająca stanowić podobieństwo takowej, książka przekazuje określony światopogląd powodując, że nie da się do niej nie podejść emocjonalnie, nie sposób czasem skrzywić się na wspomniane nazwisko czy opisany fragment historii, nie sposób nie wchodzić z autorem (i bohaterem) w spory i dyskusje polityczne.

Wszystko powyższe mogłoby odrzucać nas od lektury, gdyby nie fakt, że ta powieść, przesączona polityką, żalem, niezagojonymi ranami, pretensją o niepozamykane i zamiecione pod dywan sprawy czasu PRL-u, została podana w sposób łagodny i bardzo ludzki.

56-letni pisarz-bohater, podobnie jak pisarz-autor bezpośrednio zaangażowany w opozycyjną działalność czasów komuny , wiedzie bowiem na początku opowieści żywot człowieka poczciwego (że pozwolę sobie zapożyczyć klasyka). Kocha znacznie młodszą lecz mądrą i bardzo zorganizowaną kobietę, pisze książki oparte na bolesnej historii naszego narodu, mieszka, bywa, spotyka znajomych, wydawców itp. Opisany następnie wyrywek jego życia, mimo, że dość spokojnie i płynnie podany, zburzy porządek dotychczasowego bytu. Udział w pogrzebie pewnego oficera, mający stanowić jedynie kpinę z nieprawości poczynań władz, okaże się być początkiem lawiny drobnych wypadków, które położą się cieniem na dotychczasowej stabilizacji. Wypadków, które zmienią codzienność w zaskoczenie i niedowierzanie, podkopią pewność zdawałoby się sprawdzonego związku, każą przyjrzeć się po wielokroć starym znajomych, obudzą wspomnienia, otworzą rany, dodadzą do i tak trudnej wiedzy kolejne - trudniejsze wątki.

"Jak ktoś zacznie gadać, szwy się rozchodzą, wychodzi mięcho. Dosyć krwawe." Owe szwy szpecące teraźniejszość źle zszytymi, potraktowanymi po macoszemu zbrodniami poprzedniego systemu, są bowiem według autora prawdziwą twarzą Polski roku 2013go. To one powodują, że szukanie zabójców młodego chłopaka, od 1985 roku po dziś dzień niepoznanych, niesprawdzonych i nieukaranych sprawiedliwymi wyrokami, otwiera nadal jątrzące się rany, budzi taki sam strach, przywraca taką samą twarz groźbie i zastraszaniu.

Są fragmenty, które zaciskają pięści, są też fragmenty, które nieco marszczą czoło. Nie lubię stereotypów a bohater nie umie uspokoić pamięci i sumienia na tyle, by nie szufladkować wszystkich, którzy choćby otarli się o poprzedni system. Zgorzknienie na tyle mocno rządzi umysłem, przekonaniami, światopoglądem Maksa, że nawet miłość nie jest wystarczająco ważnym argumentem by je pokonać. Fragmenty pisane jako wyrywki z prowadzonego przez bohatera (?) dziennika są mocniej osadzone we wciąż rozszalałej z bólu pamięci niż w faktach podanych w formie literackiej.

"Szwy" czyta się dobrze. Choć całość literacko nie odbiega od stanów, powiedzmy, średnich, autor pisze bardzo sprawnym, czystym językiem. Jest tu miejsce na rozliczenia, na wspomnienia, na czułość i żal, na gniew i pozorny spokój duszy. Należy jednak pamiętać, siadając z tą książką w fotelu, że autor ani nie chce ani nie potrafi oderwać się od osobistych ocen, od oskarżeń, na które nie widzi wystarczająco dobrych słów obrony. Może to dobrze, że pisze właśnie tak. Takim osobom jak ja, które były wtedy pacholętami spieszącymi do szkoły i dbającymi o porządnie zawiązane kokardy, należy czasem przypominać, że starsi od nas mogą być owym czasem moralnie zmienieni, ukierunkowani. Czy ten kierunek mi osobiście odpowiada czy nie, to już nie ma w obiektywnej ocenie znaczenia. Sposób jego podania, zmieszania z, niewielką wprawdzie ale jednak, formą obyczajową, daje książkę całkiem dobrą. Polityczną, mocno zaangażowaną, opartą na własnych doświadczeniach i niełatwą moralnie ale nadal czytającą się płynnie i pozostawiającą czytelnika z głową pełną niedopowiedzeń. Ta książka jest typem lektury delikatnej, budzącej skrajne odczucia. Dla mnie to nie był czas stracony.

Wydawnictwo: Zysk i S-ka, 2013
Liczba stron: 356

środa, 11 kwietnia 2018

O śmiertelnym dziele sztuki.

"Martwa jesteś piękna" Belinda Bauer 7/10


Śmierć jako akt. Akt tworzenia dzieła sztuki. Śmierć jako spełnienie wizji autora-mordercy o momencie idealnego piękna. I o pięknie doskonałym zaklętym w ten jeden moment, po którym nie ma już nic albo jest wszystko co najszlachetniejsze. Taką wizję prawdy hoduje w swojej głowie seryjny morderca opisany przez Belindę Bauer. I należy przyznać, że opis ten jest wyjątkowo dobry, profesjonalny, stabilny, a jednocześnie nie odbiegający ani na jotę od pojęcia dobrego kryminału.

Początkowe skupienie na pracy dziennikarki kryminalnej pozwala nam w dalszej części rozumieć odczucia, postępowanie i emocje głównej bohaterki. Eve jest dziennikarką i jest to, pardon my language, normalna dziennika. Bez silenia się na obdarzanie bohaterki przedziwnymi fobiami, traumami czy wizjami, co zdaje się być ostatnio kanonem obowiązującym w kryminałach czy thrillerach, autorka jest w stanie pisać o codzienności prywatnej i zawodowej budząc w nas zainteresowanie, czasem niedowierzanie a nawet współczucie. Eveline jest bowiem kobietą z krwi i kości, zmagającą się z takimi samymi problemami jak inni jej rówieśnicy, współpracownicy, czy mieszkańcy Londynu. Dla niej pada ten sam śnieg, gonią ja te same terminy, tak samo jak inni zmaga się z chorobą najbliższych. W tym miejscu należy się głęboki ukłon w stronę Pani Bauer za niezwykle ciepłe i ludzkie potraktowanie zarówno cierpiącego na Alzheimera ojca, jak i utrudzonej, walczącej na przemian z ogromną miłością i atakującą potajemnie nienawiścią córki, która w swojej bezradności wypowiada czy też myśli słowami, których ani nie czuje, ani wprowadzić w życie nie chce ani też nie wyobraża sobie, by siłą jej zniechęcenia mogły się sprawdzić.

Bardzo zwyczajna, nieco roztrzepana, czasem ulegająca skrajnym emocjom Eveline, ulegając swoim naturalnym dziennikarskim instynktom, niespodziewanie staje się elementem przedziwnej, momentami wręcz abstrakcyjnej układanki psychopaty. Ów człowiek to pseudoarystokrata, kolekcjoner, furiat, bezwarunkowo wielbiący (martwą!) matkę spadkobierca (opisy można mnożyć, jego osobowość jest oszałamiająca). Człowiek, który ulega tym nutom, które kiedyś rządziły nim jako artystą malarzem i komponuje z nich absurdalne wystawy oparte na makabrycznej wersji prawdy, którą sam tworzy i sam prezentuje szerokiej publiczności - świadkom spektaklu, któremu na imię śmierć. 

A gdzie wobec tego sam kryminał? I rola bohaterki w wydarzeniach stanowiących jego clue? Eve to kobieta dzielna. To kobieta o jednej twarzy. Autorka nie nadaje jej super mocy gdy pojawiają się w książce wątki kryminalne (trzeba tu wspomnieć, że owe wątki opisane są niezwykle plastycznie i subiektywnie - krew się widzi, ból się czuje, strach udziela się także nam). Eve to także kobieta pozwalająca sobie na słabości, na wspieranie się na ramieniu silniejszego. Jak ja wszyscy szuka pomocy tam, gdzie spodziewa się ją znaleźć, jak ja ulega zwątpieniu, jak ja podejmuje szalone, spontaniczne decyzje zakończone różnymi rezultatami. Wystarczy podsumować, że Eva mogłaby być jak moja koleżanka, sąsiadka, siostra. Albo jak ja sama. 
I językiem mówi do mnie też takim, że jego użycie nie byłoby mi dziwne, i dzięki któremu książkę czyta się z przyjemnością, bez poczucia nierówności stylistycznych, czasowych. Nawet typowe dla kryminałów nagłe sceny przemocy wpadają w akcję niczym bile do łuzy, do której po prostu muszą wpaść.

"Martwa jesteś piękna" jest pozycją, po którą dzięki bardzo intrygującemu tytułowi i mrocznej okładce sięga wielu wielbicieli gatunku. Jak się okazuje po ukończeniu lektury, nie zawodzi też treść.  Autorka nie jest przecież nowicjuszką w tym gatunku literackim, jest w krajach swego zamieszkania popularna, często nagradzana i doceniana. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z Belindą Bauer. Bardzo udane. 

Wydawnictwo: MUZA SA, 2018
Tytuł oryginału: The Beautiful Dead
Tłumaczenie: Paweł Wolak
Liczba stron: 448
(Obraz w tle:  Witkacy-Kompozycja ze śpiącą kobietą i potworem (Samobójstwo))

poniedziałek, 9 kwietnia 2018

O buncie w sprayu.

"Banksy. Wojna na ściany" 8/10

 

Króciutko. Na temat. Czasem nie ma potrzeby się rozwodzić nad formą ani na treścią - wszystko podane zostało jak na dłoni.

Niezwykle cenne wydają mi się wydawnictwa albumowe opisane i skomentowane przez samego autora prac. Oczywiście w przypadku "nieżyjących nieśmiertelnych" zamysł nijak się nie sprawdzi, ale póki żyją, i póki wyrażają chęć choćby lapidarnego skomentowania swoich prac, wydaje mi się to fantastycznym uzupełnieniem obrazu. Bo czyż nie lepiej, zamiast oddawać się zadumie nad odpowiedzią na jakże mało logiczne pytanie "co autor miał na myśli", przeczytać krótki opis procesu powstawania, jednozdaniowy komentarz polityczny, opowieść o pewnej teoretycznie niezwiązanej z pracą przygodzie a nawet połączyć wiersz (!!!) Banksy`ego (przyznam, że nie wiedziałam o tym polu jego twórczości) z odpowiednim obrazem? 

Mam słabość do sprawiedliwości i wolności, ale nie mnie oceniać czy Banksy to anarchista czy bojownik o wolność i anty-systemowe życie wedle własnych praw. Niemniej mnie oceniać czy album jest ciekawy. I skoro tenże obejrzałam i, co niezwykłe, również przeczytałam z wielkim zainteresowaniem, to zdecydowanie taki właśnie jest. Polecam.

Wydawnictwo: Sine Qua Non, 2012
Tytuł oryginału: Banksy
Tłumaczenie: Kamila Kamińska
Liczba stron: 208

niedziela, 1 kwietnia 2018

O matczynej niezgodzie.

"Gdzie jest Mia?" Alexandra Burt  5/10 

 

Coraz większa liczba wydawców sili się, ku mojemu zdumieniu, na zdobywanie schematycznych  pochlebnych opinii podpisanych wielkimi nazwiskami. Czasem też, równie zdumiewająco, silą się oni na porównanie nowości z tytułami, o których wiadomo, że świetnie się sprzedały i przyciągnęły rzesze czytelników o określonych gustach. Dla większości debiutujących pisarzy, owe porównania i teoretyczne wsparcie osobowością, okazuje się przyczynkiem do bycia ocenionym słabiej niż faktycznie na to zasługują. Moim zdaniem podobny, bynajmniej nie godny pochwały efekt, osiągnięto obudowując w ten sposób książkę Alexandry Burt. Nie będę jej zatem porównywała do "Dziewczyny z pociągu", nie będę sugerowała się wyciągiem ze strony Oprah.com, zdam się na emocje, które zostały lub nie, wzbudzone owa opowieścią.

Estelle poznajemy jako ofiarę wypadku samochodowego, dodatkowo postrzeloną wcześniej w skroń. Będąca tego skutkiem amnezja zaczyna się przecierać i zmieniać w obrazy, które dla kobiety są tyleż szokujące co niewiarygodne. Strata dziecka, gwałtowne wyrwanie go z codziennego życia i umiejscowienie  w zupełnie dla matki niejasnej czasoprzestrzeni (jest ona bowiem przekonana, że córeczkę uprowadzono) stanowi dla Estelle traumę, w wyjściu z której ma pomóc psychoterapeuta wspomagający jednocześnie bohaterkę jak i podejrzliwą wobec niej policję. 
Ten początek, orientujący nas w momencie i miejscu osadzenia akcji, pisany jest językiem szybkim, bardzo plastycznym; autorka przekazuje emocje precyzyjnie i na tyle zgrabnie, że nie tworzą się dłużyzny, nie atakują nas urągające czytelnikowi powtórzenia. Niemniej, odnosiłam wrażenie, że gnam poprzez strony bez zainteresowania i skupienia, daję się ponieść obyczajowej opowieści jakich wiele. Lęki, strzępki wspomnień i jednoczesna praca nad uczuciami, zagubienie, samooskarżenia,  szukanie winnych i uniewinnianie wcześniej posądzanych - wszystko zostało zmieszane, podane jednym ciągiem odbierającym zarówno radość z podążania za nowym i nieznanym, jak i skupienie nad mającymi nas zaangażować wewnętrznymi przeżyciami bohaterki.

Kiedy już godzimy się z wrażeniem, że jest to książka przyzwoita i bardzo przeciętna, wkraczamy w część drugą, która skupiona na emocjach bardzo efektownych, trafiających prosto w serce i w te zakamarki duszy, których rzadko nie wstydzimy się odsłonić, skłania nas do dalszego, pełnego współczucia, podążania za bohaterką, wspierania jej, ba, nawet utożsamiania się z jej depresja, psychozą, szaleństwem pozbawionej dziecka matki. Cała środkowa część powieści wciąga nasze myśli i uczucia w świat Estelle, winduje nasze zdanie na temat możliwości debiutującej Alexandry Burt, każe nam z uznaniem oceniać przepiękną literacko konstrukcję opowieści.

A na koniec dostajemy chaos. Zakończenie wraca znów do niepotrzebnie hołubionego w pierwszych rozdziałach pośpiechu, gwałtownych przeskoków i bynajmniej nie zaskakujących, raczej drażniących ponagleń. Zakończenie historii ma sens, niestety hollywoodzkie zapędy ku scenie wpadania sobie w ramiona w promieniach zachodzącego słońca nie jest moim ulubionym sposobem kończenia opowieści. Zatem bardzo subiektywnie, jak zawsze, opowiem się zdecydowanie przeciwko tego typu happy endom.

Przyznam, że ocenienie tej książki sprawia mi niejaką trudność. Nie można odmówić autorce talentu literackiego, na pewno pięknie operuje słowem, mało tu truizmów, mało nieposzanowania czytelnika prostotą przekazu na miarę brukowców. Niemniej, odnoszę wrażenie, że potrzeba jeszcze kilku prób, by osiągnąć idealną spójność i, wykreślając bezlitośnie kuszące kwiatuszki i cukiereczki, skierować pisarską uwagę ku temu, co autorka czyni wyśmienicie, czyli angażowaniu nas w wewnętrzne życie bohaterki. Bo o ile współodczuwałam ból po stracie, stan, jaki pozostawiało po sobie zmaganie się z depresja poporodową, psychozą, późniejszą niezgodę i walkę, o tyle wszystko co zgromadziłam w sercu rozmyło się po zamknięciu książki, po przebrnięciu przez zbyt oczywiste zakończenie oraz wrażenie niezgrabnie, może raczej nieregularnie skomponowanej całości. Jest średnio, choć bywają momenty gdy wierzyć się nie chce, że debiutantka może aż tak głęboko wniknąć w nasze odczucia. Polecam raczej miłośnikom obyczajówek niż thrillerów psychologicznych.

Wydawnictwo: Świat Książki, 2016
Tytuł oryginału: Remember Mia
Tłumaczenie: Grażyna Woźniak
Liczba stron: 416